piątek, 20 października 2017

#metoo a Armenia

Fot. Pixabay

Czytając sobie wczoraj, przedwczoraj i przedprzedwczoraj męskie komentarze związane z akcją #metoo alias #jateż (i utwierdzając się tym samym w przekonaniu, że wyjście za mąż za obcokrajowca było rozsądnym posunięciem) naszła mnie refleksja na temat tego, jak jest postrzegana kobieta i kobiecość w Armenii. Z jednej strony skłamałabym, gdybym napisała, że panuje tu pełna wolność i równouprawnienie płci - dość wspomnieć, że jeszcze w zeszłym roku Armenia była drugim po Chinach krajem z największą liczbą aborcji selektywnych - z drugiej jednak strony na ulicy nigdy nie spotkałam się z obłapianiem, gwizdaniem czy choćby gapieniem, a spędziłam tutaj przynajmniej trzy letnie miesiące, w trakcie których daleka byłam od noszenia czadoru. Myślałam, że to może dlatego, że mam bardzo dużego męża, a Ormianie są raczej drobni (przy czym parę razy zdarzyło mi się przecież wyjść samej), ale moja ostatnia rozmowa z Indianinem rozwiała wszelkie wątpliwości.

- Kochanie - zagaiłam - a czy jest u was w zwyczaju klepanie dziewczyny w klubie po tyłku? - horror, jaki zobaczyłam w oczach mojego męża, częściowo wystarczył mi za odpowiedź. Otóż nie. Tak się nie robi. Nikt tak nie robi, a jeśli ktokolwiek by tak zrobił, to byłoby to równoznaczne z gwałtem i gdyby mąż i ojciec klepniętej dziewczyny połamali klepaczowi ręce, to policja tylko pogratulowałaby im nienagannej postawy obywatelskiej. W BARDZO złym tonie (można za to dostać w mordę) jest również używanie przekleństw w przytomności kobiety, a jeśli jakiś męski znajomy czyni pod zdjęciem dziewczyny niedwuznaczne komentarze, istnieje więcej niż 90% szans, że mąż, narzeczony, chłopak, brat czy ktokolwiek z jej bliskich przyjaciół napisze takiemu absztyfikantowi, co myśli o wyrażaniu uznania dla urody niewiasty zwrotami w stylu: "Ruchałbym".

Fakt, że w Armenii, nawet w Erywaniu, dziewczyna paląca publicznie papierosa nie jest najlepiej widziana, że już o dziewczynie noszącej cropp top do legginsów nie wspomnę, ale z drugiej strony za tym szacunkiem kobiety do własnego ciała podąża szacunek do niej jako osoby w ogóle. Przy czym w Polsce niestety skromny ubiór wcale nie jest gwarancją, że jakiś podchmielony samiec alfa nie zapoda nam, w jego mniemaniu przezabawnej, uwagi w stylu "A ta ma dżinsy na kolanach popękane, pewnie lubi do loda klękać". 

I teraz pytanie panowie - jak zareagowalibyście na taki tekst? Poczulibyście się napastowani? Zagrożeni? A może docenilibyście wyrafinowaną próbę dania wam do zrozumienia, że komentator uważa was za osoby na tyle atrakcyjne, że wyobraża was sobie w trakcie innych czynności seksualnych? Dodajmy jeszcze, że pijanemu dowcipnisiowi towarzyszyłoby kilku równie pijanych panów typu seba, a na ulicy, oprócz was, znajdowałaby się jedynie wasza młodsza siostra. 

Czekam na rozwiązania zagadki.

sobota, 7 października 2017

"Jes lehem" - wrażenia po pierwszej (i drugiej) lekcji ormiańskiego

Skarpetki w նապաստակներ

Kochany pamiętniczku!

Ponieważ upływa już pierwszy miesiąc, odkąd jestem w Erywaniu (przepraszam Tato), zdecydowaliśmy z Mężem, że to już chyba pora, żebym zaczęła uczyć się języka. 

Co prawda jak pierwszy raz usłyszałam ormiański, a potem zobaczyłam alfabet, uznałam, że to chyba żart i nie to miałam na myśli, kiedy mówiłam, że fajnie byłoby ogarnąć jakiś system z pismem innym niż łacińskie.  Chodziło mi raczej o rosyjski.

No ale los zdecydował za mnie, więc skorzystawszy z życzliwości znajomej, która miała przyjemność uczyć (a nawet nauczyć!) się ormiańskiego i dysponowała kontaktem do nauczycielki doświadczonej w kształceniu obcokrajowców, umówiłam się na pierwszą lekcję (a właściwie to mąż mnie umówił, bo w końcu nie po to wychodziłam za mąż, żeby być niezależną, samodzielną i pewną siebie kobietą, prawda?), wychodząc ze słusznego założenia, że skoro jakiś anglofon (mam tutaj na myśli Byrona) dał radę, to ja nie dam? Potrzymajcie mi piwo!

Moje wrażenia po pierwszej lekcji - Byronie, szanuję Cię. 

Ale okazało się, że te moje skromne próby nauczenia się samodzielnie alfabetu z książeczki z obrazkami dla pięciolatków wcale nie były takie bezowocne (przykładowo umiałam nazwać bardzo dużo zwierzątek, przez co Moja Pani na końcu zapytała mnie, czy aby nie byłam w erewańskim ZOO), dzięki czemu na jednej lekcji zrobiłyśmy dwie. Niestety, podejrzewam, że to, czego nauczyłam się w Polsce, już się wyczerpało, ale jednak - znajomość około dwudziestu literek, kiedy alfabet ma 39, to nie w kij dmuchał.

Literka "u"

Dzięki mojemu Mężowi wiedziałam również, że niektóre literki czyta się różnie w zależności od ich pozycji w zdaniu i wyrazie. Ale to chyba jakaś wspólna choroba języków azjatyckich, którą później przejął od nich rosyjski. Albo na odwrót. Nie wiem, wiem, że prejotacja w polskim się nie przyjęła i chwała jej za to.

Dowiedziałam się również, na drugiej lekcji, że w ormiańskim NIEMAL WSZYSTKIE CZASOWNIKI SĄ REGULARNE. Moje szczęście zrozumie tylko ten, kto pięć razy zdawał egzamin z gramatyki opisowej języka polskiego, a potem wpadł na genialny pomysł nauczenia się francuskiego.

Poza tym ormiański, w moim odczuciu, składa się głównie ze spółgłosek. Niby nic strasznego, ale momentami boli.

No i na koniec wisienka na torcie, okazało się, że Moja Pani jest dyplomowaną romanistką (która oczywiście zna biegle również rosyjski, angielski i hiszpański, bo to w sumie całkiem normalne tutaj, że jak już uczą się jakiegoś języka, to czemu tylko jednego, że nie wspomnę o moich ormiańskich znajomych z Polski, którzy nie tylko uczą się polskiego w miesiąc, ale później z ortografią, gramatyką i interpunkcją radzą sobie lepiej ode mnie), co oznacza, że mój zardzewiały francuski może doznać renesansu. Co prawda uczenie się ormiańskiego po francusku raczej przerasta moje skromne możliwości poznawcze, no chyba, że chcę krwawić z uszu po każdej lekcji, ale na pewno nie omieszkam jakoś tego faktu w bliskiej przyszłości wykorzystać.

Na razie umiem powiedzieć, że jestm zamężna z moim mężem oraz że jestem głodna, zmęczona i chcę wino. Chyba wystarczy, nie?

wtorek, 26 września 2017

Jak dolecieć do Armenii z Polski

Ararat. Arki nie ma, ale i tak jest fajnie.


Kochany pamiętniczku,
od ponad tygodnia jesteśmy w Erywaniu. Ogólnie to jesień idzie, bo dziś na przykład było 27 stopni, a wieczorem musiałam narzucić chustkę na ramiona. 

Ale ja nie o tym.

Jeszcze kiedy byliśmy w Polsce, dużo osób miało problem z tym, gdzie my właściwie jedziemy oraz skąd mój mąż jest. Najcześciej rozmowa wyglądała tak: 

- So where are you from?
- Armenia.
- Oh, Romania, beautiful mountains!
- ARMENIA!

Tak że no. Ponieważ do Armenii latałam już w różnych konfiguracjach, daje mi to w standardach polskich coś w rodzaju wiedzy eksperckiej. To znaczy nie daje, bo mam doświadczenie i wiedzę, którą zdobyłam empirycznie, a nie w internecie na forum onetu, ale mimo wszystko spróbuję pokrótce opisać, co, gdzie, skąd i właściwie za ile.

Może zacznę od tego, gdzie leży Armenia. 

Druga gwiazda na prawo i prosto aż do rana, ewentualnie pukać w tylną ściankę szafy.

Nie no, żartuję. 

Wikipedia

Armenia leży w Azji na Kaukazie Południowym. Według Wikipedii. Ale kiedy podacie takie współrzędne Ormianinowi, to pewnie Was nie pobije, ale i się nie zaprzyjaźni. Jeśli na przykład szukacie sposobu na podryw albo po prostu chcecie błysnąć (ja na przykład poderwałam Męża na "Przedwiośnie" i opis pogromu w Baku, przez co teraz jego brat czyta Żeromskiego chociaż prosiłam i ostrzegałam), to lepiej powiedzieć, że Armenia leży na Wyżynie Armeńskiej. Tak czy siak - w Azji.

Żeby wjechać do Armenii wystarczy nam paszport, a po wjechaniu do kraju możemy przebywać na jego terenie przez 180 dni, z czego zamierzam skwapliwie skorzystać.

Chociaż "Azja" i "Kaukaz" brzmią egzotycznie, do Armenii wcale nie jest tak daleko. Do Erywania z Polski lata LOT oraz Ukrainian International Airlines (czyli UIA). Teoretycznie LOT lata zewsząd, ale czeka nas transfer w Warszawie. UIA za to lata tylko z Warszawy. Oprócz tego możemy lecieć do Gruzji, a potem na przykład łapać stopa z Kutaisi lub Tibilisi, ale lepiej poszukać przewoźnika. Dostanie się do Tibilisi raczej nie będzie problemem, a dalej to już trzeba się modlić.



Ja miałam wątpliwą przyjemność latać z UIA i LOTem, a także Wizzairem do Gruzji (Budapeszt - Kutaisi). Przy czym zdecydowanie lepiej wspominam UIA, ponieważ żaden samolot nam się nie spóźnił, a w przypadku LOTu najpierw czekaliśmy godzinę w Krakowie na samolot do Warszawy - LOT widocznie inspiruje się PKP, a potem kolejną godzinę w Warszawie na samolot do Erywania - tutaj już zapewnie LOT wpadł w ormiański "Take it easy time". Przy czym standard lotów we wszystkich przypadkach był porównywalny, czyli praktycznie żaden, chociaż w UIA Mąż miał jakby nieco więcej miejsca na nogi.

No w każdym razie dzięki promocji LOTu mieliśmy dwie godziny gratis.

Ceny biletów są różne, ale z odpowiednim wyprzedzeniem spokojnie da się polecieć za 500 złotych od łebka. Zwłaszcza w przypadku Wizzaira, gdzie za tę cenę będziemy mieli pierwszeństwo przy odprawie, wybór miejsca i bagaż do 32 kg. Tylko później z tym bagażem do 32 kg może się średnio łapać stopa. Nam z około dwutygodniowym wyprzedzeniem udało się polecieć za jakieś 1600 zł. Trochę dużo, ale, jak już wspomniałam, dostaliśmy dwie godziny gratis. Przy okazji odkryłam również, że celnicy na lotnisku są lepiej poinformowani niż pracownicy ambasady, a mój Mąż z tytułu bycia mężem podczas odprawy jest traktowany jak członek Unii Europejskiej. Czyli jednym słowem - jak człowiek a nie tykająca bomba.

A jeżeli chcecie przyjechać do Armenii, ale nie lubicie topiących podeszwy butów upałów, to zdecydowanie polecam drugą połowę września. Ja na przykład rozważam już założenie skarpetek.

poniedziałek, 11 września 2017

Nie obrażające inteligencji lektury na wakacje

W te wakacje, pomimo wychodzenia za mąż i robienia innych niedorzeczności, miałam odrobinę czasu na to, żeby poleżeć w hamaku i odrobinkę sobie poczytać. Odrobinkę w moich kategoriach, bo Już-Mąż uznał, że jestem nienormalna i co ja właściwie zapamiętuje przy moim tempie lektury. No cóż, jak to głosił Marks: "Każdemu według potrzeb". Z przeczytanych książek na największą uwagę zasługują trzy. O dziwo wszystkie trzy mają ze sobą, moim zdaniem, coś wspólnego. Dodatkowo są to w moim mniemaniu książki idealne - na tyle ambitne, żeby dobrze wyglądały na Instagramie, i na tyle przyjemne, żeby czytanie ich nie było "wyzwaniem intelektualnym", a przyjemnością.




Kapłanki, amazonki i czrownice - za tę książkę dziękuję pani Jadwidze Żylińskiej. W moim odczuciu książka jest o matriarchacie. Brzmi zachęcająco, prawda? Nieprawda, ale czytajcie dalej. Autorka w sposób brawurowy dokonuje ponownej interpretacji znanych mitów, w których żeńskie postaci poboczne, takie jak Ariadna czy Pazyfae, nabierają zupełnie nowego, o wiele większego, znaczenia. Dla mnie największym zaskoczeniem było odkrycie, skąd wzięli się Tuatha de Danaan oraz co wspólnego mieli druidzi z kultem Wielkiej Bogini.

Kobiety bez mężczyzn - w tych takich opiniach, co są na tylnej okładce książki, przynajmniej w moim wydaniu, proza Shahrnush Parsipur została porównana do prozy Marqueza. Pomyślałam sobie coś w stylu: "Bitch please", bo bardzo cenię sobie tego autora, a Sto lat samotności czytam średnio raz na kilka lat, ale ponieważ temat wydał mi się ciekawy - kobieta w społeczeństwie irańskim - dałam książce szansę. Mniej więcej w połowie pierwszego rozdziału rzuciłam książką o ścianę strasząc przy tym Już-Męża, bo tak mnie opis tej kobiety w społeczeństwie irańskim - irytująco skoncentrowanej na swojej cnocie i pragnieniu zamęścia - zirytował, ale przemogłam się i czytałam dalej. I skończyłam. I napiszę tylko, że naprawdę warto i że faktycznie proza Shahrnush Parsipur jest podobna do prozy Marqueza, tyle tylko, że wyobraźnia Parsipur oraz wdzięk, z jakim napisane są opowieści, sprawiają, że jest to coś zupełnie innego. Jeżeli znacie Persepolis, zdecydowanie powinniście sięgnąć po Kobiety bez mężczyzn. Chociaż uprzedzam - "te wszystkie kobiety" mogą zirytować Zachodni Umysł.

Król Jezus - bardzo lubię Gravesa. Jego mitologię brat mi czytał do poduszki, a potem czytałam ją samodzielnie, chyba po to, żeby nauczyć się jej na pamięć. Potem przeczytałam Ja Klaudiusz i uznałam, że Graves jest geniuszem. Co prawda nie wszystkie powieści Gravesa mnie cieszą, bo na przykład Herkulesa z mojej załogi jakoś nie zmogłam, a i Wyspy Szaleństwa niespecjalnie mnie wciągnęły, ale Król Jezus potwierdził moje przypuszczenia co do tego, że Graves zasługuje na jakiegoś Nobla, tylko jeszcze nie wiem jakiego. Król Jezus, jak sam tytuł wskazuje, to książka o Jezusie. Ale Graves przekopał setki i tysiące książek i ukazał tę historię w taki sposób, że nie tylko udowodnił, że Jezus był postacią historyczną, ale dodatkowo ukazał powiązania chrześcijaństwa z najbardziej pierwotnymi religiami, w tym również kultem Wielkiej Bogini, której prywatnie Graves był wyznawcą. Zanim zabierzemy się za tę powieść, warto odświeżyć sobie Biblię, Mitologię Grecką oraz przeczytać Kapłanki, amazonki i czarownice i Białą Boginię tegoż autora (tak myślę, bo jeszcze nie miałam z nią przyjemności). Dzięki temu w trakcie lektury będziemy mogli wykrzyknąć parę razy: "To logiczne!" czy też "Ojej, teraz to ma sens!". Fakt - miejscami książka jest przyciężkawa, a niektóre fragmenty, jak na przykład kłótnia Jezusa z Marią Układaczką Włosów miałam ochotę pominąć, niemniej jednak rzecz jest naprawdę wciągająca. Chociaż gdyby książka powstała w trochę innych czasach, autor zapewne spłonąłby na stosie wraz ze wszystkimi egzemplarzami powieści. ;) Zresztą, powieść bywa nazywana "Szatańskimi wersetami chrześcijaństwa" i przez kilkanaście lat była zakazana w Portugalii i Irlandii...

niedziela, 27 sierpnia 2017

Jak zaoszczędzić na bukiecie ślubnym

Kochany Pamiętniczku, ślub był tydzień temu, a ja wciąż przeżywam i chciałabym jeszcze raz. 

To znaczy nie wyjść za mąż, bo to wydarzenie mocno traumatyczne i postanowiłam już nigdy w życiu go nie powtarzać, ale chciałabym znowu tak ładnie się ubrać, zrobić lepszą fryzurę oraz... Mieć jeszcze raz dokładnie ten sam bukiet.

O ile buty ślubne miałam od roku, a sukienkę kupiłam jakieś pół roku wcześniej, o tyle już kwestię bukietu olałam, bo to w końcu kwiatki, to przecież tego chyba się nie załatwia wcześniej niż na trzy dni przed, prawda?

Nieprawda.

Jakoś na dwa tygodnie przed ślubem, pisząc ten post, uświadomiłam sobie, że nie tylko nie mam bukietu, ale nie mam też wizji. Uznałam jednak, że co tam, poprzeglądam troszkę inspiracji, poczytam, jak to się zamawia i w ten oto prosty sposób przeżyłam pierwy mini atak paniki.

Okazało się, że bukiet ślubny to tak przynajmniej na miesiąc przed - ja na miesiąc przed rezerwowałam restaurację na obiad.

Okazało się, że przygotowanie bukietu to skomplikowany proces wymagający zamówienia konteneru kwiatów i piętnastu osób oraz polewania czegoś jakimś wrzątkiem i ciężką chemią.

No i na koniec okazało się, że za bukiet ślubny to minimum 150 zł trzeba dać, a to i tak zaniżona cena, bo to rękodzieło i jeszcze florystka wcześniej dwa dni nie śpi i w ogóle strasznie się poświęca.

W tym momencie opadła ze mnie panika i pomyślałam o moim już Mężu, któremu ludzie mówią, że 70 zł za ręcznie wykutą zawieszkę z miedzi i kamieni półszlachetnych to zdecydowanie za dużo i stwierdziłam, że wciąż będę mieć w pogardzie przemysł ślubny.*

A oto miniporadnik, jak zorganizować sobie wymarzony bukiet ślubny krok po kroku:

1. Nie mieć marzeń - a tak serio, ja po prostu wpisałam na Pintereście "wedding bouqet downtown abbey", bo moja "suknia" ślubna była mocno w klimacie lat dwudziestych, chociaż (jak na tamte czasy) uderzająco krótka.

Oczywiście nie wyglądało to dokładnie tak, ale miałam przynajmniej jakąś myśl przewodnią.

2. Posiadać w najbliższym otoczeniu osobę utalentowaną florystycznie - w moim przypadku była to moja Mama, która i lubi, i potrafi. Zrobienie idealnego bukiety zajęło jej jakieś 15 minut, a potem zrobiła jeszcze stroiki dla pana młodego, świadków i połowy gości.

3. Broń borze nie mówić w kwiaciarni czy gdzieś, że te kwiaty to na ślub - rady udzieliła mi Arabska Księżniczka, która w wychdzeniu za mąż miała już jakie takie doświadczenie, a potem potwierdziła wszystko Świadkowa, która też była po zmianie stanu matrymonialnego. Ogólnie jeśli powiesz komuś, że coś jest na ślub, to cena tego wzrasta pięciokrotnie (a do tego ktoś polewa to wrzątkiem).

Ostatecznie misja bukiet wyglądała tak, że o 7 rano pojechałam z Mamą najpierw na giełdę kwiatową, gdzie były tylko wiązanki pogrzebowe, ale gdzie znalazłyśmy wstążkę pasującą do sukienki, a potem pojechałyśmy na targowisko miejskie, zwane w moim mieście Burkiem, gdzie panu akurat "zostały takie oto różyczki z bukietu ślubnego".

Ostatecznie ten cholerny bukiet i tak był najdroższym elementem mojej ślubnej stylówy, ale po pierwsze był absolutnie doskonały, po drugie chociaż był najdroższy to i tak kosztował dwa razy mniej, niż najtańsza opcja z kwiaciarni i po trzecie przynajmniej nikt (oprócz mnie) nie chodził z jego powodu niewyspany.  




piątek, 25 sierpnia 2017

Wyszłam za mąż. Co dalej?

My i nasze dzielne świadki. Bardzo dzielne. Jak widać po wyjściu z USC mąż musiał mnie trzymać bo osłabłam z ulgi że już w końcu po.

 Ten wspaniały moment (dosłownie moment, bo cała ceremonia zajęła jakieś dwadzieścia minut) już za nami. Pytanie, co dalej? Czy mogę sobie leżeć na leżaczku i pić drinki z palemką podawane mi przez mojego przystojnego męża?

Chciałabym.

Ponieważ planujemy jak najszybszy powrót do Armenii, musieliśmy się urzędowo sprężyć. Ze wszystkich dokumentów na świecie w Armenii najistotniejszy jest mój paszport. Na wymianę paszportu mam dwa miesiące, a potem traci ważność. Ponieważ następny powrót do Polski planujemy na Boże Narodzenie, w praktyce oznaczałoby to, że zostanę bez jakiegokolwiek ważnego dokumentu. Co prawda dowód osobisty jest ważny przez aż cztery miesiące, ale nim w Armenii to sobie mogę co najwyżej chleb masłem posmarować.

Ale spoko, Pan Zastępca Pani Kierowniczki Urzędu Stanu Cywilnego zapewnił nas, że przyspieszenie procedury paszportowej to żaden problem. Wystarczy iść i poprosić.

Zgadnijcie, co było problemem.

Zgadliście? To piszę dalej.

Pełna dobrej wiary i cała w uśmiechach (Mąż się nie uśmiecha do byle kogo, bo zmarszczki, pogarda czy coś) złożyłam wniosek, pozwoliłam sobie pobrać odciski palców, zapłaciłam 140,79 gr, bo ponieważ mój paszport traci ważność w kwietniu przyszłego roku nie przysługiwała mi żadna zniżka, i poszłam do pana szefa od paszportów. 

Pan szef od paszportów praktycznie nawrzeszczał na mnie, że oni nie przyspieszają wydania paszportów, bo ktoś chce sobie jechać na wakacje. 

To tyle, jeśli chodzi o żadne problemy.

Ponieważ po pół roku między sądem a USC już generalnie przywykłam do tego, że ktoś na mnie wrzeszczy albo traktuje jak idiotkę, nie zaczęłam trząść się w powstrzymywanym ataku płaczu, tylko powiedziałam uprzejmie, że nie jedziemy na wakacje, ale wracamy do kraju męża, bo na początku października kończy mu się wiza, a podobno jak wcześniej wrócimy, to będzie łatwiej o nową na grudzień. O tym, że zostanę w Armenii bez ważnych dokumentów jakoś akurat zapomniałam.

W każdym razie pan nieco się zacukał, przestał prawie krzyczeć i kazał nam przyjść następnego dnia z wypełnionym wnioskiem.

We wniosku napisałam to, co już zdążyłam powiedzieć o wizie oraz to o mnie i dokumentach, bo akurat sobie przypomniałam.

W biurze pan przeczytał, powiedział, że on nie rozumie o co mi chodzi (trzy osoby, którym dałam wniosek do przeczytania przed nim, jakoś zrozumiały), a na koniec ozdobił ten urzędniczy tort wisienką w postaci pytania, czy ambasada Polski w Armenii jest w Taszkiencie.

Jakoś powstrzymałam się od powiedzenia mu, że nie i że Taszkient też nie jest w Armenii. Przy okazji wraz z mężem upewniliśmy się, gdzie właściwie leży Taszkient i teraz mamy kolejną mocną pozycję w rozwiązywaniu krzyżówek.

Tak czy siak po tym, jak wypełniłam mój wniosek paszportowy pod dyktando pana urzędnika ten łaskawie przyznał, że może faktycznie jakieś aktualne dokumenty w Armenii mi się przydadzą.

To miłe, że państwo polskie tak się o mnie troszczy, prawda?

czwartek, 10 sierpnia 2017

Bakłażany po ormiańsku

Bakłażan to takie warzywo, które nieodłącznie kojarzy mi się z ormiańską kuchnią. Co więcej, chyba tylko Ormianie wiedzą, jak sprawić żeby bakłażan był naprawdę smaczny. W Polsce bardzo długo brakowało mi tego smaku, a Indianin jakoś nagle doznał amnezji i nie pamiętał, co się z bakłażanem robi żeby był zjadliwy, aż w końcu pojechaliśmy na Wardawar gdzie miałam szansę spróbować nie bakłażanów, a poematu na temat.

A post shared by Agnieszka Rola (@agnieszka_rokirako) on


Po powrocie do domu tak długo dręczyłam Indianina, aż w końcu odkrył, że w Internecie jest miliard przepisów na bakłażany, w tym na te "moje".

Jak już miałam przepis, tak go użyłam. Wyszło bosko, zdrowo i ociekająco tłuszczem, ale jeśli komuś - tak jak mi -zdrowe tłuszcze niestraszne, to można robić i się zajadać.

Co nam będzie potrzebne:

1) Bakłażan -  byle ile,
2) Sól - sporo,
3) Tłuszcz do smażenia - w moim przypadku smalec ftw ale rafinowany olej dowolnego rodzaju też obleci.
4) Dobrej jakości olej lub oliwa, ja użyłam nierafinowanego oleju rzepakowego i był efekt łoł, ale z oliwą pewnie byłoby jeszcze lepiej.
5) Dużo ziół, najlepiej świeżych - polecam koperek, natkę pietruszki, świeżą kolendrę i bazylię, ale suszone zioła też są spoko,
6) Czosnek - byle ile, ja lubię dużo i potem śpię na wycieraczce.

Jak działamy:

1) Bakłażany kroimy w poprzek lub wzdłuż na talarki o grubości około 1 cm, wszystko układamy na kratce z piekarnika położonej nad zlewem, obficie zesypujemy solą i zostawiamy na jakieś 20 minut. Po około pół godziny od Internetu odrywa nas okrzyk w stylu: "Aga, znów zablokowałaś cały zlew!", więc idziemy do kuchni, przewracamy bakłażany na drugą stronę i znowu zostawiamy do kolejnych okrzyków z pogróżkami.
2) Po około pół godziny (w porywach do trzech, jeśli jesteśmy sami w domi) otrzepujemy bakłażany z resztek wody, a w międzyczasie nagrzewamy bardzo dużą patelnię i polewamy ją obficie tłuszczem. Na nagrzanym tłuszczu układamy bakłażany i smażymy do lekkiego przypieczenia, a w międzyczasie robimy "omastę".
3) Do miseczki wyciskamy czosnek przez praskę, dosypujemy ziół według upodobania i dolewamy oleju na oko. Wszystko mieszamy i w panice biegniemy przewrócić bakłażany.
4) Na koniec zdejmujemy bakłażany i już na talerzu smarujemy naszą miksturą.

A potem jemy i wzdychamy z błogości.

P.S. Po ormiańsku przyrządziłam również cukinię i nawet Indianin uprzejmie przyznał, że da się zjeść. W ogóle mikstura jest bardzo uniwersalna i tak smaczna, że można ją wyjadać łyżeczką z miski.

piątek, 4 sierpnia 2017

Nieszanująca gości sukienka i obrączki znalezione w szafie, czyli przygotowania do ślubu

Pixabay


Kochany pamiętniczku!

Jak już udało się sprawić, żebyśmy mogli się pobrać, to może pasowałoby coś napisać o przygotowaniach (wiem, że wcale niekoniecznie, ale bardzo chcę, żeby sobie jakoś to poukładać, a za rok przeczytać i się pośmiać). Ale poza kupowaniem hurtowych ilości cottonballsów, próbami posprzątania strychu i stresowaniem gości, że bez lampek na choinkę nie wpuszczam na teren posesji, to tych przygotowań zasadniczo nie ma.

Dlaczego?

Po kilku polskich weselach, przy czym jedną z najbardziej pamiętnych imprez było mocno sebo-karyniaste wesele pod Krakowem (baskinki, silikonowe wstawki do staników, przyciasne garnitury, żel, te sprawy), cichutki głosik w mojej głowie powiedział coś w stylu: "Boże, nie!".

Ten rysunek idealnie przedstawiałby podejście Indianina do oficjalnych uroczystości, gdyby nie to, że Indianin jest umiarkowanym zwolennikiem zarówno wódki, jak i schabowych.

Potem poznałam Indianina i okazało się, że jego poglądy na całą sprawę są jeszcze bardziej stonowane, żeby nie napisać ascetyczne, i najchętniej załatwiłby całą ceremonię przez maila, ewentualnie pocztą. Ale przejdźmy do rzeczy, jak te nasze skromne przygotowania wyglądają?

1. Impreza

W końcu, drogą porozumienia, po uwagach mojej mamy w stylu: "To pierwsze i być może ostatnie dziecko, które oddaję obcym ludziom, więc musimy to uczcić! (Mamo!)" robimy dwie imprezy. A właściwie obiad dla najbliższej rodziny oraz później wiejskie ognisko dla przyjaciół. Których grono i tak jest uszczuplone, bo przewód sądowo-urzędowy zajął nam tyle czasu i miał tyle zwrotów akcji, że delikatną sugestię o tym, że ewentualnie jeśli i tak nie mają jeszcze niczego zaplanowanego, to mogą niezobowiązująco zaklepać sobie 19 sierpnia, podałam do wiadomości publicznej jakieś 1,5 miesiąca przed tą datą, więc, jak nietrudno się domyślić, logistycznie wyszło tak sobie.

2. Konfekcja ślubna

Tutaj też jest rozczarowująco, bo całe poszukiwania, khem, "sukni" ograniczyły się do przeglądania Vinted. Jak już znalazłam moje boho-cudo, które najchętniej nosiłabym na codzień, przeczytałam na fejsiku opinię, że "suknia z sieciówki to brak szacunku dla gości". Odetchnęłam z ulgą, bo w końcu Vinted to nie sieciówka. Co do bucików, ja mam dwie pary, z których jedna jest prezentem od mojego przyszłego męża (tak! Mój przyszły mąż kupuje mi buty!), a drugą nabyłam za okazyjną cenę pięciu złotych w szmateksie (Esprit, skóra naturalna, uniwersalny złoty kolor - no kto by nie brał!). Co do Indianina - garnitur wisi w szafie, buty idą pocztą, ale generalnie wyjdzie z tego smart casual, bo przy 28 stopniach, które zapowiadają prognozy, nie mam serca wymuszać na nim płaczem i krzykiem zakładania całego, składającego się w 70% z wełny garnituru. 

3. Obrączki

Z obrączkami była taka sprawa, że najpierw zupełnie oszalałam na punkcie pewnych mosiężnych kółeczek z Dawandy, a opinia publiczna w postaci świadkowej, z którą podzieliłam się moimi wątpliwościami co do umiarkowanej szlachetności metalu, odpowiedziała coś w stylu, że "To twój ślub, więc nawet kapsle od Tymbarka będą spoko jeśli chcesz". Ostatecznie jednak ofiarodawcą obrączek został najcudowniejszy Dziadzio na świecie, a że obrączki są zabytkiem z lat 50-tych, to idealnie wpasowują się w moją wizję biżuterii ślubnej. 

4. Zaproszenia

Ponieważ na oficjalnym obiedzie będzie niespełna 30 osób, z czego większość stanowią tandemy i rodziny, postanowiłam je ogarnąć samodzielnie (zaproszenia, nie osoby). Fun, fun, fun. <3 Jak nietrudno się domyślić, porażająca większość gości na swoje zaproszenia wciąż czeka. Mam nadzieję, że zdążę przed ślubem.

5. Bukiet

Matko jedyna, wiedziałam że o czymś zapomniałam!

Podsumowując, jeśli ktoś chciałby się dowiedzieć, jak nie planować wesela, to może walić do mnie jak w dym! 


wtorek, 1 sierpnia 2017

Farsa polsko-ormiańska - początek szczęśliwego końca, cz. 5

W pewien nie do końca słoneczny, lipcowy poranek (poranek w standardach indiańskich - było koło 13), udaliśmy się do USC (skrót od "Udręcz i Sponiewieraj Człowieka), żeby W KOŃCU złożyć dokumenty. I właściwie teraz już będzie nudno, bo W KOŃCU te dokumenty złożyliśmy - wraz z podaniem o wydanie aktu urodzenia po sprządzeniu aktu ślubu i wyegzekwowaniu na paniach urzędniczkach pisemnego potwierdzenia, że nawet jeśli umrze pan zastępca pani kierowniczki, który nam ten zwrot aktu obiecał, to nam go wydadzą. 

Przy okazji pan zastępca pani kierowniczki uraczył nas uroczą historyjką o tym, jak miał mieszaną parę, gdzie pół pary było z Kirgistanu i nikt nie wiedział, jakie tam dają dokumenty, a na koniec, po tym, jak zadzwonił do ambasady, dowiedział się, że takie jakich wymaga polski rząd. Dobrze że pan zastępca pani kierowniczki nie musiał dzwonić do ambasady Armenii, bo pani konsul nie mówi po polsku.* No w każdym razie pośmialiśmy się, napisaliśmy jeszcze piętnaście innych pism i podań i poszliśmy do domu z karteczką, że oto możemy legalnie się pobrać.

Pozwolę sobie zatem podsumować tę farsę i napisać o tym, co musi zrobić obywatel polski, który chce poślubić obywatela Armenii:

1) Nie brać żadnego papieru o zdolności do zawarcia małżeństwa z armeńskich urzędów ani ambasady (no chyba, że ma 300 złotych z którymi naprawdę nie wie co zrobić).
2) Poprosić w Armenii o duplikat/odpis aktu urodzenia - można to również zrobić w ambasadzie, ale trwa to miesiąc i pewnie jest drogie.
3) Przetłumaczyć akt urodzenia u tłumacza przysięgłego W POLSCE (jakieś 80 zł). Tłumaczenia zrobione za granicą nie są honorowane.
4) Iść do sądu z tłumaczeniem aktu urodzenia, paszportem oraz oświadczeniami (mogą być po polsku), że obywatel Armenii może wziąć ślub, nie mówi/mówi po polsku i jeszcze jakieś jedno, o którym zapomniałam, ale dopiszę jak sobie przypomnę. Papiery mogą być napisane w języku polskim - i wtedy musimy sami sobie znaleźć tłumacza, albo oryginały w języku obcym wraz z tłumaczeniem przysięgłym - i wtedy sąd przydziela nam tłumacza z urzędu, za którego i tak musimy zapłacić. W przypadku wariantu pierwszego samodzielnie znaleziony tłumacz powinien posiadać własną działalność gospodarczą.
5) Uiścić w kasie sądu 100 ZŁOTYCH POLSKICH opłaty manipulacyjnej. Najlepiej od razu po złożeniu dokumentów.
6) Czekać na termin rozprawy - nas powiadomili o nim na jakieś dwa tygodnie przed.
7) Zaraz po tym, jak mamy termin, zacząć sobie szukać tłumacza na stronie MSW. Nie musi być ormiański, może być angielski albo rosyjski.
8) Iść na rozprawę (bardzo ważne).
9) Po rozprawie koniecznie iść do sądowego biura obsługi klienta i spytać o kolejne kroki. My nie poszliśmy, bo nam powiedzieli, że nie ma sensu, a potem, jak poszliśmy tam po dwóch tygodniach (czas po którym mogli nam wydać dokumenty), okazało się, że musimy pisać wniosek o wydanie decyzji sądu (6 ZŁOTYCH POLSKICH) oraz podanie o zwrot tłumaczenia przysięgłego aktu urodzenia, a potem czekać tydzień na sporządzenie dokumentu.
10) Następnie, jak już nam w końcu dadzą cholerną decyzję i j*b@&e tłumaczenie aktu urodzenia, bierzemy oryginalną kopię, z której było robione tłumaczenie, przyszłego męża/żonę (bardzo ważne, bo pierwszy raz poszłam bez) i swój dowód osobisty, po czym idziemy do USC, gdzie musimy wypełnić jakieś 1500 papierków, a także troszkę potłumaczyć różnych bzdurek podpisawszy wcześniej oświadczenie, że nie nałgaliśmy przy tych bzdurkach. Bzdurki do tłumaczenia znajdziecie na stronie mojej dobrej znajomej, która też postanowiła popełnić to szalone głupstwo i wyjść za mąż za obywatela państwa niestowarzyszonego.
11) Na koniec dostajemy małą, elegancką karteczkę, na której jest napisana data ślubu, godzina i personalia zainteresowanych.
12) Potem nie pozostaje nam już nic innego, jak zadzwonienie po naszego ulubionego tłumacza przysięgłego i zaklepanie go na termin uroczystości.

Na koniec chciałabym tylko jeszcze raz podziękować wszystkim tłumaczom przysięgłym, których spotkałam na swojej drodze, a bez których ta rozpaczliwa gonitwa na trasie sąd - USC trwałaby prawdopodobnie do tej pory. Tłumacze! Jesteście wspaniali! Jeśli kiedyś potrzebowalibyście tekstów na stronę swojego biura lub korekty walcie do mnie jak w dym! Gwarantuję konkurencyjne stawki i zniżki przy dłuższej współpracy!

A teraz idę kończyć robienie zaproszeń, odbierać obrączki, chudnąć do sukni ślubnej, sprzątać strych i robić wszystkie inne głupstwa, których oczekuje się od panien młodych.
Buzi. <3





*Gdzieś we wcześniejszych wpisach utyskiwałam na zdolności lingwistyczne polskich urzędników.

wtorek, 25 lipca 2017

Farsa polsko-ormiańska 4b. - z leju po bombie

Mogłoby się wydawać, że skoro mamy już postanowienie sądu, przetłumaczony akt urodzenia oraz wolę i chęć to już wszystko powinno pójść z górki, prawda? Otóż, kochany pamiętniczku, nie poszło z górki, poszło po bandzie.

24.08 z radością odebraliśmy dokumenty, to znaczy ja się radowałam, bo Indianin jest tak wylewny, jak wiadro zaschniętego betonu, i skierowaliśmy swe taneczne kroki do USC, gdzie miły pan kierownik poinformował nas, że wszystko spoko, ale potrzebny jest oryginał aktu urodzenia. Że potrzebny, to jeszcze można zrozumieć, ale miły pan kierownik dodał również, że oni ten akt urodzenia sobie zostawiają, a my co najwyżej możemy poprosić o odpis, jak nam będzie potrzebny.

Polski odpis. Ormiańskiego aktu. W Armenii. Kiedy ormiański akt będący własnością Republiki Armenii i napisany PO ORMIAŃSKU (te takie krzaczko-robaczki) leżałby sobie w prowincjonalnym USC gdzieś na granicy z Ukrainą.

Pomnik alfabetu ormiańskiego - źródło
Pierwsze pytanie, które mi się nasunęło, a które było podyktowane czystą ciekawością, brzmiało: "Ale PO CO wam akt po ormiańsku, skoro nawet nie będziecie wiedzieli, gdzie on ma górę a gdzie dół?". Na co pan kierownik odpowiedział, że wie, że to trochę niedorzeczne, ale takie są procedury. Drugie pytanie, podyktowane już względami praktycznymi, brzmiało: "Ale panie, dyć to oryginał. Oryginał wam mamy zostawić?". Na co pan kierownik odpowiedział, że wie, że to trochę niedorzeczne, ale takie są procedury.

Skracając przydługą historię napiszę tylko, że dziś rano dzwoniłam do ambasady, gdzie mi powiedzieli, żeby sobie przyjechać do Warszawy i wyrobić nowy, co miało potrwać miesiąc. Dziękuję ambasado, byłaś pomocna jak zwykle.

W końcu dziś rano udało się wytłumaczyć panu kierownikowi, że nie możemy mu zostawić tego aktu, bo bez niego w Armenii prawdopodobnie umrzemy, a już na pewno nic nie załatwimy. I nagle okazało się, że wystarczy napisać podanie o zwrot aktu urodzenia wraz z wydaniem aktu zawarcia małżeństwa. I tutaj powracam myślami do pytania nr 1. oraz nasuwa mi się kolejne, trzecie już, pytanie - dlaczego pan nie mógł powiedzieć mi tego wczoraj, oszczędzić nerwów, płaczu i przynajmniej pięciu lat życia, które na te nerwy i płacz straciłam? Pewnie przez procedury, ale w sumie nie wiem.

A jeśli chodzi o trójpodział władzy, to wygląda on tak, że sąd nie wie, co się dzieje w USC, a USC nie ma pojęcia, jak działa sąd. 


poniedziałek, 24 lipca 2017

Farsa polsko-ormiańska - czyli rozwodu nie będzie cz. 4

Źródło: palestrapolska

Wpis zawiera wyrażenia powszechnie uznawane za niecenzuralne, za które przepraszam, ale które jakoś tak same wypłynęły mi spod palców na wspomnienie tej pierwszej i, miejmy nadzieję, ostatniej przygody z polskim sądownictwem, które (i tutaj pozwolę sobie na drobny wtręt polityczny) potrzebuje podpalenia, zaorania i zaczęcia na nowo.

Kochany pamiętniczku.

Nadszedł wielki dzień - 28 czerwca, więc ubrałam się dla odmiany jak dorosły człowiek i poszliśmy na rozprawę.

Niestety, jak już wspominałam wcześniej, w naszym pięknym kraju ślub z osobą ormiańskiego pochodzenia (przy czym nie wiem, jak to wygląda w przypadku innych krajów niestowarzyszonych) musi zostać poprzedzony rozprawą, w trakcie której sędzia, który widzi daną parę pierwszy raz na oczy, decyduje, czy obywatel polski jest na tyle poczytalny, żeby wyjść za mąż za obcokrajowca i vice versa.

Czyli było trochę stresująco.

No nic, dotarliśmy do sądu, siedliśmy sobie na ławeczce, pogadaliśmy z naszym tłumaczem. Tłumacz był bardzo spoko, pocieszył nas, że nie tylko Ormianie muszą przechodzić przez taką szopkę, ale Amerykanie też. Proces oczywiście opóźnił się o jakieś 20 minut (przecież to nie sąd płaci za godzinę pracy tłumacza, prawda?). W końcu weszliśmy na salę, pani sędzina PRZY NAS zapoznała się z materiałami dowodowymi i oznajmiła, że W SUMIE TO MOŻNA BY TĘ ROZPRAWĘ POPROWADZIĆ PO ROSYJSKU. 

Fakt, że mi wtedy nic nie pękło ani niczym nie rzuciłam w wysoki sąd świadczy o moim doskonałym zdrowiu  psychofizycznym i nienagannym samoopanowaniu. Na szczęście nasz tłumacz był na tyle rozgarnięty, żeby nie tłumaczyć tej luźnej uwagi.

Sama rozprawa ograniczyła się praktycznie do sprawdzenia, czy Indianin na pewno nie prowadzi podwójnego życia oraz skąd się wziął w Polsce, czy jest zdrowy psychicznie i gdzie planujemy żyć. Później pani sędzina spytała mnie mniej więcej o to samo, plus wypytała o stosunki z indiańską rodziną, moje wykształcenie, zawód, wiek i czy jestem całkowicie pewna, że po wyprowadzce do Armenii nie odkryję, że czekają tam na Narka stęsknione dziatki i wkurwiona żona. Westchnęłam ciężko (oczywiście w duchu) i powiedziałam pani sędzinie, że dostaliśmy w Armenii papier na bezżenność Narka, który tutaj okazał się być nieuznawany, więc chyba nie ma lepszego dowodu, a pani sędzina na to: "A to mają to państwo przetłumaczone i załączone w materiale dowodowym?".
...
Na takie dictum odparłam, że "No kurwa nie, bo powiedzieliście, że możemy to sobie wrzucić do wychodka i na to nasikać", tylko wiesz kochany pamiętniczku, grzeczniej. Dużo grzeczniej.

W końcu pani sędzina łaskawie oznajmiła, że nie widzi przeszkód, jeśli chodzi o zdrowie mentalne nie odstajemy od normy i jak już bardzo musimy, to możemy się pobrać, ale tak na wszelki wypadek dają nam trzy tygodnie na apelację od wyroku. 

Przy czym zapowiedziałam Indianinowi, że jak ma ochotę apelować, to droga wolna, ale ja już z nim po żadnych sądach nie będę się włóczyć.


niedziela, 16 lipca 2017

Co nie czyni humanisty

Dzisiaj po raz kolejny natknęłam się w Internecie na komentarz w stylu: "Mój humanistyczny móżdżek nie umie dodawać w pamięci, dzięki czemu cenę wszystkich zakupionych towarów poznaję dopiero przy kasie".

Źródło


Najpierw się zirytowałam, później się zdenerwowałam, a potem zrobiło mi się zwyczajnie i po ludzku przykro. Bo co, bo skoro umiem dodawać i odejmować, a dodatkowo jeszcze mnożyć i dzielić bez pomocy kalkulatora, a nawet obliczyć sobie procent z danej liczby, to już czyni to ze mnie inżyniera? I pomyśleć, że mniej więcej od drugiej klasy podstawówki, kiedy to odkryłam, że matematyka nie jest moją najmocniejszą stroną, ale za to napisanie wypracowania na oknie w łazience podczas pięciominutowej przerwy nie sprawia mi najmniejszego problemu, uważam siebie za... No właśnie, za kogo?

Za człowieka.  

Chociaż skłamałabym, gdybym powiedziała, że za człowieka nie uważałam się już wcześniej. Miłym zaskoczeniem było dla mnie za to, kiedy odkryłam, że oprócz Polki jestem też Europejką, ale potem dowiedziałam się, że moja kuzynka mieszkająca w Obcym Kraju jest nie tylko Polką i Europejką, ale też obcokrajowianką i już nie byłam taka dumna.

Ale wróćmy do tematu.

Może zacznę od tego, co oznacza słowo humianizm. W tym celu posłużę się cytatem ze Słownika języka polskiego:

1. prąd umysłowy i kulturalny okresu Odrodzenia, stawiający człowieka w centrum zainteresowania nauki i sztuki, przeciwstawiający się filozofii scholastycznej i kulturze średniowiecznej;
2. postawa intelektualna i moralna, wyrażająca się zainteresowaniem sprawami człowieka oraz poszanowaniem jego wolności i godności; antropocentryzm

Widzicie? Ani słowa o byciu co rok zagrożonym z przedmiotów ścisłych.

Zatem - co nie czyni humanisty?

1) Brak biegłości rachunkowej, w tym nieznajomość tabliczki mnożenia. Co więcej, większość moich ulubionych profesorów z polonistyki miała za sobą jakąś przygodę z politechniką. Nie wspominając już o tym, że taki Prus na przykład był matemtykiem.

2) Studiowanie dowolnej filologii lub inne studia na uczelni artystycznej, katolickiej czy po prostu nie dającej tytułu inżyniera - bo możesz być sobie wrażliwym artystą-filozofem i estetą, który wącha kwiatki, biega boso po łące i nie je nabiału, a przy tym wszystkim obrabiać koledze dupę za plecami.

3) Umiejętność poprawnego wysławiania się w języku ojczystym lub jakimś innym - bo te umiejętności powinien posiadać każdy wykształcony człowiek, nie tylko absolwent polonistyki, i usprawiedliwienie w stylu: "Piszę 'że' przez 'rz' bo jestem informatykiem" ma dla mnie tyle samo sensu, co twierdzenie, że nie umie się policzyć do dwudziestu bez pomocy palców u nóg, bo jest się humanistą.

Co zatem czyni humanistę? Odpowiedź na to pytanie znajdziesz w zamieszczonej powyżej definicji zaczerpniętej ze Słownika języka polskiego.

niedziela, 9 lipca 2017

Farsa polsko-ormiańska - Lost in Translation cz.3

Składając dokumenty w dzienniku podawczym spytałam miłego pana, jak to jest z tą opłatą manipulacyjną (100 zł). Miły pan powiedział, że tym to mam się w ogóle nie przejmować i mogę to uiścić nawet po rozprawie. Nie przejmowałam się zatem. Aż do momentu, kiedy w pewien piątkowy poranek przyszło mi pismo z pogróżkami z sądu, że mam tydzień na uiszczenie opłaty, albo możemy zapomnieć o rozprawie.

Haha.

Mniej więcej jak stałam, tak sterroryzowałam brata, żeby mnie podwiózł pod sąd, uiściłam zaległosia, po czym poprosiłam panie z obsługi klienta, żeby poinstruowały panów z dziennika, żeby nie mówili ludziom głupot.

No to czekamy dalej.

W końcu, hosanna, wezwanie na rozprawę. I nowe problemy. Szukamy tłumacza. Okazało się, że gdybyśmy złożyli dokumenty w obcym języku z załączonym tłumaczeniem przysięgłym, daliby nam tłumacza z urzędu. Ale ponieważ dokumenty były po polsku, to sąd nie zorientował się, że główny zainteresowany nie mówi po polsku. Chociaż treść jednego z oświadczeń brzmiała tak:

Ja, niżej podpisany Indianin z Armenii, pragnę oświadczyć, że znam język polski jedynie w stopniu podstawowym oraz że biegle posługuję się językiem angielskim oraz rosyjskim.

Najwidoczniej coś tam było niewyraźnie.

Źródło

Ale nawet nie byłam jakoś bardzo zła, bo przyniesienie własnego tłumacza i tak wychodziło taniej, niż tłumaczenie (przysięgłe) wszystkich tych dokumentów i późniejsze pokrywanie kosztów sądowych.

Zadzwoniłam zatem do sądu i pytam, czy mają jakąś swoją listę tłumaczy przysięgłych, których znają i polecają. Pani z sądu odesłała mnie na stronę MSW
Dziękuję pani z sądu, taka mądra to ja byłam i bez pani.

Pixabay

Zaczynam zatem dzwonienie po tłumaczach. Pierwszych trzech oczywiście nie odbiera, albo w ogóle, w trosce o prywatność, nie mają podanych numerów telefonu. W końcu hurra, ktoś odbiera, ale nie ma czasu. No trudno, lista jest długa. Kolejny telefon. Znów sukces! Pani jednak informuje mnie, że jak chcę własnego tłumacza przysięgłego, to to nie może być jakiś pierwszy lepszy tłumacz przysięgły, tylko tłumacz przysięgły z własną działalnością gospodarczą. Ucinamy sobie dłuższą pogawędkę, w trakcie której pani udziela mi porad i wskazówek, pociesza, podnosi na duchu oraz podaje numery do tłumaczy, którzy spełniają wymagania. Na koniec jesteśmy nieomal zaprzyjaźnione.

W końcu wykonuję ostatni telefon modląc się, żeby polecony tłumacz miał wolny termin. Odbiera miły pan numer dwa. Informuję go o charakterze sprawy. Żalę się na polskie sądownictwo. Razem sobie narzekamy. Pan opowiada mi o tym, jak taka rozprawa wygląda. Na koniec jesteśmy nieomal zaprzyjaźnieni. 

Tak! Jest! Udało się! Mamy tłumacza! 

Dodatek stricte urzędowy - koszta i wymagania w woj. małopolskim

1. Cała impreza kosztowała nas około 300 zł - tłumaczenie przysięgłe z języka ormiańskiego 80 zł + wysyłka za pobraniem, opłata manipulacyjna w sądzie 100 zł, godzina pracy tłumacza 100 zł. Stracone nerwy - 15 lat życia.
2. W przypadku, kiedy obcokrajowiec posługuje się biegle innym językiem, niż swój ojczysty, nie jest wymagane przedłożenie żadnego certyfikatu. Wystarczy słowo honoru. Przykładowo w przypadku Indianina sąd wymaga jedynie tłumacza przysięgłego dowolnego języka, nie musi to być żaden tłumacz indiański.
3. Dokumenty mogą być napisane po polsku i tylko podpisane przez obcokrajowca. Ale nie muszą. Jak wspomniałam wcześniej, jeśli mamy za dużo pieniędzy, to dokumenty mogą być w dowolnym języku.
4. Tłumacze to najmilszy i najbardziej pomocny gatunek ludzi. Gdyby nie oni, prawdopodobnie do tej pory biegalibyśmy od sądu do USC i z powrotem. 

"Sztukę translatorską mam za sztukę przez duże S."
Andrzej Sapkowski

środa, 28 czerwca 2017

Farsa polsko-ormiańska, czyli łatwiej na kocią łapę, cz. 2

Nieważne którędy. Ważne, że w tym samym kierunku. #krakow #loesje #loesjepolska #basztowa #którędywychodzisięnaludzi

A post shared by Agnieszka Rola (@agnieszka_rokirako) on






Dojazd z Podlasia do mojego rodzinnego miasta jest gorszy i dłuższy, niż z Polski do Armenii, więc mniej więcej do stycznia w kwestii legalizacji naszego związku nie dzieje się nic. 

Na szczęście w styczniu nasz pobyt w czyśćcu dobiega końca i możemy zająć się "na poważnie" załatwianiem ślubu.

Zaczynamy od ściągnięcia z Armenii aktu urodzenia. Oczywiście nie może być za prosto, bo akt zaginął przy przeprowadzce w wakacje, a żeby wydać nowy potrzebne jest notarialnie poświadczone upoważnienie dla Przyszłej Teściowej. Na nasze szczęście Armenia to kraj, w którym większość problemów można rozwiązać przy pomocy odpowiednich środków finansowych, więc mniej więcej w okolicy marca mamy w końcu akt. Hura!

Krok następny - znalezienie tłumacza przysięgłego. Same poszukiwania to nie problem, bo wszyscy przysięgli rejestrują się na stronie Ministerstwa Sprawiedliwości, z marszu znajduję trzech, plus dodatkowo umieszczam pytanie na Grupie Otwartej dla Tłumaczy, gdzie zostaje mi polecona bardzo miła pani z Warszawy (wiem, brzmi jak antyteza, ale naprawdę pani jest bardzo miła, chociaż z Warszawy).

Zebrawszy powyższe dane rzucamy to wszystko i jedziemy na Sycylię.

Archimedes w doborowym towarzystwie.

Po powrocie z Włoch biorę się do roboty. Tłumacz z Krakowa nie potrafi odpisać na maila, tłumacz z Katowic nie potrafi odbierać telefonów, co do bardzo miłej pani z Warszawy wciąż się waham, bo Warszawa trochę daleko, no a poza tym jest z Warszawy. 

W międzyczasie udaje się nam zabukować termin w USC, prawdopodobnie dzięki temu, że zastępca kierowniczki nie zna procedur. Po tym już, już mam dzwonić do bardzo miłej pani z Warszawy, ale Indianin wpada na genialny pomysł, żeby skonsultować się z Ambasadą Armenii. W Ambasadzie Armenii mówią, że ormiański dokument jest w porządku i oni w ogóle nie wiedzą, o co to całe halo. Trafia nas szlag. Od nowa zaczynamy tournee po polskich urzędach, gdzie mówią, że ten dokument na pewno nie jest w porządku i trzeba wystąpić o zwolnienie z okazania dokumentu drogą sądową. 

Indianin się złości, ja chcę z powrotem na Sycylię.

W końcu uznaję, że nie, że koniec, że skoro mówią, to znaczy, że mówią. Po raz kolejny obdzwaniam tłumaczy. Tłumacz z Krakowa odbiera, po czym w trakcie rozłącza się, a następnie wysyła smsa, że oddzwoni i nigdy nie oddzwania. Tłumacz z Katowic wciąż nie nauczył się odbierać telefonu, więc zrezygnowana dzwonię do bardzo miłej pani z Warszawy, która nie tylko okazuje się być bardzo miła, ale również niezwykle pomocna. Potwierdza, że ormiański dokument ma dla polskiego rządu wartość zetlałego skrawka tapety. Podejmuje się wykonać tłumaczenie ze skanu w trybie ekspres bez dodatkowych opłat, chociaż jest Wielki Czwartek, a następnie wysyła gotowy dokument za pobraniem.

W końcu mamy to! 

Następnie piszę cztery w porywach do pięciu oświadczeń w imieniu Narka, że jego kraj nie wydaje, że on nie mówi po polsku, że nie ma przeciwwskazań i że nie ukrywa żony z piątką dzieci na granicy z Azerbejdżanem. Zanosimy wszystko do sądu. Pani w sądzie wszystko przyjmuje. 

Z nieba leci deszcz ze śniegiem, w końcu kwiecień, ale dla mnie to jak brokat i konfetti.

Na koniec Indianin dzwoni do Ambasady. 
Nawet trochę współczuję tym w Ambasadzie.

Ciąg dalszy nastąpi...

czwartek, 22 czerwca 2017

Farsa ormiańsko-polska, cz. 1



Dawno nie było niczego o wychodzeniu za mąż, a trochę się tego nazbierało przez ostatni rok.

Aha, no właśnie, bo wychodzę za mąż, a przynajmniej bardzo ciężko próbuję. Wychodzenie za mąż z obywatela spoza UE to jest orka na ugorze i tylko się cieszę i sama siebie chwalę za to, że wraz z Indianinem mamy dość zdecydowane podejście do wesel. Nie i już.

Jednak brak konieczności szukania sali i wybierania fontann z czekolady niewiele w naszym przypadku ułatwia, bo dużo więcej czasu niż byśmy chcieli spędzamy w sądzie i USC.

Ale zacznijmy od początku.

Jest wrzesień A.D. 2016. Indianin, jeszcze wtedy pełen optymizmu, planuje mnie poślubić ASAP (co jest mi na rękę, bo jeszcze wtedy myślałam, że jak mnie lepiej pozna, to się rozmyśli). W tym celu załatwia Dokument Ultra Potrzebny Absolutnie (w skrócie "DUPA") w Polsce i państwach ościennych, który otworzy nam podwoja kościołów, urzędów i w ogóle wszystkich innych miejsc, w których ludzie biorą śluby.

Za DUPę oczywiście trzeba słono zapłacić i sporo się za nią nachodzić, bo udowodnienie, że nie ma się piątki dzieci i żony Ormianki gdzieś na wsi pod granicą z Azerbejdżanem wcale nie jest takie proste.

Niemniej, udaje się. Jedziemy do Polski.

W Polsce idziemy do USC i... i tam pani dyrektorka USC mówi nam, że dokument możemy sobie oprawić w ramkę, ewentualnie się nim podetrzeć. Rzeczpospolita Polska nie rozpoznaje ormiańskiej DUPy z powodu powodów. Musimy iść do sądu i poprosić o zwolnienie z konieczności przedłożenia dokumentów.

Aha. Spoko. Idziemy do sądu.

W sądzie okazuje się, że to nie tak, że my składamy papiery, dajemy im stówę, a oni nam dają dokument. Nie, potrzebna jest rozprawa. A na rozprawę potrzebny jest tłumacz przysięgły.

Odwieszamy projekt ślub na bliżej nieokreśloną przyszłość i wracamy do Armenii, bo potem musimy wrócić do Polski, żeby przeżyć piekło na Podlasiu.

Ciąg dalszy nastąpi...

 

poniedziałek, 12 czerwca 2017

Budapeszt - jak jednorożec tylko bardziej




Mój pierwszy raz z Budapesztem był tragiczny - 30 kilo bagażu, 15 minut do ojdazdu busa do Cluj i niczego niewiedząca pani z informacji. No i zima.

Budapesztu zdecydowanie nie dał się pokochać od pierwszego wejrzenia. Za drugim razem wciąż grał trudny do zdobycia, kiedy błądziłam po nim przez 14 godzin z ciężkim plecakiem i bez pieniędzy po 24 godzinach bez snu. Mimo wszystko, w tych absolutnie niesprzyjających okolicznościach, potrafił mnie zainteresować na tyle, że nie tylko postanowiłam, że wrócę tam po raz trzeci, ale również wyciągnęłam ze sobą nieco opierającego się Indianina.



Na trzeciej randce wreszcie zaskoczyło. I to z głośnym trzaskiem. Budapeszt całkowicie mi zaufał, ubrał się w słońce i błękity, skrzył się Dunajem, nawet opowiadał dowcipy. 

Właściwie nie rozumiem, jak można twierdzić, że Paryż jest najbardziej romantycznym miastem w Europie, skoro tuż obok jest Budapeszt ze swoimi rozmarzonymi kamienicami, kolorowymi dachami i Wzgórzem Gellerta idealnie zaprojektowanym do picia tokaju z widokiem na Dunaj i ilością ławek, która bez problemu pomieści dowolną ilość zakochanych.


Budapeszt łączy w sobie dumę Wiednia i zalotność Pragi, okraszając wszystko swoją własną madziarską fantazją. Bar z napędem na pedały? Bardzo proszę! Przepyszne, choć całkowicie afunkcjonalne lody w kształcie róży? Już się robi! Reklama Szex Bolt na środku skrzyżowania? Tylko w Budapeszcie!



I tylko Indianin nie mógł w pełni docenić uroku miasta, bo paskudnie się przeziębił.

Ale powiedział, że wróci. 

Zresztą, to normalne, że nie oszalał z miłości do tego miasta od razu, bo, jak już pisałam, Budapesztu nie da się pokochać od pierwszego wejrzenia.


Więcej zdjęć tutaj.

poniedziałek, 20 lutego 2017

Niezbędnik freelancera

Z początku chciałam zatytułować ten wpis "niezbędnik copywritera", ale uznałam, że w sumie porady i potrzeby mogą okazać się dosyć uniwersalne, bo w końcu - o ile ktoś nie jest szkutnikiem-wolnym strzelcem - nasza praca wygląda dosyć podobnie.


Oto kilka rzeczy, które ratują mi życie i sprawiają, że nie zawalam terminów (za bardzo):

1) Słuchawki - jako osoba pozbawiona własnego pokoju lub pracująca niekiedy w trudnych warunkach typu szkolny korytarz bez słuchawek prawdopodobnie bym zginęła. Słuchawki pozwalają mi się skupić i skutecznie odcinają od jazgotu, bełkotu i innych zjawisk fonetycznych. Niech żyją słuchawki!



Oczywiście trudne warunki bywają różne. Czasem rumuński korytarz, czasem kataloński balkon. <3

2) Podkładka pod laptopa - to moje niedawne odkrycie, ale już się zakochałam i myślę, że będziemy razem, dopóki któraś z nas się nie rozsypie. Podkładka doskonale stabilizuje laptop, dzięki czemu na przykład nie wypada mi kabelek z zasilacza (mój laptop jest rozdzierająco stary), a laptop jakby mniej się nagrzewa. Kawy na mojej wersji podkładki niestety nie postawię, ale raz, że przy mojej wrodzonej pierdołowatości może to i lepiej, a dwa - nie można w końcu za dużo oczekiwać od podkładki, której koszt całkowity wyniósł trzy złote i jedną awanturę.

Nie ma to jak czarny tablet na ciemnym tle.


3) Dobrze zaopatrzony barek. Żartowałam (wcale nie).

4) Poduszka podróżna, czyli taki rogal do zakładania na szyję. Przydatne, kiedy którąś godzinę z kolei pracujemy w dziwnej pozycji, bo w innej pozycji cząsteczki weny jakoś nas omijają.

5) Niewolnik do robienia kawy. Ja nie mam, ale wiem, że jest niezbędny.

6) Kubek termiczny. Ponieważ nie mamy niewolnika, który zrobiłby nam świeżą kawę, warto zadbać o to, żeby nasza kawa była przynajmniej letnia, kiedy wreszcie sobie o niej przypomnimy.

Fot. Pixabay


7) Kota, który grzałby stópki, a którego, podobnie jak niewolnika, nie posiadam. :c