czwartek, 22 września 2016

Narzeczony z importu, czyli jak przedstawić rodzinie przyszłego męża spoza UE


- O, znajoma pyta o formalności wizowe. Ej, a może ja to opiszę?
- Dobrze, tylko zaznacz, jak gościnna jest Unia Europejska dla ludzi spoza UE.

No to zaznaczam.

Ostatni miesiąc spędziliśmy w Polsce. Indianin poznał rodzinę, rodzina poznała Indianina. Ogólnie wszyscy wszystkich zaaprobowali i w ogóle było bardzo miło. Ale żeby było bardzo miło, musieliśmy się jeszcze bardziej wysilić.





Nie wiem, jak to jest możliwe, że UE z otwartymi ramionami chce powitać tysiące imigrantów z krajów Bliskiego Wschodu objętych konfliktem, a kiedy obywatel z chrześcijańskiego kraju, w którym od trzydziestu lat nie było zamachu, i w którym ludzie wciąż walczą z tym paskudnym Putinem, chce przyjechać z wizytą turystyczną, to trzeba sobie uchodzić nogi tak, że praktycznie włażą do dupy i wystają potylicą (pardą maj frencz). Pozwólcie, że pokrótce opiszę wymogi, z jakimi muszą borykać się przedstawiciele tak zwanych krajów partnerskich. Chociaż w moim słowniku takie partnerstwo nazywam raczej Syndromem Sztokholmskim.

Kork I - rodzice, chcę, żebyście poznali przyszłego męża

Załóżmy, że ma się miłą, normalną, wykształconą i pozbawioną uprzedzeń rodzinę, która wie, że kobiety w Armenii nie siedzą w domach i nie noszą hidżabów. Punkt dla nas. Wygraliśmy życie. Można zacząć starać się o Wysłanie Zaproszenia. W celu pozyskania Zaproszenia udałam się do biura imigracyjnego w moim mieście, przedstawiłam sprawę, przedstawiłam powód, zapytałam o sposoby rozwiązania problemu. I dowiedziałam się, że żeby zaprosić obcokrajowca z krajów Syndromu Sztokholmskiego muszę przedstawić akt własności lokalu, w którym obcokrajowiec będzie przebywał oraz posiadać chyba 5000 złotych na koncie, żeby go godnie podjąć, a także wykazać, że mam go za co odesłać. Kwota na bilety powrotne wynosiła chyba około 2000 złotych polskich. Trochę się zafrasowałam, bo z pewnych źródeł wiem, że do Armenii da się dolecieć za 450 złotych, jeżeli upieramy się na lot bezpośredni do Erywania, a za jeszcze mniej, jeżeli nie przeszkadzają nam trudy i niewygody podróży z lotniska w gruzińskim Kutaisi. W tym miejscu zaczęło się kombinowanie i ostatecznie stanęło na tym, że zaproszenie wyśle przyszła teściowa, a prywatnie moja Mama. W tym jednak przypadku zgodę na wysłanie zaproszenia musiał wyrazić współmałżonek, a prywatnie mój Tata, który na szczęście nie miał problemów z egzotycznym zięciem. Wniosek o zaproszenie został wypełniony, zaproszenie (po wcześniejszym sprawdzeniu przez panie w biurze, gdzie do cholery leży ta Armenia) zostało wydane, a następnie wysłane. Pocztą tradycyjną oczywiście, bo po co ma być łatwiej, skoro może być trudniej. O dziwo, zaproszenie doszło w niecałe dwa tygodnie, a kiedy dojechałam do Armenii w czerwcu mogliśmy rozpocząć Starania O Wizę.

Krok II - droga Ambasado, daj się zalogować

Starania o wizę zaczęliśmy od wizyty w Ambasadzie RP, gdzie powiedziano nam, że musimy się zapisać na spotkaniu przez formularz internetowy. Hura! Cywilizacja! Prawie. W wyznaczonym terminie weszłam na stronę, otwarłam sobie formularz (dostępny jedynie po polsku i rosyjsku, bo po co Ormianom formularz w wersji ormiańskiej) i zaczęłam go wypełniać. W końcu po godzinie formularz wypełniłam i szczęśliwa kliknęłam "zapisz" czy tam "prześlij". I, za przeproszeniem, cytra*. Komunikat na stronie poinformował mnie, że na wypełnienie formularza miałam 40 minut, a teraz to się mogę cmoknąć w wizę. Przepełniona uczuciami patriotycznymi wyładowałam frustracje na kocie, a potem odczekaliśmy odpowiednią ilość czasu i, już pomni ograniczeń, wypełniliśmy formularz po raz drugi. Udało się! Możemy iść do ambarasady!

Krok III - prawie jak w domu

Spotkanie było wyznaczone na 12, więc po odczekaniu przepisowych dwóch godzin w końcu doczekaliśmy się swojej kolejki. Ruszyliśmy do ambarasady uzbrojeni we wszelkie niezbędne i zbędne dokumenty, takie na przykład jak akt własności mieszkania, paszport, ormiański dowód osobisty, wyciąg z konta świadczący o tym, że Indianin ma w Polsce za co hulać (i tutaj pytanie, po co w takim razie zapraszający musi przedstawiać, że ma za co gościa utrzymywać? Żodyn nie wie), hara... znaczy się, gotówkę na opłacenie prac biurowych, bilety lotnicze, najlepiej w obie strony i szeroki, szczery uśmiech. Po pobraniu odcisków palców od Indianina (szczerze to czekałam też na mugshot, ale się nie doczekałam) oraz wypytaniu nas o przebieg znajomości i cel wizyty w Polsce pan pracownik oznajmił, że wiza będzie albo nie będzie wydana do siedmiu dni. Oczywiście opłata manipulacyjna nie podlega zwrotowi.

Krok IV - no to czekamy

Jak łatwo się domyślić, udało się. Przy wjeździe do Cywilizowanego Kraju Indianin spędzał na bramkach dwa razy więcej czasu, niż ja, ale ostatecznie dotarliśmy na lotnisko w Katowicach. Na odchodnym miła pani celnik sprawdziła jeszcze, czy Indianin ma wykupiony bilet powrotny (wyglądało to tak, że musieliśmy się zalogować przy okienku na mojego maila i go pani pokazać), a po tych perypetiach ostatecznie zezwolono nam na przekroczenie granicy.

Wciąż uważam, że byłoby łatwiej i taniej, gdyby Indianin postarał się o status uchodźcy, ale trochę mu było głupio.

*
Dialog o poranku:
Kasia: Atrybut Erato?
Aga: *szybkie sprawdzanie wikipedii* Kitara, albo cytra.
K.: To cytra, bo kitara się nie zmieści. A nie, cytra też się nie zmieści.
A.: No to ch*j.
K.: O, ch*j się zmieści. <3

UPDATE

Szczypta formalności zamieszczonych w komentarz przez Kinię:

Może się komuś przyda:
Tutaj formalności: 
Czas na wydanie zaproszenia to 4 tygodnie, ale udaje się nawet w mniej niż 2 tyg.
Oprócz zgody współmałżonka trzeba mieć zaświadczenie o jego przychodach, albo wliczyć go do tych 515 zł, doliczyć też trzeba osoby studiujące i niepracujące. 
Zaproszenie można wysłać priorytetem poleconym, koszt ok.16 zł.

sobota, 17 września 2016

Pięć rzeczy, o których chciałabym wiedzieć przed wyjazdem na Erasmusa


W październiku ubiegłego roku udałam się na spotkanie organizacyjne dla potencjalnych erazmusów. Spotkanie okazało się być właściwie czymś w rodzaju propagandowej nagonki, gdzie byli erazmusi zapluwali się z radości i ekscytacji z powodu odbytego wyjazdu. Sporo anegdotek, zero konkretów. Trochę zniesmaczona wróciłam na zajęcia po to, żeby cztery miesiące później wsiąść w autobus relacji Kraków - Budapeszt i pojechać po swoją część przygód do Rumunii. Gdzie zderzyłam się z rzeczywistością, która mogłaby być nieco mniej szara, gdyby na spotkaniu ktoś powiedział o tym, że:

Fot.

1) Jeżeli chcecie jechać na Erasmusa, a nie chcecie przepłacać za wynajem pokoju na mieście, to już w listopadzie powinniście poinformować swój goszczący uniwersytet, że byłoby fajnie, gdyby wam przydzielił miejsce w akademiku. Dzięki temu zaoszczędziłabym jakieś 160 euro i nie musiałabym oglądać każdego leja po dziesięć razy (1 lei = 1 złoty).
2) Jeżeli nie chcecie oglądać każdego leja po 10 razy, dobrze byłoby sobie dorobić do stypendium. Przykładowo w Rumunii, zakładając, że mielibyście ten akademik, kwota, jaką przeznacza się studentom (około 1140 euro w moim przypadku) powinna całkowicie wystarczyć na studenckie życie, ale już nie na wojaże i grubsze hulanki. Ja na przykład dorabiałam sobie pisząc artykuły, dzięki czemu byłam w stanie nie umrzeć z głodu i dwa razy polecieć do Armenii, ale do picia pozostawało mi już najtańsze wino, a do jedzenia chleb ze smalcem (swoją drogą chciałam ten chleb wymienić na kaszę jaglaną, bo myślałam, że skoro narodowym rumuńskim daniem jest mamałyga, to ta kasza będzie dostępna nawet w kiosku z gazetami, ale nieco się przeliczyłam :c).
3) Chodźcie na zajęcia - serio. Jeżeli wykładowcy będą was widzieli na każdych zajęciach, to pomyślą sobie, że jesteście tacy zdolni i wam zależy, co przełoży się na ładne wyniki, nawet jeśli waszym językiem wykładowym jest francuski, którego wszyscy wasi kostudenci uczą się od przedszkola, a wy od dwóch lat. Czy coś. Ja akurat na zajęcia chodziłam, ale sporo osób mi się dziwiło, bo przecież byłam na Erasmusie. 
4) Przede wszystkim zaprzyjaźnijcie się z lokalsami. Gdyby nie dwie cudowne, rumuńskie dziewczynki, nie wiedziałabym o żadnym egzaminie, zadaniu, terminie oddania prac. Inni erazmusi, chociaż może bardziej rozrywkowi i zorientowani na melanż, raczej nie pomogą wam bezboleśnie zakończyć semestru.

Fot.
5) Nie wpadajcie w panikę - na erazmusie miałam masę problemów ze strony i własnej uczelni, i goszczącej. Dość powiedzieć, że jeden egzamin musiałam zdawać przez skypa, kiedy byłam w Armenii, a ostateczną listę ocenę dostałam tydzień temu. Ale wszystko dało się załatwić. Nie wiem, czy to dzięki punktowi trzeciemu, czy dzięki temu, że oficjalne maile pisane we francuskim są tak grzeczne, że nie da się na nie odpowiedzieć negatywnie, grunt, że się udało. Niestety, co z tego stresu schudłam, to już odzyskałam. :c

Ale jeżeli ktoś się zastanawia, to doświadczenie jak najbardziej polecam. Po pierwsze, można się nauczyć tanio podróżować po Europie, po drugie - nieco się, pardą, odpierdołowacić, po trzecie - nabyć biegłości w pisaniu oficjalnych maili. No i schudnąć.