wtorek, 1 sierpnia 2017

Farsa polsko-ormiańska - początek szczęśliwego końca, cz. 5

W pewien nie do końca słoneczny, lipcowy poranek (poranek w standardach indiańskich - było koło 13), udaliśmy się do USC (skrót od "Udręcz i Sponiewieraj Człowieka), żeby W KOŃCU złożyć dokumenty. I właściwie teraz już będzie nudno, bo W KOŃCU te dokumenty złożyliśmy - wraz z podaniem o wydanie aktu urodzenia po sprządzeniu aktu ślubu i wyegzekwowaniu na paniach urzędniczkach pisemnego potwierdzenia, że nawet jeśli umrze pan zastępca pani kierowniczki, który nam ten zwrot aktu obiecał, to nam go wydadzą. 

Przy okazji pan zastępca pani kierowniczki uraczył nas uroczą historyjką o tym, jak miał mieszaną parę, gdzie pół pary było z Kirgistanu i nikt nie wiedział, jakie tam dają dokumenty, a na koniec, po tym, jak zadzwonił do ambasady, dowiedział się, że takie jakich wymaga polski rząd. Dobrze że pan zastępca pani kierowniczki nie musiał dzwonić do ambasady Armenii, bo pani konsul nie mówi po polsku.* No w każdym razie pośmialiśmy się, napisaliśmy jeszcze piętnaście innych pism i podań i poszliśmy do domu z karteczką, że oto możemy legalnie się pobrać.

Pozwolę sobie zatem podsumować tę farsę i napisać o tym, co musi zrobić obywatel polski, który chce poślubić obywatela Armenii:

1) Nie brać żadnego papieru o zdolności do zawarcia małżeństwa z armeńskich urzędów ani ambasady (no chyba, że ma 300 złotych z którymi naprawdę nie wie co zrobić).
2) Poprosić w Armenii o duplikat/odpis aktu urodzenia - można to również zrobić w ambasadzie, ale trwa to miesiąc i pewnie jest drogie.
3) Przetłumaczyć akt urodzenia u tłumacza przysięgłego W POLSCE (jakieś 80 zł). Tłumaczenia zrobione za granicą nie są honorowane.
4) Iść do sądu z tłumaczeniem aktu urodzenia, paszportem oraz oświadczeniami (mogą być po polsku), że obywatel Armenii może wziąć ślub, nie mówi/mówi po polsku i jeszcze jakieś jedno, o którym zapomniałam, ale dopiszę jak sobie przypomnę. Papiery mogą być napisane w języku polskim - i wtedy musimy sami sobie znaleźć tłumacza, albo oryginały w języku obcym wraz z tłumaczeniem przysięgłym - i wtedy sąd przydziela nam tłumacza z urzędu, za którego i tak musimy zapłacić. W przypadku wariantu pierwszego samodzielnie znaleziony tłumacz powinien posiadać własną działalność gospodarczą.
5) Uiścić w kasie sądu 100 ZŁOTYCH POLSKICH opłaty manipulacyjnej. Najlepiej od razu po złożeniu dokumentów.
6) Czekać na termin rozprawy - nas powiadomili o nim na jakieś dwa tygodnie przed.
7) Zaraz po tym, jak mamy termin, zacząć sobie szukać tłumacza na stronie MSW. Nie musi być ormiański, może być angielski albo rosyjski.
8) Iść na rozprawę (bardzo ważne).
9) Po rozprawie koniecznie iść do sądowego biura obsługi klienta i spytać o kolejne kroki. My nie poszliśmy, bo nam powiedzieli, że nie ma sensu, a potem, jak poszliśmy tam po dwóch tygodniach (czas po którym mogli nam wydać dokumenty), okazało się, że musimy pisać wniosek o wydanie decyzji sądu (6 ZŁOTYCH POLSKICH) oraz podanie o zwrot tłumaczenia przysięgłego aktu urodzenia, a potem czekać tydzień na sporządzenie dokumentu.
10) Następnie, jak już nam w końcu dadzą cholerną decyzję i j*b@&e tłumaczenie aktu urodzenia, bierzemy oryginalną kopię, z której było robione tłumaczenie, przyszłego męża/żonę (bardzo ważne, bo pierwszy raz poszłam bez) i swój dowód osobisty, po czym idziemy do USC, gdzie musimy wypełnić jakieś 1500 papierków, a także troszkę potłumaczyć różnych bzdurek podpisawszy wcześniej oświadczenie, że nie nałgaliśmy przy tych bzdurkach. Bzdurki do tłumaczenia znajdziecie na stronie mojej dobrej znajomej, która też postanowiła popełnić to szalone głupstwo i wyjść za mąż za obywatela państwa niestowarzyszonego.
11) Na koniec dostajemy małą, elegancką karteczkę, na której jest napisana data ślubu, godzina i personalia zainteresowanych.
12) Potem nie pozostaje nam już nic innego, jak zadzwonienie po naszego ulubionego tłumacza przysięgłego i zaklepanie go na termin uroczystości.

Na koniec chciałabym tylko jeszcze raz podziękować wszystkim tłumaczom przysięgłym, których spotkałam na swojej drodze, a bez których ta rozpaczliwa gonitwa na trasie sąd - USC trwałaby prawdopodobnie do tej pory. Tłumacze! Jesteście wspaniali! Jeśli kiedyś potrzebowalibyście tekstów na stronę swojego biura lub korekty walcie do mnie jak w dym! Gwarantuję konkurencyjne stawki i zniżki przy dłuższej współpracy!

A teraz idę kończyć robienie zaproszeń, odbierać obrączki, chudnąć do sukni ślubnej, sprzątać strych i robić wszystkie inne głupstwa, których oczekuje się od panien młodych.
Buzi. <3





*Gdzieś we wcześniejszych wpisach utyskiwałam na zdolności lingwistyczne polskich urzędników.

1 komentarz: