wtorek, 25 lipca 2017

Farsa polsko-ormiańska 4b. - z leju po bombie

Mogłoby się wydawać, że skoro mamy już postanowienie sądu, przetłumaczony akt urodzenia oraz wolę i chęć to już wszystko powinno pójść z górki, prawda? Otóż, kochany pamiętniczku, nie poszło z górki, poszło po bandzie.

24.08 z radością odebraliśmy dokumenty, to znaczy ja się radowałam, bo Indianin jest tak wylewny, jak wiadro zaschniętego betonu, i skierowaliśmy swe taneczne kroki do USC, gdzie miły pan kierownik poinformował nas, że wszystko spoko, ale potrzebny jest oryginał aktu urodzenia. Że potrzebny, to jeszcze można zrozumieć, ale miły pan kierownik dodał również, że oni ten akt urodzenia sobie zostawiają, a my co najwyżej możemy poprosić o odpis, jak nam będzie potrzebny.

Polski odpis. Ormiańskiego aktu. W Armenii. Kiedy ormiański akt będący własnością Republiki Armenii i napisany PO ORMIAŃSKU (te takie krzaczko-robaczki) leżałby sobie w prowincjonalnym USC gdzieś na granicy z Ukrainą.

Pomnik alfabetu ormiańskiego - źródło
Pierwsze pytanie, które mi się nasunęło, a które było podyktowane czystą ciekawością, brzmiało: "Ale PO CO wam akt po ormiańsku, skoro nawet nie będziecie wiedzieli, gdzie on ma górę a gdzie dół?". Na co pan kierownik odpowiedział, że wie, że to trochę niedorzeczne, ale takie są procedury. Drugie pytanie, podyktowane już względami praktycznymi, brzmiało: "Ale panie, dyć to oryginał. Oryginał wam mamy zostawić?". Na co pan kierownik odpowiedział, że wie, że to trochę niedorzeczne, ale takie są procedury.

Skracając przydługą historię napiszę tylko, że dziś rano dzwoniłam do ambasady, gdzie mi powiedzieli, żeby sobie przyjechać do Warszawy i wyrobić nowy, co miało potrwać miesiąc. Dziękuję ambasado, byłaś pomocna jak zwykle.

W końcu dziś rano udało się wytłumaczyć panu kierownikowi, że nie możemy mu zostawić tego aktu, bo bez niego w Armenii prawdopodobnie umrzemy, a już na pewno nic nie załatwimy. I nagle okazało się, że wystarczy napisać podanie o zwrot aktu urodzenia wraz z wydaniem aktu zawarcia małżeństwa. I tutaj powracam myślami do pytania nr 1. oraz nasuwa mi się kolejne, trzecie już, pytanie - dlaczego pan nie mógł powiedzieć mi tego wczoraj, oszczędzić nerwów, płaczu i przynajmniej pięciu lat życia, które na te nerwy i płacz straciłam? Pewnie przez procedury, ale w sumie nie wiem.

A jeśli chodzi o trójpodział władzy, to wygląda on tak, że sąd nie wie, co się dzieje w USC, a USC nie ma pojęcia, jak działa sąd. 


poniedziałek, 24 lipca 2017

Farsa polsko-ormiańska - czyli rozwodu nie będzie cz. 4

Źródło: palestrapolska

Wpis zawiera wyrażenia powszechnie uznawane za niecenzuralne, za które przepraszam, ale które jakoś tak same wypłynęły mi spod palców na wspomnienie tej pierwszej i, miejmy nadzieję, ostatniej przygody z polskim sądownictwem, które (i tutaj pozwolę sobie na drobny wtręt polityczny) potrzebuje podpalenia, zaorania i zaczęcia na nowo.

Kochany pamiętniczku.

Nadszedł wielki dzień - 28 czerwca, więc ubrałam się dla odmiany jak dorosły człowiek i poszliśmy na rozprawę.

Niestety, jak już wspominałam wcześniej, w naszym pięknym kraju ślub z osobą ormiańskiego pochodzenia (przy czym nie wiem, jak to wygląda w przypadku innych krajów niestowarzyszonych) musi zostać poprzedzony rozprawą, w trakcie której sędzia, który widzi daną parę pierwszy raz na oczy, decyduje, czy obywatel polski jest na tyle poczytalny, żeby wyjść za mąż za obcokrajowca i vice versa.

Czyli było trochę stresująco.

No nic, dotarliśmy do sądu, siedliśmy sobie na ławeczce, pogadaliśmy z naszym tłumaczem. Tłumacz był bardzo spoko, pocieszył nas, że nie tylko Ormianie muszą przechodzić przez taką szopkę, ale Amerykanie też. Proces oczywiście opóźnił się o jakieś 20 minut (przecież to nie sąd płaci za godzinę pracy tłumacza, prawda?). W końcu weszliśmy na salę, pani sędzina PRZY NAS zapoznała się z materiałami dowodowymi i oznajmiła, że W SUMIE TO MOŻNA BY TĘ ROZPRAWĘ POPROWADZIĆ PO ROSYJSKU. 

Fakt, że mi wtedy nic nie pękło ani niczym nie rzuciłam w wysoki sąd świadczy o moim doskonałym zdrowiu  psychofizycznym i nienagannym samoopanowaniu. Na szczęście nasz tłumacz był na tyle rozgarnięty, żeby nie tłumaczyć tej luźnej uwagi.

Sama rozprawa ograniczyła się praktycznie do sprawdzenia, czy Indianin na pewno nie prowadzi podwójnego życia oraz skąd się wziął w Polsce, czy jest zdrowy psychicznie i gdzie planujemy żyć. Później pani sędzina spytała mnie mniej więcej o to samo, plus wypytała o stosunki z indiańską rodziną, moje wykształcenie, zawód, wiek i czy jestem całkowicie pewna, że po wyprowadzce do Armenii nie odkryję, że czekają tam na Narka stęsknione dziatki i wkurwiona żona. Westchnęłam ciężko (oczywiście w duchu) i powiedziałam pani sędzinie, że dostaliśmy w Armenii papier na bezżenność Narka, który tutaj okazał się być nieuznawany, więc chyba nie ma lepszego dowodu, a pani sędzina na to: "A to mają to państwo przetłumaczone i załączone w materiale dowodowym?".
...
Na takie dictum odparłam, że "No kurwa nie, bo powiedzieliście, że możemy to sobie wrzucić do wychodka i na to nasikać", tylko wiesz kochany pamiętniczku, grzeczniej. Dużo grzeczniej.

W końcu pani sędzina łaskawie oznajmiła, że nie widzi przeszkód, jeśli chodzi o zdrowie mentalne nie odstajemy od normy i jak już bardzo musimy, to możemy się pobrać, ale tak na wszelki wypadek dają nam trzy tygodnie na apelację od wyroku. 

Przy czym zapowiedziałam Indianinowi, że jak ma ochotę apelować, to droga wolna, ale ja już z nim po żadnych sądach nie będę się włóczyć.


niedziela, 16 lipca 2017

Co nie czyni humanisty

Dzisiaj po raz kolejny natknęłam się w Internecie na komentarz w stylu: "Mój humanistyczny móżdżek nie umie dodawać w pamięci, dzięki czemu cenę wszystkich zakupionych towarów poznaję dopiero przy kasie".

Źródło


Najpierw się zirytowałam, później się zdenerwowałam, a potem zrobiło mi się zwyczajnie i po ludzku przykro. Bo co, bo skoro umiem dodawać i odejmować, a dodatkowo jeszcze mnożyć i dzielić bez pomocy kalkulatora, a nawet obliczyć sobie procent z danej liczby, to już czyni to ze mnie inżyniera? I pomyśleć, że mniej więcej od drugiej klasy podstawówki, kiedy to odkryłam, że matematyka nie jest moją najmocniejszą stroną, ale za to napisanie wypracowania na oknie w łazience podczas pięciominutowej przerwy nie sprawia mi najmniejszego problemu, uważam siebie za... No właśnie, za kogo?

Za człowieka.  

Chociaż skłamałabym, gdybym powiedziała, że za człowieka nie uważałam się już wcześniej. Miłym zaskoczeniem było dla mnie za to, kiedy odkryłam, że oprócz Polki jestem też Europejką, ale potem dowiedziałam się, że moja kuzynka mieszkająca w Obcym Kraju jest nie tylko Polką i Europejką, ale też obcokrajowianką i już nie byłam taka dumna.

Ale wróćmy do tematu.

Może zacznę od tego, co oznacza słowo humianizm. W tym celu posłużę się cytatem ze Słownika języka polskiego:

1. prąd umysłowy i kulturalny okresu Odrodzenia, stawiający człowieka w centrum zainteresowania nauki i sztuki, przeciwstawiający się filozofii scholastycznej i kulturze średniowiecznej;
2. postawa intelektualna i moralna, wyrażająca się zainteresowaniem sprawami człowieka oraz poszanowaniem jego wolności i godności; antropocentryzm

Widzicie? Ani słowa o byciu co rok zagrożonym z przedmiotów ścisłych.

Zatem - co nie czyni humanisty?

1) Brak biegłości rachunkowej, w tym nieznajomość tabliczki mnożenia. Co więcej, większość moich ulubionych profesorów z polonistyki miała za sobą jakąś przygodę z politechniką. Nie wspominając już o tym, że taki Prus na przykład był matemtykiem.

2) Studiowanie dowolnej filologii lub inne studia na uczelni artystycznej, katolickiej czy po prostu nie dającej tytułu inżyniera - bo możesz być sobie wrażliwym artystą-filozofem i estetą, który wącha kwiatki, biega boso po łące i nie je nabiału, a przy tym wszystkim obrabiać koledze dupę za plecami.

3) Umiejętność poprawnego wysławiania się w języku ojczystym lub jakimś innym - bo te umiejętności powinien posiadać każdy wykształcony człowiek, nie tylko absolwent polonistyki, i usprawiedliwienie w stylu: "Piszę 'że' przez 'rz' bo jestem informatykiem" ma dla mnie tyle samo sensu, co twierdzenie, że nie umie się policzyć do dwudziestu bez pomocy palców u nóg, bo jest się humanistą.

Co zatem czyni humanistę? Odpowiedź na to pytanie znajdziesz w zamieszczonej powyżej definicji zaczerpniętej ze Słownika języka polskiego.

niedziela, 9 lipca 2017

Farsa polsko-ormiańska - Lost in Translation cz.3

Składając dokumenty w dzienniku podawczym spytałam miłego pana, jak to jest z tą opłatą manipulacyjną (100 zł). Miły pan powiedział, że tym to mam się w ogóle nie przejmować i mogę to uiścić nawet po rozprawie. Nie przejmowałam się zatem. Aż do momentu, kiedy w pewien piątkowy poranek przyszło mi pismo z pogróżkami z sądu, że mam tydzień na uiszczenie opłaty, albo możemy zapomnieć o rozprawie.

Haha.

Mniej więcej jak stałam, tak sterroryzowałam brata, żeby mnie podwiózł pod sąd, uiściłam zaległosia, po czym poprosiłam panie z obsługi klienta, żeby poinstruowały panów z dziennika, żeby nie mówili ludziom głupot.

No to czekamy dalej.

W końcu, hosanna, wezwanie na rozprawę. I nowe problemy. Szukamy tłumacza. Okazało się, że gdybyśmy złożyli dokumenty w obcym języku z załączonym tłumaczeniem przysięgłym, daliby nam tłumacza z urzędu. Ale ponieważ dokumenty były po polsku, to sąd nie zorientował się, że główny zainteresowany nie mówi po polsku. Chociaż treść jednego z oświadczeń brzmiała tak:

Ja, niżej podpisany Indianin z Armenii, pragnę oświadczyć, że znam język polski jedynie w stopniu podstawowym oraz że biegle posługuję się językiem angielskim oraz rosyjskim.

Najwidoczniej coś tam było niewyraźnie.

Źródło

Ale nawet nie byłam jakoś bardzo zła, bo przyniesienie własnego tłumacza i tak wychodziło taniej, niż tłumaczenie (przysięgłe) wszystkich tych dokumentów i późniejsze pokrywanie kosztów sądowych.

Zadzwoniłam zatem do sądu i pytam, czy mają jakąś swoją listę tłumaczy przysięgłych, których znają i polecają. Pani z sądu odesłała mnie na stronę MSW
Dziękuję pani z sądu, taka mądra to ja byłam i bez pani.

Pixabay

Zaczynam zatem dzwonienie po tłumaczach. Pierwszych trzech oczywiście nie odbiera, albo w ogóle, w trosce o prywatność, nie mają podanych numerów telefonu. W końcu hurra, ktoś odbiera, ale nie ma czasu. No trudno, lista jest długa. Kolejny telefon. Znów sukces! Pani jednak informuje mnie, że jak chcę własnego tłumacza przysięgłego, to to nie może być jakiś pierwszy lepszy tłumacz przysięgły, tylko tłumacz przysięgły z własną działalnością gospodarczą. Ucinamy sobie dłuższą pogawędkę, w trakcie której pani udziela mi porad i wskazówek, pociesza, podnosi na duchu oraz podaje numery do tłumaczy, którzy spełniają wymagania. Na koniec jesteśmy nieomal zaprzyjaźnione.

W końcu wykonuję ostatni telefon modląc się, żeby polecony tłumacz miał wolny termin. Odbiera miły pan numer dwa. Informuję go o charakterze sprawy. Żalę się na polskie sądownictwo. Razem sobie narzekamy. Pan opowiada mi o tym, jak taka rozprawa wygląda. Na koniec jesteśmy nieomal zaprzyjaźnieni. 

Tak! Jest! Udało się! Mamy tłumacza! 

Dodatek stricte urzędowy - koszta i wymagania w woj. małopolskim

1. Cała impreza kosztowała nas około 300 zł - tłumaczenie przysięgłe z języka ormiańskiego 80 zł + wysyłka za pobraniem, opłata manipulacyjna w sądzie 100 zł, godzina pracy tłumacza 100 zł. Stracone nerwy - 15 lat życia.
2. W przypadku, kiedy obcokrajowiec posługuje się biegle innym językiem, niż swój ojczysty, nie jest wymagane przedłożenie żadnego certyfikatu. Wystarczy słowo honoru. Przykładowo w przypadku Indianina sąd wymaga jedynie tłumacza przysięgłego dowolnego języka, nie musi to być żaden tłumacz indiański.
3. Dokumenty mogą być napisane po polsku i tylko podpisane przez obcokrajowca. Ale nie muszą. Jak wspomniałam wcześniej, jeśli mamy za dużo pieniędzy, to dokumenty mogą być w dowolnym języku.
4. Tłumacze to najmilszy i najbardziej pomocny gatunek ludzi. Gdyby nie oni, prawdopodobnie do tej pory biegalibyśmy od sądu do USC i z powrotem. 

"Sztukę translatorską mam za sztukę przez duże S."
Andrzej Sapkowski