środa, 28 czerwca 2017

Farsa polsko-ormiańska, czyli łatwiej na kocią łapę, cz. 2

Nieważne którędy. Ważne, że w tym samym kierunku. #krakow #loesje #loesjepolska #basztowa #którędywychodzisięnaludzi

A post shared by Agnieszka Rola (@agnieszka_rokirako) on






Dojazd z Podlasia do mojego rodzinnego miasta jest gorszy i dłuższy, niż z Polski do Armenii, więc mniej więcej do stycznia w kwestii legalizacji naszego związku nie dzieje się nic. 

Na szczęście w styczniu nasz pobyt w czyśćcu dobiega końca i możemy zająć się "na poważnie" załatwianiem ślubu.

Zaczynamy od ściągnięcia z Armenii aktu urodzenia. Oczywiście nie może być za prosto, bo akt zaginął przy przeprowadzce w wakacje, a żeby wydać nowy potrzebne jest notarialnie poświadczone upoważnienie dla Przyszłej Teściowej. Na nasze szczęście Armenia to kraj, w którym większość problemów można rozwiązać przy pomocy odpowiednich środków finansowych, więc mniej więcej w okolicy marca mamy w końcu akt. Hura!

Krok następny - znalezienie tłumacza przysięgłego. Same poszukiwania to nie problem, bo wszyscy przysięgli rejestrują się na stronie Ministerstwa Sprawiedliwości, z marszu znajduję trzech, plus dodatkowo umieszczam pytanie na Grupie Otwartej dla Tłumaczy, gdzie zostaje mi polecona bardzo miła pani z Warszawy (wiem, brzmi jak antyteza, ale naprawdę pani jest bardzo miła, chociaż z Warszawy).

Zebrawszy powyższe dane rzucamy to wszystko i jedziemy na Sycylię.

Archimedes w doborowym towarzystwie.

Po powrocie z Włoch biorę się do roboty. Tłumacz z Krakowa nie potrafi odpisać na maila, tłumacz z Katowic nie potrafi odbierać telefonów, co do bardzo miłej pani z Warszawy wciąż się waham, bo Warszawa trochę daleko, no a poza tym jest z Warszawy. 

W międzyczasie udaje się nam zabukować termin w USC, prawdopodobnie dzięki temu, że zastępca kierowniczki nie zna procedur. Po tym już, już mam dzwonić do bardzo miłej pani z Warszawy, ale Indianin wpada na genialny pomysł, żeby skonsultować się z Ambasadą Armenii. W Ambasadzie Armenii mówią, że ormiański dokument jest w porządku i oni w ogóle nie wiedzą, o co to całe halo. Trafia nas szlag. Od nowa zaczynamy tournee po polskich urzędach, gdzie mówią, że ten dokument na pewno nie jest w porządku i trzeba wystąpić o zwolnienie z okazania dokumentu drogą sądową. 

Indianin się złości, ja chcę z powrotem na Sycylię.

W końcu uznaję, że nie, że koniec, że skoro mówią, to znaczy, że mówią. Po raz kolejny obdzwaniam tłumaczy. Tłumacz z Krakowa odbiera, po czym w trakcie rozłącza się, a następnie wysyła smsa, że oddzwoni i nigdy nie oddzwania. Tłumacz z Katowic wciąż nie nauczył się odbierać telefonu, więc zrezygnowana dzwonię do bardzo miłej pani z Warszawy, która nie tylko okazuje się być bardzo miła, ale również niezwykle pomocna. Potwierdza, że ormiański dokument ma dla polskiego rządu wartość zetlałego skrawka tapety. Podejmuje się wykonać tłumaczenie ze skanu w trybie ekspres bez dodatkowych opłat, chociaż jest Wielki Czwartek, a następnie wysyła gotowy dokument za pobraniem.

W końcu mamy to! 

Następnie piszę cztery w porywach do pięciu oświadczeń w imieniu Narka, że jego kraj nie wydaje, że on nie mówi po polsku, że nie ma przeciwwskazań i że nie ukrywa żony z piątką dzieci na granicy z Azerbejdżanem. Zanosimy wszystko do sądu. Pani w sądzie wszystko przyjmuje. 

Z nieba leci deszcz ze śniegiem, w końcu kwiecień, ale dla mnie to jak brokat i konfetti.

Na koniec Indianin dzwoni do Ambasady. 
Nawet trochę współczuję tym w Ambasadzie.

Ciąg dalszy nastąpi...

2 komentarze:

  1. Materiału mam na sagę. :D Na szczęście już mogę opisywać wszystko z dystansu, bo jesteśmy po rozprawie. <3

    OdpowiedzUsuń