niedziela, 10 lipca 2016

Gyumri, ponczik monczik i ormiański Śminugs-Dyngus

Kochany pamiętniczku. W trochę bardziej minioną niż minioną sobotę, w ramach rozruchu, pojechaliśmy do Gyumri, czyli drugiego największego miasta w Armenii.
Do  '88 roku Gyumri było ważnym ormiańskim ośrodkiem kulturalnym. W '88 jednak spora część miasta została zniszczona przez trzęsienie ziemi. Gorbaczow obiecał, że odbudują, ale wiadomo, że jak Rosja coś obieca, to obieca.
Ratusz i coś w stylu rynku wikipedia.
Pobyt w Gyumri (niecałe dwa ojro za trzygodzinną podróż zabytkowym pociągiem) zaczęliśmy od wizyty w jednej z najstarszych ormiańskich restauracji, złożonej w latach '50. Powiem tak - czuć było klimat. Chociaż lekko zaskoczyło mnie menu w języku angielskim (wydrukowane na zwykłej kartce i wsadzone w koszulkę, ale zawsze). Według angielskiej wersji menu mogłam zamówić na przykład "cheese with tail" albo "eggplant, paper, tomato". Postanowiłam nie ryzykować i wzięłam kebab. Ciekawostką dotyczącą tych restauracji jest również brak ustalonych cen, w związku z czym rachunek zawsze jest swego rodzaju niespodzianką.
Tu jedlim, źródło wikipedia.
Do Gyumri pojechaliśmy głównie z powodu koncertu erywańskiej grupy Rozen Tal, więc miałam okazję zobaczyć, jak ormiańska alternatywa się bawi. Szczerze mówiąc, to trochę się rozczarowałam, bo niczym się to nie różniło od polskiej alternatywy, ale sam klimat imprezy - koncert w dużym domu zaaranżowanym na coś w rodzaju klubu, był całkiem spoko, nawet jeśli z powodu bycia jedynym przybyszem z zewnątrz czułam się lekko wyalienowana.
W niedzielę okazało się, że Ormianie obchodzą coś w rodzaju Lanego Poniedziałku, czyli polewają się wiadrami z wodą ze względów religijnych (tylko że z okazji Przemienienia Pańskiego). Wyszliśmy na spacer po 11, zjedliśmy śniadobiad, wypiliśmy kawę, uznaliśmy, że wracamy i jakieś piętnaście minut później byliśmy całkowicie mokrzy. Święto nazywa się Wardawar (kocham ormiański, bo wszystko w tym języku brzmi jak imię dla Uruk-haia <3). Więcej można o nim poczytać tutaj. Kwiatów nikt mi nie dał. :c
Kiedy trochę obeschliśmy, ormiańska koleżanka stwierdziła, że idziemy zjeść "ponczik monczik". Nie oponowałam, no bo JAK można nie skorzystać z okazji, żeby zjeść coś, co się tak nazywa? Poncziki moncziki okazały się być odmianą pączków. Wizualnie właściwie niczym nie różnią się od naszych słodkości, są jednak większe i składają się z dwóch skorupek, wypełnionych nadzieniem. Najwięcej problemu miałam z ugryzieniem ponczika, jak się okazało, ciastko trzeba spłaszyczyć używają dwóch palców. Oczywiście nikt mnie nie poinstruował co do techniki, więc wszystko było w cukrze pudrze. Polecam. :D

Wreszcie jakieś własne. :D


A w najbliższych planach Sewan. <3

Więcej zdjęć można zobaczyć nigdzie, bo jestem za młoda na śmierć, i za stara na snapchata (cokolwiek to jest), a instagram nie działa na blackberry.

2 komentarze:

  1. O mamo ale pyszności :D a co do miasteczka to wygląda magicznie :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ogólnie to ta architektura, dzięki sowieckiemu podejściu do zabytków (zburzyć wszystko i zbudować bloki), nie zachwyca, ale góry robią swoje. :)

      Usuń