sobota, 17 września 2016

Pięć rzeczy, o których chciałabym wiedzieć przed wyjazdem na Erasmusa


W październiku ubiegłego roku udałam się na spotkanie organizacyjne dla potencjalnych erazmusów. Spotkanie okazało się być właściwie czymś w rodzaju propagandowej nagonki, gdzie byli erazmusi zapluwali się z radości i ekscytacji z powodu odbytego wyjazdu. Sporo anegdotek, zero konkretów. Trochę zniesmaczona wróciłam na zajęcia po to, żeby cztery miesiące później wsiąść w autobus relacji Kraków - Budapeszt i pojechać po swoją część przygód do Rumunii. Gdzie zderzyłam się z rzeczywistością, która mogłaby być nieco mniej szara, gdyby na spotkaniu ktoś powiedział o tym, że:

Fot.

1) Jeżeli chcecie jechać na Erasmusa, a nie chcecie przepłacać za wynajem pokoju na mieście, to już w listopadzie powinniście poinformować swój goszczący uniwersytet, że byłoby fajnie, gdyby wam przydzielił miejsce w akademiku. Dzięki temu zaoszczędziłabym jakieś 160 euro i nie musiałabym oglądać każdego leja po dziesięć razy (1 lei = 1 złoty).
2) Jeżeli nie chcecie oglądać każdego leja po 10 razy, dobrze byłoby sobie dorobić do stypendium. Przykładowo w Rumunii, zakładając, że mielibyście ten akademik, kwota, jaką przeznacza się studentom (około 1140 euro w moim przypadku) powinna całkowicie wystarczyć na studenckie życie, ale już nie na wojaże i grubsze hulanki. Ja na przykład dorabiałam sobie pisząc artykuły, dzięki czemu byłam w stanie nie umrzeć z głodu i dwa razy polecieć do Armenii, ale do picia pozostawało mi już najtańsze wino, a do jedzenia chleb ze smalcem (swoją drogą chciałam ten chleb wymienić na kaszę jaglaną, bo myślałam, że skoro narodowym rumuńskim daniem jest mamałyga, to ta kasza będzie dostępna nawet w kiosku z gazetami, ale nieco się przeliczyłam :c).
3) Chodźcie na zajęcia - serio. Jeżeli wykładowcy będą was widzieli na każdych zajęciach, to pomyślą sobie, że jesteście tacy zdolni i wam zależy, co przełoży się na ładne wyniki, nawet jeśli waszym językiem wykładowym jest francuski, którego wszyscy wasi kostudenci uczą się od przedszkola, a wy od dwóch lat. Czy coś. Ja akurat na zajęcia chodziłam, ale sporo osób mi się dziwiło, bo przecież byłam na Erasmusie. 
4) Przede wszystkim zaprzyjaźnijcie się z lokalsami. Gdyby nie dwie cudowne, rumuńskie dziewczynki, nie wiedziałabym o żadnym egzaminie, zadaniu, terminie oddania prac. Inni erazmusi, chociaż może bardziej rozrywkowi i zorientowani na melanż, raczej nie pomogą wam bezboleśnie zakończyć semestru.

Fot.
5) Nie wpadajcie w panikę - na erazmusie miałam masę problemów ze strony i własnej uczelni, i goszczącej. Dość powiedzieć, że jeden egzamin musiałam zdawać przez skypa, kiedy byłam w Armenii, a ostateczną listę ocenę dostałam tydzień temu. Ale wszystko dało się załatwić. Nie wiem, czy to dzięki punktowi trzeciemu, czy dzięki temu, że oficjalne maile pisane we francuskim są tak grzeczne, że nie da się na nie odpowiedzieć negatywnie, grunt, że się udało. Niestety, co z tego stresu schudłam, to już odzyskałam. :c

Ale jeżeli ktoś się zastanawia, to doświadczenie jak najbardziej polecam. Po pierwsze, można się nauczyć tanio podróżować po Europie, po drugie - nieco się, pardą, odpierdołowacić, po trzecie - nabyć biegłości w pisaniu oficjalnych maili. No i schudnąć.

2 komentarze:

  1. Czyli widzę, że Erazmus udany :) ja sama planowałam polecieć na wymianę do Irlandii, ale w końcu zostałam na całe studia w Polsce. Moja uczelnia jest niestety bardzo anty jeżeli chodzi o wysyłanie nas za granicę :(

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Z tym udany to trochę za dużo powiedziane. Szczerze mówiąc to po byłam dość mocno rozczarowana, niemniej zdobyte doświadczenie uważam za cenne. :) Swoją drogą moja uczelnia po moich problemach chyba już nikogo nie wyśle. :P

      Usuń