sobota, 30 lipca 2016

O próbach odbułowania

Raz czytałam, że jak się czymś człowiek pochwali w Internecie, to mu rośnie motywacja. Potem znów, że lepiej się nie chwalić, że się chce coś zrobić, tylko rezultatem. Postanowiłam wyciągnąć z tego jakąś medianę i stwierdziłam, że będę się na bieżąco chwaliła rezultatem.

Przez mój wyjazd na Erasmusa strasznie zciastowaciałam. Przed Erasmusem miałam ściankę, miałam capoeirę i ogólnie było fajnie. Potem zaczęły mi się wyjazdy - Łotwa i Gruzja, potem się pochorowałam, potem miałam sesję, a potem pojechałam do krainy wina i wampirów.

Plan był taki, że wciąż będę aktywna. Niestety, wysokość stypendium, koszty biletów na trasie Cluj - Erywań oraz moje zarobki wykluczyły mnie ze wszelkich form aktywności zorganizowanej. Wszelkie formy ruchu ograniczałam do robienia 5-6 kilometrów dziennie (w tym jakiś dwóch pod jebutną górkę). Miałam krótki zryw w postaci prób ćwiczenia yogi, ale moje w miarę regularne usiłowania przerwała koleżanka, która przez tydzień koczowała u mnie na dywanie. No a potem wypadłam z rytmu i tego, no wiadomo. 

Tyć nie tyłam, wręcz chudłam, bo jako osoba szczerze nieznosząca gotować żywiłam się byle czym byle szybko. Niestety, chudłam z mięśni. 

Potem przyjechałam do Armenii i przestałam chudnąć, bo i moja przyszła teściowa, i wszystkie jej koleżanki  (sąsiadka z dołu przyniosła mi obiad. Czaicie? SĄSIADKA.) działają w trybie naszych polskich babć (jeśli wiecie, o co mi chodzi). Dodatkowo w Armenii odkryłam ciasteczka, do których prawdopodobnie dosypują kokainę, bo spokojnie byłabym w stanie wciągnąć kilo sama, a powstrzymuje mnie przed tym jedynie resztka zdrowego rozsądku. Do tego doszła dość znaczna utrata jędrności wszystkich części ciała iii... postanowiłam coś z tym zrobić.



Podsumujmy; styczeń - okaz zdrowia, któremu w końcu udało się skończyć trasę, do której podchodził miesiąc, koniec lipca - buła. Serio buła. Postanowiłam się zatem odbułować mierząc siły na zamiary i sięgnęłam po (nie)sławnego shreda Jillian Michaels. Raz robiłam do niego podejście i się rozczarowałam, bo poziom trudności był taki, jak rozgrzewka na capoeirze. Ale to było cztery lata temu, kiedy tydzień bez przynajmniej trzech treningów był tygodniem relatywnie nieudanym. W celu narzucenia sobie motywacji postanowiłam po każdym treningu opisać moją wewnętrzną walkę oraz pochwalić się światu, że ZROBIŁAM. Wbrew wewnętrznej bule, ormiańskiemu latu i kotu, który ciągle myśli, że chcę się z nim bawić.



Lvl I 1 28.07) Wyciągnęłam spod łóżka Indianina gryfy do sztangielek, w przypływie rozsądku ściągnęłam z nich talerze, zamiast brać po 10 kilo na łapę (i mądrze zrobiłam). Założyłam topik sportowy, odpaliłam Jillian i... I odkryłam, że pół roku bez ćwiczeń uczyniło ten program czymś więcej, niż przeciętną rozgrzewką na capoeirze (damskie pompki jprdl). Może to nie była tylko moja nędzna kondycja, może to 35 stopni w ormiańskim cieniu, może to PMS, może wróżka zębuszka... Niemniej pół godziny później leżałam na ziemi, przeklinając i pocąc się obficie, i tylko kot sprawdzał, czy już jestem martwa i może rozpocząć konsumpcję. I wtedy zorientowałam się, że jest źle.

29.07) Zakwasy. Z treningiem się nie wyrobiłam, ale za to poskrobałam sobie tapetę ze ściany, więc możemy nazwać to aktywnym wypoczynkiem.

Garibaldi motywujące (wciąż nie wiem, jaka to płeć) do działania.

LVL I 2 30.07) Nie chciało mi się. Zakwasy dalej dawały mi w kość. Kot poszedł spać i mnie demotywował. Zaległe zlecenia przypominały nienachalnie, że są zaległe... Ale miałam wolny dom, miałam wszystko pod ręką, więc stwierdziłam że i tak (poza zleceniami) nie mam nic lepszego do roboty. I zrobiłam to. I jestem z siebie dumna.

CDN...

niedziela, 10 lipca 2016

Gyumri, ponczik monczik i ormiański Śminugs-Dyngus

Kochany pamiętniczku. W trochę bardziej minioną niż minioną sobotę, w ramach rozruchu, pojechaliśmy do Gyumri, czyli drugiego największego miasta w Armenii.
Do  '88 roku Gyumri było ważnym ormiańskim ośrodkiem kulturalnym. W '88 jednak spora część miasta została zniszczona przez trzęsienie ziemi. Gorbaczow obiecał, że odbudują, ale wiadomo, że jak Rosja coś obieca, to obieca.
Ratusz i coś w stylu rynku wikipedia.
Pobyt w Gyumri (niecałe dwa ojro za trzygodzinną podróż zabytkowym pociągiem) zaczęliśmy od wizyty w jednej z najstarszych ormiańskich restauracji, złożonej w latach '50. Powiem tak - czuć było klimat. Chociaż lekko zaskoczyło mnie menu w języku angielskim (wydrukowane na zwykłej kartce i wsadzone w koszulkę, ale zawsze). Według angielskiej wersji menu mogłam zamówić na przykład "cheese with tail" albo "eggplant, paper, tomato". Postanowiłam nie ryzykować i wzięłam kebab. Ciekawostką dotyczącą tych restauracji jest również brak ustalonych cen, w związku z czym rachunek zawsze jest swego rodzaju niespodzianką.
Tu jedlim, źródło wikipedia.
Do Gyumri pojechaliśmy głównie z powodu koncertu erywańskiej grupy Rozen Tal, więc miałam okazję zobaczyć, jak ormiańska alternatywa się bawi. Szczerze mówiąc, to trochę się rozczarowałam, bo niczym się to nie różniło od polskiej alternatywy, ale sam klimat imprezy - koncert w dużym domu zaaranżowanym na coś w rodzaju klubu, był całkiem spoko, nawet jeśli z powodu bycia jedynym przybyszem z zewnątrz czułam się lekko wyalienowana.
W niedzielę okazało się, że Ormianie obchodzą coś w rodzaju Lanego Poniedziałku, czyli polewają się wiadrami z wodą ze względów religijnych (tylko że z okazji Przemienienia Pańskiego). Wyszliśmy na spacer po 11, zjedliśmy śniadobiad, wypiliśmy kawę, uznaliśmy, że wracamy i jakieś piętnaście minut później byliśmy całkowicie mokrzy. Święto nazywa się Wardawar (kocham ormiański, bo wszystko w tym języku brzmi jak imię dla Uruk-haia <3). Więcej można o nim poczytać tutaj. Kwiatów nikt mi nie dał. :c
Kiedy trochę obeschliśmy, ormiańska koleżanka stwierdziła, że idziemy zjeść "ponczik monczik". Nie oponowałam, no bo JAK można nie skorzystać z okazji, żeby zjeść coś, co się tak nazywa? Poncziki moncziki okazały się być odmianą pączków. Wizualnie właściwie niczym nie różnią się od naszych słodkości, są jednak większe i składają się z dwóch skorupek, wypełnionych nadzieniem. Najwięcej problemu miałam z ugryzieniem ponczika, jak się okazało, ciastko trzeba spłaszyczyć używają dwóch palców. Oczywiście nikt mnie nie poinstruował co do techniki, więc wszystko było w cukrze pudrze. Polecam. :D

Wreszcie jakieś własne. :D


A w najbliższych planach Sewan. <3

Więcej zdjęć można zobaczyć nigdzie, bo jestem za młoda na śmierć, i za stara na snapchata (cokolwiek to jest), a instagram nie działa na blackberry.