niedziela, 27 sierpnia 2017

Jak zaoszczędzić na bukiecie ślubnym

Kochany Pamiętniczku, ślub był tydzień temu, a ja wciąż przeżywam i chciałabym jeszcze raz. 

To znaczy nie wyjść za mąż, bo to wydarzenie mocno traumatyczne i postanowiłam już nigdy w życiu go nie powtarzać, ale chciałabym znowu tak ładnie się ubrać, zrobić lepszą fryzurę oraz... Mieć jeszcze raz dokładnie ten sam bukiet.

O ile buty ślubne miałam od roku, a sukienkę kupiłam jakieś pół roku wcześniej, o tyle już kwestię bukietu olałam, bo to w końcu kwiatki, to przecież tego chyba się nie załatwia wcześniej niż na trzy dni przed, prawda?

Nieprawda.

Jakoś na dwa tygodnie przed ślubem, pisząc ten post, uświadomiłam sobie, że nie tylko nie mam bukietu, ale nie mam też wizji. Uznałam jednak, że co tam, poprzeglądam troszkę inspiracji, poczytam, jak to się zamawia i w ten oto prosty sposób przeżyłam pierwy mini atak paniki.

Okazało się, że bukiet ślubny to tak przynajmniej na miesiąc przed - ja na miesiąc przed rezerwowałam restaurację na obiad.

Okazało się, że przygotowanie bukietu to skomplikowany proces wymagający zamówienia konteneru kwiatów i piętnastu osób oraz polewania czegoś jakimś wrzątkiem i ciężką chemią.

No i na koniec okazało się, że za bukiet ślubny to minimum 150 zł trzeba dać, a to i tak zaniżona cena, bo to rękodzieło i jeszcze florystka wcześniej dwa dni nie śpi i w ogóle strasznie się poświęca.

W tym momencie opadła ze mnie panika i pomyślałam o moim już Mężu, któremu ludzie mówią, że 70 zł za ręcznie wykutą zawieszkę z miedzi i kamieni półszlachetnych to zdecydowanie za dużo i stwierdziłam, że wciąż będę mieć w pogardzie przemysł ślubny.*

A oto miniporadnik, jak zorganizować sobie wymarzony bukiet ślubny krok po kroku:

1. Nie mieć marzeń - a tak serio, ja po prostu wpisałam na Pintereście "wedding bouqet downtown abbey", bo moja "suknia" ślubna była mocno w klimacie lat dwudziestych, chociaż (jak na tamte czasy) uderzająco krótka.

Oczywiście nie wyglądało to dokładnie tak, ale miałam przynajmniej jakąś myśl przewodnią.

2. Posiadać w najbliższym otoczeniu osobę utalentowaną florystycznie - w moim przypadku była to moja Mama, która i lubi, i potrafi. Zrobienie idealnego bukiety zajęło jej jakieś 15 minut, a potem zrobiła jeszcze stroiki dla pana młodego, świadków i połowy gości.

3. Broń borze nie mówić w kwiaciarni czy gdzieś, że te kwiaty to na ślub - rady udzieliła mi Arabska Księżniczka, która w wychdzeniu za mąż miała już jakie takie doświadczenie, a potem potwierdziła wszystko Świadkowa, która też była po zmianie stanu matrymonialnego. Ogólnie jeśli powiesz komuś, że coś jest na ślub, to cena tego wzrasta pięciokrotnie (a do tego ktoś polewa to wrzątkiem).

Ostatecznie misja bukiet wyglądała tak, że o 7 rano pojechałam z Mamą najpierw na giełdę kwiatową, gdzie były tylko wiązanki pogrzebowe, ale gdzie znalazłyśmy wstążkę pasującą do sukienki, a potem pojechałyśmy na targowisko miejskie, zwane w moim mieście Burkiem, gdzie panu akurat "zostały takie oto różyczki z bukietu ślubnego".

Ostatecznie ten cholerny bukiet i tak był najdroższym elementem mojej ślubnej stylówy, ale po pierwsze był absolutnie doskonały, po drugie chociaż był najdroższy to i tak kosztował dwa razy mniej, niż najtańsza opcja z kwiaciarni i po trzecie przynajmniej nikt (oprócz mnie) nie chodził z jego powodu niewyspany.  




piątek, 25 sierpnia 2017

Wyszłam za mąż. Co dalej?

My i nasze dzielne świadki. Bardzo dzielne. Jak widać po wyjściu z USC mąż musiał mnie trzymać bo osłabłam z ulgi że już w końcu po.

 Ten wspaniały moment (dosłownie moment, bo cała ceremonia zajęła jakieś dwadzieścia minut) już za nami. Pytanie, co dalej? Czy mogę sobie leżeć na leżaczku i pić drinki z palemką podawane mi przez mojego przystojnego męża?

Chciałabym.

Ponieważ planujemy jak najszybszy powrót do Armenii, musieliśmy się urzędowo sprężyć. Ze wszystkich dokumentów na świecie w Armenii najistotniejszy jest mój paszport. Na wymianę paszportu mam dwa miesiące, a potem traci ważność. Ponieważ następny powrót do Polski planujemy na Boże Narodzenie, w praktyce oznaczałoby to, że zostanę bez jakiegokolwiek ważnego dokumentu. Co prawda dowód osobisty jest ważny przez aż cztery miesiące, ale nim w Armenii to sobie mogę co najwyżej chleb masłem posmarować.

Ale spoko, Pan Zastępca Pani Kierowniczki Urzędu Stanu Cywilnego zapewnił nas, że przyspieszenie procedury paszportowej to żaden problem. Wystarczy iść i poprosić.

Zgadnijcie, co było problemem.

Zgadliście? To piszę dalej.

Pełna dobrej wiary i cała w uśmiechach (Mąż się nie uśmiecha do byle kogo, bo zmarszczki, pogarda czy coś) złożyłam wniosek, pozwoliłam sobie pobrać odciski palców, zapłaciłam 140,79 gr, bo ponieważ mój paszport traci ważność w kwietniu przyszłego roku nie przysługiwała mi żadna zniżka, i poszłam do pana szefa od paszportów. 

Pan szef od paszportów praktycznie nawrzeszczał na mnie, że oni nie przyspieszają wydania paszportów, bo ktoś chce sobie jechać na wakacje. 

To tyle, jeśli chodzi o żadne problemy.

Ponieważ po pół roku między sądem a USC już generalnie przywykłam do tego, że ktoś na mnie wrzeszczy albo traktuje jak idiotkę, nie zaczęłam trząść się w powstrzymywanym ataku płaczu, tylko powiedziałam uprzejmie, że nie jedziemy na wakacje, ale wracamy do kraju męża, bo na początku października kończy mu się wiza, a podobno jak wcześniej wrócimy, to będzie łatwiej o nową na grudzień. O tym, że zostanę w Armenii bez ważnych dokumentów jakoś akurat zapomniałam.

W każdym razie pan nieco się zacukał, przestał prawie krzyczeć i kazał nam przyjść następnego dnia z wypełnionym wnioskiem.

We wniosku napisałam to, co już zdążyłam powiedzieć o wizie oraz to o mnie i dokumentach, bo akurat sobie przypomniałam.

W biurze pan przeczytał, powiedział, że on nie rozumie o co mi chodzi (trzy osoby, którym dałam wniosek do przeczytania przed nim, jakoś zrozumiały), a na koniec ozdobił ten urzędniczy tort wisienką w postaci pytania, czy ambasada Polski w Armenii jest w Taszkiencie.

Jakoś powstrzymałam się od powiedzenia mu, że nie i że Taszkient też nie jest w Armenii. Przy okazji wraz z mężem upewniliśmy się, gdzie właściwie leży Taszkient i teraz mamy kolejną mocną pozycję w rozwiązywaniu krzyżówek.

Tak czy siak po tym, jak wypełniłam mój wniosek paszportowy pod dyktando pana urzędnika ten łaskawie przyznał, że może faktycznie jakieś aktualne dokumenty w Armenii mi się przydadzą.

To miłe, że państwo polskie tak się o mnie troszczy, prawda?

czwartek, 10 sierpnia 2017

Bakłażany po ormiańsku

Bakłażan to takie warzywo, które nieodłącznie kojarzy mi się z ormiańską kuchnią. Co więcej, chyba tylko Ormianie wiedzą, jak sprawić żeby bakłażan był naprawdę smaczny. W Polsce bardzo długo brakowało mi tego smaku, a Indianin jakoś nagle doznał amnezji i nie pamiętał, co się z bakłażanem robi żeby był zjadliwy, aż w końcu pojechaliśmy na Wardawar gdzie miałam szansę spróbować nie bakłażanów, a poematu na temat.

A post shared by Agnieszka Rola (@agnieszka_rokirako) on


Po powrocie do domu tak długo dręczyłam Indianina, aż w końcu odkrył, że w Internecie jest miliard przepisów na bakłażany, w tym na te "moje".

Jak już miałam przepis, tak go użyłam. Wyszło bosko, zdrowo i ociekająco tłuszczem, ale jeśli komuś - tak jak mi -zdrowe tłuszcze niestraszne, to można robić i się zajadać.

Co nam będzie potrzebne:

1) Bakłażan -  byle ile,
2) Sól - sporo,
3) Tłuszcz do smażenia - w moim przypadku smalec ftw ale rafinowany olej dowolnego rodzaju też obleci.
4) Dobrej jakości olej lub oliwa, ja użyłam nierafinowanego oleju rzepakowego i był efekt łoł, ale z oliwą pewnie byłoby jeszcze lepiej.
5) Dużo ziół, najlepiej świeżych - polecam koperek, natkę pietruszki, świeżą kolendrę i bazylię, ale suszone zioła też są spoko,
6) Czosnek - byle ile, ja lubię dużo i potem śpię na wycieraczce.

Jak działamy:

1) Bakłażany kroimy w poprzek lub wzdłuż na talarki o grubości około 1 cm, wszystko układamy na kratce z piekarnika położonej nad zlewem, obficie zesypujemy solą i zostawiamy na jakieś 20 minut. Po około pół godziny od Internetu odrywa nas okrzyk w stylu: "Aga, znów zablokowałaś cały zlew!", więc idziemy do kuchni, przewracamy bakłażany na drugą stronę i znowu zostawiamy do kolejnych okrzyków z pogróżkami.
2) Po około pół godziny (w porywach do trzech, jeśli jesteśmy sami w domi) otrzepujemy bakłażany z resztek wody, a w międzyczasie nagrzewamy bardzo dużą patelnię i polewamy ją obficie tłuszczem. Na nagrzanym tłuszczu układamy bakłażany i smażymy do lekkiego przypieczenia, a w międzyczasie robimy "omastę".
3) Do miseczki wyciskamy czosnek przez praskę, dosypujemy ziół według upodobania i dolewamy oleju na oko. Wszystko mieszamy i w panice biegniemy przewrócić bakłażany.
4) Na koniec zdejmujemy bakłażany i już na talerzu smarujemy naszą miksturą.

A potem jemy i wzdychamy z błogości.

P.S. Po ormiańsku przyrządziłam również cukinię i nawet Indianin uprzejmie przyznał, że da się zjeść. W ogóle mikstura jest bardzo uniwersalna i tak smaczna, że można ją wyjadać łyżeczką z miski.

piątek, 4 sierpnia 2017

Nieszanująca gości sukienka i obrączki znalezione w szafie, czyli przygotowania do ślubu

Pixabay


Kochany pamiętniczku!

Jak już udało się sprawić, żebyśmy mogli się pobrać, to może pasowałoby coś napisać o przygotowaniach (wiem, że wcale niekoniecznie, ale bardzo chcę, żeby sobie jakoś to poukładać, a za rok przeczytać i się pośmiać). Ale poza kupowaniem hurtowych ilości cottonballsów, próbami posprzątania strychu i stresowaniem gości, że bez lampek na choinkę nie wpuszczam na teren posesji, to tych przygotowań zasadniczo nie ma.

Dlaczego?

Po kilku polskich weselach, przy czym jedną z najbardziej pamiętnych imprez było mocno sebo-karyniaste wesele pod Krakowem (baskinki, silikonowe wstawki do staników, przyciasne garnitury, żel, te sprawy), cichutki głosik w mojej głowie powiedział coś w stylu: "Boże, nie!".

Ten rysunek idealnie przedstawiałby podejście Indianina do oficjalnych uroczystości, gdyby nie to, że Indianin jest umiarkowanym zwolennikiem zarówno wódki, jak i schabowych.

Potem poznałam Indianina i okazało się, że jego poglądy na całą sprawę są jeszcze bardziej stonowane, żeby nie napisać ascetyczne, i najchętniej załatwiłby całą ceremonię przez maila, ewentualnie pocztą. Ale przejdźmy do rzeczy, jak te nasze skromne przygotowania wyglądają?

1. Impreza

W końcu, drogą porozumienia, po uwagach mojej mamy w stylu: "To pierwsze i być może ostatnie dziecko, które oddaję obcym ludziom, więc musimy to uczcić! (Mamo!)" robimy dwie imprezy. A właściwie obiad dla najbliższej rodziny oraz później wiejskie ognisko dla przyjaciół. Których grono i tak jest uszczuplone, bo przewód sądowo-urzędowy zajął nam tyle czasu i miał tyle zwrotów akcji, że delikatną sugestię o tym, że ewentualnie jeśli i tak nie mają jeszcze niczego zaplanowanego, to mogą niezobowiązująco zaklepać sobie 19 sierpnia, podałam do wiadomości publicznej jakieś 1,5 miesiąca przed tą datą, więc, jak nietrudno się domyślić, logistycznie wyszło tak sobie.

2. Konfekcja ślubna

Tutaj też jest rozczarowująco, bo całe poszukiwania, khem, "sukni" ograniczyły się do przeglądania Vinted. Jak już znalazłam moje boho-cudo, które najchętniej nosiłabym na codzień, przeczytałam na fejsiku opinię, że "suknia z sieciówki to brak szacunku dla gości". Odetchnęłam z ulgą, bo w końcu Vinted to nie sieciówka. Co do bucików, ja mam dwie pary, z których jedna jest prezentem od mojego przyszłego męża (tak! Mój przyszły mąż kupuje mi buty!), a drugą nabyłam za okazyjną cenę pięciu złotych w szmateksie (Esprit, skóra naturalna, uniwersalny złoty kolor - no kto by nie brał!). Co do Indianina - garnitur wisi w szafie, buty idą pocztą, ale generalnie wyjdzie z tego smart casual, bo przy 28 stopniach, które zapowiadają prognozy, nie mam serca wymuszać na nim płaczem i krzykiem zakładania całego, składającego się w 70% z wełny garnituru. 

3. Obrączki

Z obrączkami była taka sprawa, że najpierw zupełnie oszalałam na punkcie pewnych mosiężnych kółeczek z Dawandy, a opinia publiczna w postaci świadkowej, z którą podzieliłam się moimi wątpliwościami co do umiarkowanej szlachetności metalu, odpowiedziała coś w stylu, że "To twój ślub, więc nawet kapsle od Tymbarka będą spoko jeśli chcesz". Ostatecznie jednak ofiarodawcą obrączek został najcudowniejszy Dziadzio na świecie, a że obrączki są zabytkiem z lat 50-tych, to idealnie wpasowują się w moją wizję biżuterii ślubnej. 

4. Zaproszenia

Ponieważ na oficjalnym obiedzie będzie niespełna 30 osób, z czego większość stanowią tandemy i rodziny, postanowiłam je ogarnąć samodzielnie (zaproszenia, nie osoby). Fun, fun, fun. <3 Jak nietrudno się domyślić, porażająca większość gości na swoje zaproszenia wciąż czeka. Mam nadzieję, że zdążę przed ślubem.

5. Bukiet

Matko jedyna, wiedziałam że o czymś zapomniałam!

Podsumowując, jeśli ktoś chciałby się dowiedzieć, jak nie planować wesela, to może walić do mnie jak w dym! 


wtorek, 1 sierpnia 2017

Farsa polsko-ormiańska - początek szczęśliwego końca, cz. 5

W pewien nie do końca słoneczny, lipcowy poranek (poranek w standardach indiańskich - było koło 13), udaliśmy się do USC (skrót od "Udręcz i Sponiewieraj Człowieka), żeby W KOŃCU złożyć dokumenty. I właściwie teraz już będzie nudno, bo W KOŃCU te dokumenty złożyliśmy - wraz z podaniem o wydanie aktu urodzenia po sprządzeniu aktu ślubu i wyegzekwowaniu na paniach urzędniczkach pisemnego potwierdzenia, że nawet jeśli umrze pan zastępca pani kierowniczki, który nam ten zwrot aktu obiecał, to nam go wydadzą. 

Przy okazji pan zastępca pani kierowniczki uraczył nas uroczą historyjką o tym, jak miał mieszaną parę, gdzie pół pary było z Kirgistanu i nikt nie wiedział, jakie tam dają dokumenty, a na koniec, po tym, jak zadzwonił do ambasady, dowiedział się, że takie jakich wymaga polski rząd. Dobrze że pan zastępca pani kierowniczki nie musiał dzwonić do ambasady Armenii, bo pani konsul nie mówi po polsku.* No w każdym razie pośmialiśmy się, napisaliśmy jeszcze piętnaście innych pism i podań i poszliśmy do domu z karteczką, że oto możemy legalnie się pobrać.

Pozwolę sobie zatem podsumować tę farsę i napisać o tym, co musi zrobić obywatel polski, który chce poślubić obywatela Armenii:

1) Nie brać żadnego papieru o zdolności do zawarcia małżeństwa z armeńskich urzędów ani ambasady (no chyba, że ma 300 złotych z którymi naprawdę nie wie co zrobić).
2) Poprosić w Armenii o duplikat/odpis aktu urodzenia - można to również zrobić w ambasadzie, ale trwa to miesiąc i pewnie jest drogie.
3) Przetłumaczyć akt urodzenia u tłumacza przysięgłego W POLSCE (jakieś 80 zł). Tłumaczenia zrobione za granicą nie są honorowane.
4) Iść do sądu z tłumaczeniem aktu urodzenia, paszportem oraz oświadczeniami (mogą być po polsku), że obywatel Armenii może wziąć ślub, nie mówi/mówi po polsku i jeszcze jakieś jedno, o którym zapomniałam, ale dopiszę jak sobie przypomnę. Papiery mogą być napisane w języku polskim - i wtedy musimy sami sobie znaleźć tłumacza, albo oryginały w języku obcym wraz z tłumaczeniem przysięgłym - i wtedy sąd przydziela nam tłumacza z urzędu, za którego i tak musimy zapłacić. W przypadku wariantu pierwszego samodzielnie znaleziony tłumacz powinien posiadać własną działalność gospodarczą.
5) Uiścić w kasie sądu 100 ZŁOTYCH POLSKICH opłaty manipulacyjnej. Najlepiej od razu po złożeniu dokumentów.
6) Czekać na termin rozprawy - nas powiadomili o nim na jakieś dwa tygodnie przed.
7) Zaraz po tym, jak mamy termin, zacząć sobie szukać tłumacza na stronie MSW. Nie musi być ormiański, może być angielski albo rosyjski.
8) Iść na rozprawę (bardzo ważne).
9) Po rozprawie koniecznie iść do sądowego biura obsługi klienta i spytać o kolejne kroki. My nie poszliśmy, bo nam powiedzieli, że nie ma sensu, a potem, jak poszliśmy tam po dwóch tygodniach (czas po którym mogli nam wydać dokumenty), okazało się, że musimy pisać wniosek o wydanie decyzji sądu (6 ZŁOTYCH POLSKICH) oraz podanie o zwrot tłumaczenia przysięgłego aktu urodzenia, a potem czekać tydzień na sporządzenie dokumentu.
10) Następnie, jak już nam w końcu dadzą cholerną decyzję i j*b@&e tłumaczenie aktu urodzenia, bierzemy oryginalną kopię, z której było robione tłumaczenie, przyszłego męża/żonę (bardzo ważne, bo pierwszy raz poszłam bez) i swój dowód osobisty, po czym idziemy do USC, gdzie musimy wypełnić jakieś 1500 papierków, a także troszkę potłumaczyć różnych bzdurek podpisawszy wcześniej oświadczenie, że nie nałgaliśmy przy tych bzdurkach. Bzdurki do tłumaczenia znajdziecie na stronie mojej dobrej znajomej, która też postanowiła popełnić to szalone głupstwo i wyjść za mąż za obywatela państwa niestowarzyszonego.
11) Na koniec dostajemy małą, elegancką karteczkę, na której jest napisana data ślubu, godzina i personalia zainteresowanych.
12) Potem nie pozostaje nam już nic innego, jak zadzwonienie po naszego ulubionego tłumacza przysięgłego i zaklepanie go na termin uroczystości.

Na koniec chciałabym tylko jeszcze raz podziękować wszystkim tłumaczom przysięgłym, których spotkałam na swojej drodze, a bez których ta rozpaczliwa gonitwa na trasie sąd - USC trwałaby prawdopodobnie do tej pory. Tłumacze! Jesteście wspaniali! Jeśli kiedyś potrzebowalibyście tekstów na stronę swojego biura lub korekty walcie do mnie jak w dym! Gwarantuję konkurencyjne stawki i zniżki przy dłuższej współpracy!

A teraz idę kończyć robienie zaproszeń, odbierać obrączki, chudnąć do sukni ślubnej, sprzątać strych i robić wszystkie inne głupstwa, których oczekuje się od panien młodych.
Buzi. <3





*Gdzieś we wcześniejszych wpisach utyskiwałam na zdolności lingwistyczne polskich urzędników.