wtorek, 30 sierpnia 2016

"Aby język giętki wyraził wszystko, co pomyśli głowa" - czyli o tym, jak wygląda komunikacja, kiedy w związku występuje więcej niż jeden język

Jako polonistka bardzo długo nie wyobrażałam sobie związku z kimś, kto mówiłby w innym języku. Pisząc inny język - miałam na myśli angielski, bo tylko tym w owym czasie komunikatywnie władałam.
Rozpocząwszy studia romanistyczne perspektywa odrobinę mi się zmieniła. Akademicki sposób przyswajania nowego systemu ujawnił, że nierodzimy użytkownik języka też może się go nauczyć na poziomie, który pozwoli wyrazić wszystko, co pomyśli głowa. Nie zmieniało to jednak faktu, że potencjalny związek z obcokrajowcem wciąż uważałam za możliwy jedynie wtedy, kiedy druga osoba byłaby, pardą maj inglisz, native speakerem. 

Zresztą Wilde, albo ktoś inny, powiedział kiedyś, że najlepiej uczyć się dobrych manier poprzez sypianie z dobrze wychowaną kobietą. Dlaczego w przypadku nauki języków ta zasada miałaby się nie sprawdzić?

W styczniu pojechałam do Gruzji i wszystkie moje przemyślenia okazały się być psu na budę. I to nawet nie jakąś wypasioną budę.

Ani ja, ani Indianin nie mamy dyplomu z anglistyki. Co więcej, Indianin angielskiego na serio zaczął się uczyć 
jakiś rok temu, co wcale nie przeszkadza mu czasami mnie poprawiać. 



Nie mamy najmniejszego problemu z komunikacją czy powiedzeniu sobie wszystkich mniej lub bardziej miłych rzeczy, których akurat wymaga od nas sytuacja. Momentami, jako że Indianin doskonale zna rosyjski, robimy coś w rodzaju słowiańskiego esperanto i też działa. 

Jak jesteśmy bardzo źli, to krzyczymy na siebie w rodzimych językach, co zdarzyło się może ze dwa razy (przy czym po ormiańsku nawet słowo "widelec" brzmi, jakby mogło wyprawić w morze tysiąc wojennych okrętów), a potem ewentualnie tłumaczymy, o co nam chodziło. Tak samo z rzeczami miłymi (ormiański potrafi brzmieć naprawdę ładnie, pomimo czterech rodzajów "r"*).

Podsumowując, jak człowiek stojący za barierą językową jest tym jedynym, to ta bariera jest właściwie barierką, przez którą można bez problemu przejść nawet w szpilkach i spódnicy.


*Indnian, poproszony o konsultację, bardzo się oburzył i stwierdził, że oni mają tylko dwa rodzaje "r", ale ja tam swoje słyszę.

P.S. Co do odbułowywania - proces wciąż trwa, tylko że z powodu niemocy fizycznej spowodowanej dużą ilością chodzenia i jeżdżenia przerzuciłam się na moją ulubioną, irracjonalną dietę.

piątek, 5 sierpnia 2016

O próbach odbułowania (4) i (5)

Kochany pamiętniczku - nie było wpisu, znaczy się, nie było ćwiczeń. Trochę dlatego, że wygrała moja wewnętrzna bułowatość, a trochę dlatego, że wędrując ulicami Erywania prawie udało mi się skręcić nogę na prostej drodze oraz urwać komuś lusterko od auta z tego powodu. Przynajmniej Indianin zrozumiał, czemu nigdy, ale to nigdy nie powinnam nosić szpilek (co nie znaczy, że nie noszę. Noszę, ale dla dobra społeczeństwa staram się to ograniczać).

Za to dzisiaj, kiedy już stwierdziłam, że noga działa, zrobiłam nie tylko Jillian, ale również, uwaga, dodatkowe rozciąganie (po którym nie byłam w stanie utrzymać filiżanki z kawą, ale to tak na marginesie).

Może napiszę kilka słów o tym rozciąganiu.

Otóż kiedy w Rumunii powoli osuwałam się w odmęty niepełnosprawności zaczęłam w lekkiej panice poszukiwać czegoś, co pozwoliłoby mi odrobinę powstrzymać ten proces. Wymogi były dwa - bez ciężarków, bo umówmy się, jadąc z dwoma przesiadkami do Cluj ciężarki były ostatnią rzeczą, jaką miałam ochotę ze sobą pakować, oraz bez skakania - bo mieszkanie w bloku, a drugą ostatnią rzeczą, na jaką miałam ochotę, było tłumaczenie sąsiadom łamanym, romantycznym esperanto, dlaczego im żyrandol spadł. Zaczęłam od Yoga Meltdown Jillian, które znałam wcześniej i lubiłam, ale wytrzymałam jakieś dwadzieścia minut, po czym osunęłam się na dywan nawet nie klnąc i nie złorzecząc, bo zwyczajnie nie miałam na to siły. Postanowiłam zatem poszukać czegoś krótszego i mniej dającego w kość. I tak oto trafiłam na kanał Boho Beautiful.

Cała ta słodko-pierdząca otoczka średnio do mnie przemawia, bo jestem bardziej zwolenniczką magii w wydaniu Wiedźmina, niż kucyponków, ale ćwiczenia, które zapodaje dziewczyna, są naprawdę super. I są krótkie, więc nawet, jak po dziesięciu minutach całe życie przelatuje mi przed oczami i rozmyślam o śmierci, to widząc na pasku, że do końca zostało pięć minut, zagryzam zęby i wytrzymuję.

Coś w tym stylu. No to już wiadomo, czemu nie ćwiczę z Chodakowską.

No a dziś po Jillian postanowiłam zrobić sobie dziesięciominutowe rozciąganie do szpagatu (filmik poniżej), nawet nie po to, żeby zrobić szpagat, ale dlatego, że to rozciąganie, które robi Jillian po ćwiczeniach, to jest taki trochę śmiech na sali.


Problemem BB jest niestety to, że nie tłumaczy, jak poprawnie wykonywać ćwiczenia - ja po pięcioletniej przygodzie z baletem i innymi sportami (w tym krótkim acz intensywnym romansie z jogą) mniej więcej wiem, jak i co, ale jeżeli ktoś chciałby zacząć rozciąganie od zera, to chyba nie polecam. Tym, co nie zaczynają od zera, polecam z całego serca. I resztę programów BB też.

EDIT  07.08 i 08.08

Wczoraj były ćwiczonka, ale nie było wpisu (z powodu braku internetu), a dzisiaj nie było ćwiczonek, ale nadrabiam wpis (chociaż, kochany pamiętniczku, przez dwie godziny nosiłam i sprzątałam, czy to się liczy jako aktywny rest day?).

Wczorajsze ćwiczonka odbyły się w trudnych warunkach, ponieważ jedyny w miarę płaski kawałek podłogi, który mam do dyspozycji, jest właściwie placem budowy. Jillian odpadała, wpadła za to BB. Z powodu braku czystej podłogi, trening wykonałam na drzwiach od szafy. Niespecjalnie szerokich, więc do normalnego wysiłku doszła jeszcze stabilizacja.

I to tyle na dzisiaj, bo jutro powrót na ojczyzny łono, więc muszę ogarnąć i w ogóle. 

wtorek, 2 sierpnia 2016

O próbach odbułowania (3)

Kochany dzienniczku, na początku chciałam się poskarżyć, że mój kot jest opętany i jeszcze chwila, a wyleczy mnie z całej miłości do kotów. Ale o czym to ja... A, już wiem. Jest wpis, zatem - trening się udał. A raczej udało się zrobić trening.

Szczerze mówiąc, to już mnie trochę ten program zaczyna nudzić, ale będę twarda i się nie dam (a jak się wkurzę to zmienię :P). Na razie bezsensowne (moim zdaniem) boksowanie w powietrze zastąpiłam sobie gingą, a pompki damskie - uwaga, werble - męskimi! No ok, częściowo męskimi, ale już więcej tych męskich niż damskich. Jak nietrudno się domyślić, nie chciało mi się strasznie, ale wizja wspomnianych wczoraj mocno dopasowanych szortów z podwyższonym stanem podziałała mobilizująco. Zaczynam też poważnie rozważać zwiększenie ciężarów, ale przy niektórych ćwiczeniach wciąż odpadają mi ramiona, więc to wciąż pieśń przyszłości.

A na koniec jeszcze się pochwalę - Indianin dostał wizę, więc już nie stoi na przeszkodzie powrotu na łono ojczyzny. :D Swoją drogą to przy tych wizowych formalnościach człowiek nagle zaczyna doceniać bycie częścią UE i odczuwa błogie ciepło w sercu na myśl o kraju lat dziecinnych... To tego, dobranoc. <3


poniedziałek, 1 sierpnia 2016

O próbach odbułowania (2)

31.07) Co się polepszy, to się popieprzy - zamiast Jillian czyściłam podłogę ze starego parkietu (a myślałam, że wyjazd do Armenii ochroni mnie przed klątwą corocznego remontu :c). Wróciliśmy późno, na drugi dzień mieliśmy umówioną wizytę w ambasadzie, więc stwierdziłam, że dwugodzinne noszenie klepek i skrobanie tapety ze ściany będzie mi musiało wystarczyć za aktywność fizyczną. Nie poddaję się jednak i skończę ten pierwszy, dziesięciodniowy poziom, nawet jeśli zajmie mi to miesiąc!

A tutaj przedstawiam moją nową ormiańską miłość, czyli drożdżówki z wołowiną (czyli pirożki). <3 Dwie takie buły, kwas chlebowy i można siedzieć pół dnia w ambasadzie. :D

01.07) Po spędzeniu romantycznych dwóch godzin w kolejce w ambasadzie i przejściu połowy Erywania na piechotę nie chciało mi się. Negatywnie na moje morale wpłynął również zakup szortów z podwyższonym stanem, dzięki którym odkryłam, że wcale nie jestem tłustym blobem, tylko zwykłym blobem. Ostatecznie o moim sportowym sukcesie w dzisiejszym dniu zadecydowały... Lody (ot pokrętna kobieca logika). Cel osiągnięty. Jillian zrobiona! Jeśli utrzymam to tempo, to uporam się z tym dziesięciodniowym programem w niecałe trzy tygodnie! Juhu!

P.S. W końcu dorosłam do tego, żeby założyć Instagram, więc zapraszam! Wciąż jednak jestem za stara na Snapchata (no nie czaję i już).



Zabraklo lawek. #yerevan #armenia #summerday #summerdress #mrut

Zdjęcie zamieszczone przez użytkownika Agnieszka Rola (@rola_kirakosyan)