czwartek, 22 czerwca 2017

Farsa ormiańsko-polska, cz. 1



Dawno nie było niczego o wychodzeniu za mąż, a trochę się tego nazbierało przez ostatni rok.

Aha, no właśnie, bo wychodzę za mąż, a przynajmniej bardzo ciężko próbuję. Wychodzenie za mąż z obywatela spoza UE to jest orka na ugorze i tylko się cieszę i sama siebie chwalę za to, że wraz z Indianinem mamy dość zdecydowane podejście do wesel. Nie i już.

Jednak brak konieczności szukania sali i wybierania fontann z czekolady niewiele w naszym przypadku ułatwia, bo dużo więcej czasu niż byśmy chcieli spędzamy w sądzie i USC.

Ale zacznijmy od początku.

Jest wrzesień A.D. 2016. Indianin, jeszcze wtedy pełen optymizmu, planuje mnie poślubić ASAP (co jest mi na rękę, bo jeszcze wtedy myślałam, że jak mnie lepiej pozna, to się rozmyśli). W tym celu załatwia Dokument Ultra Potrzebny Absolutnie (w skrócie "DUPA") w Polsce i państwach ościennych, który otworzy nam podwoja kościołów, urzędów i w ogóle wszystkich innych miejsc, w których ludzie biorą śluby.

Za DUPę oczywiście trzeba słono zapłacić i sporo się za nią nachodzić, bo udowodnienie, że nie ma się piątki dzieci i żony Ormianki gdzieś na wsi pod granicą z Azerbejdżanem wcale nie jest takie proste.

Niemniej, udaje się. Jedziemy do Polski.

W Polsce idziemy do USC i... i tam pani dyrektorka USC mówi nam, że dokument możemy sobie oprawić w ramkę, ewentualnie się nim podetrzeć. Rzeczpospolita Polska nie rozpoznaje ormiańskiej DUPy z powodu powodów. Musimy iść do sądu i poprosić o zwolnienie z konieczności przedłożenia dokumentów.

Aha. Spoko. Idziemy do sądu.

W sądzie okazuje się, że to nie tak, że my składamy papiery, dajemy im stówę, a oni nam dają dokument. Nie, potrzebna jest rozprawa. A na rozprawę potrzebny jest tłumacz przysięgły.

Odwieszamy projekt ślub na bliżej nieokreśloną przyszłość i wracamy do Armenii, bo potem musimy wrócić do Polski, żeby przeżyć piekło na Podlasiu.

Ciąg dalszy nastąpi...

 

poniedziałek, 12 czerwca 2017

Budapeszt - jak jednorożec tylko bardziej




Mój pierwszy raz z Budapesztem był tragiczny - 30 kilo bagażu, 15 minut do ojdazdu busa do Cluj i niczego niewiedząca pani z informacji. No i zima.

Budapesztu zdecydowanie nie dał się pokochać od pierwszego wejrzenia. Za drugim razem wciąż grał trudny do zdobycia, kiedy błądziłam po nim przez 14 godzin z ciężkim plecakiem i bez pieniędzy po 24 godzinach bez snu. Mimo wszystko, w tych absolutnie niesprzyjających okolicznościach, potrafił mnie zainteresować na tyle, że nie tylko postanowiłam, że wrócę tam po raz trzeci, ale również wyciągnęłam ze sobą nieco opierającego się Indianina.



Na trzeciej randce wreszcie zaskoczyło. I to z głośnym trzaskiem. Budapeszt całkowicie mi zaufał, ubrał się w słońce i błękity, skrzył się Dunajem, nawet opowiadał dowcipy. 

Właściwie nie rozumiem, jak można twierdzić, że Paryż jest najbardziej romantycznym miastem w Europie, skoro tuż obok jest Budapeszt ze swoimi rozmarzonymi kamienicami, kolorowymi dachami i Wzgórzem Gellerta idealnie zaprojektowanym do picia tokaju z widokiem na Dunaj i ilością ławek, która bez problemu pomieści dowolną ilość zakochanych.


Budapeszt łączy w sobie dumę Wiednia i zalotność Pragi, okraszając wszystko swoją własną madziarską fantazją. Bar z napędem na pedały? Bardzo proszę! Przepyszne, choć całkowicie afunkcjonalne lody w kształcie róży? Już się robi! Reklama Szex Bolt na środku skrzyżowania? Tylko w Budapeszcie!



I tylko Indianin nie mógł w pełni docenić uroku miasta, bo paskudnie się przeziębił.

Ale powiedział, że wróci. 

Zresztą, to normalne, że nie oszalał z miłości do tego miasta od razu, bo, jak już pisałam, Budapesztu nie da się pokochać od pierwszego wejrzenia.


Więcej zdjęć tutaj.