środa, 8 czerwca 2016

"Sesja sesją..." - czyli rzecz o ulubionych serialach

Siedzę, uczę się na mój ostatni, erazmusowy egzamin (Langue Française Contemporaine, stopień trudności mogę porównać do gramatyki opisowej. Po francusku. Chociaż właściwie zdawałam gramatykę opisową po francusku i nawet ją zdałam, i to dwa razy, więc już nie wiem, do czego to porównać, po prostu mi uwierzcie, że jest to tak ciężkie, że egzamin mam za osiem dni, a zaczęłam przedwczoraj), i tak mi przyszło do głowy, że w przerwie pomiędzy jednym zestawem slajdów z ćwiczeniami a drugim, opiszę moje ulubione seriale. Materia jest trudna, gorycz wręcz się we mnie gotuje, więc co mi tam, będę draniem i namącę trochę w nauce do sesji, dostarczając co poniektórym wymówek. Oto przed Wami lista tytułów, które mnie całkowicie uwiodły:



1) Peaky Blinders - czyli historia irlandzkich Cyganów, którzy trudnią się działalnością przestępczą. Całość dzieje się w okresie międzywojennym, czyli w czasach tak zwanej bohemy. Wciągająca fabuła, dużo krwi, trochę guseł i Cilian Murphy w kaszkiecie. Do tego dochodzi fantastyczny wręcz soundtrack. Nie wiem, czego można chcieć więcej. Jak na razie wyszło trzy sezony, każdy sezon ma sześć godzinnych odcinków, więc nie jest najgorzej. Za dzień da się wszystko ogarnąć. Minusem może być to, że twórcy prawdopodobnie w życiu nie widzieli Cygana, ale jak się postanowi zignorować nieścisłości etniczne, serial można ocenić 10 na 10. Chociaż trochę się odkochałam w Cilianie po tym, jak odkryłam, że ma takie trochę kacze nóżki. :(



2) Flesh and Bones - czyli generalnie serial o psychotycznych baletnicach. Baletem parałam się przez pięć lat będą w wieku dziecięcym i od tamtej pory wciąż żywię do  niego dużo uczuć. Mieszanych. W serialu jest wszystko; przede wszystkim doskonała choreografia (Black Swan może wracać kolebiącym krokiem do swojego bagienka. Od premiery minęło sześć lat, a ja wciąż czuję w ustach gorycz rozczarowania, kiedy przypominam sobie nieporadne próby ukazania tańczącej Portman), cała menażeria pokręconych balerin ze wszelkimi możliwymi zaburzeniami, ruska mafia i kazirodztwo. Dodatkowym atutem produkicji jest to, że ma tylko jeden sezon. GE-NIAL-NE. Nawet jeśli nie łączy Was z baletem coś w stylu love-hate relationship. A kwestia "She's ballerina. That's her eating disorders!" (czy jakoś tak) jest doskonałym podsumowaniem wszystkiego.



3) Awkward - czyli coś w rodzaju mojego serialowego guilty pleasure. Serial bawi i wkurwia, tak mogę to określić. Z główną bohaterką czasami całkowicie się utożsamiam, a czasami mam ochotę wytargać ją za włosy. Seria jest już, niestety, trochę długaśna, ale za to odcinki mają po dwadzieścia minut. Jeżeli lubicie seriale o amerykańskich liceach, które są nieco ambitniejsze od Gossip Girl (nie-rozumiem-fenomenu), Awkward powinno zagrzać miejsce w Waszych serduszkach. Nawet jeśli wciąż uważam, że powinno skończyć się po trzecim sezonie. Serio.



4) Preacher - czyli kolejna ekranizacja komiksu. Rzecz jest świeżutka, bo ma dopiero dwa odcinki, ale wygląda na to, że będzie dobrze. Historię komiksową znam pobieżnie, co, szczerze mówiąc, poczytuję sobie na plus, bo prawdopodobnie w innym przypadku już bym się zapieniła, że Tulip jest ciapata, a Cassidy brunetem, a tak? "A oto, drogie dzieci, jak robimy bazukę". Jeżeli ten tekst kogoś nie przekonuje, to prawdopodobnie zrobi to irlandzki wampir-alkoholik. Jeżeli nie zrobi tego irlandzki wampir-alkoholik, to prawdopodobnie nie ma dla tego kogoś ratunku. Zdecydowanie coś dla fanór Constantine i Supernatural (a tak swoją drogą to wiecie, że powstał serial o Constantinie, ale jest tylko jeden sezon, bo Supernatural zerżnął prawie wszystkie wątki z komiksu i nie było sensu kontynuować? Ja jestem oburzona). Zdecydowanie nie polecam osobom, które posiadają jakiekolwiek uczucia religijne. Jedyne, co mnie w tym serialu wkurza, to południowy akcent. Nienawidzę południowego akcentu.

To ja wracam do moich synonimów, a Wam życzę miłej nauki. :3

poniedziałek, 6 czerwca 2016

Jakich głupot brakuje mi w Rumunii

Wiadomo, że na obczyźnie prędzej czy później dopada nas tęsknota za krajem lat dziecinnych. Chociaż w moim przypadku mam tyle innych tęsknot, że tęsknota za krajem jako takim, z jego KODem, PiSem i całą resztą absurdów, w których się nie orientuję, bo nie śledzę (spytajcie mnie za to o konflikt w Górnym Karabachu, odpowiem nawet obudzona w środku nocy), dotyczy mnie średnio o ile nie wcale. Przykro mi to mówić, ale pomijając ogromną tęsknotę za rodziną, to wcale mnie do tej Polski z powrotem nie ciągnie. Fakty są takie, wrócę tam dopiero 15. lipca, ponieważ wcześniej czeka na mnie znów Różowe Miasto. No chyba, że coś się po drodze popieprzy ze wspomnianymi już Górnym Karabachem i mi zamkną granice, ewentualnie coś się popieprzy w całej Europie i nie wyjadę nawet z Rumunii. Ale o czym to ja...

A, no właśnie, czego mi brakuje siedząc na tej dobrowolnej zsyłce, znanej powszechnie jako Erasmus?

1) Szmateksów - dobrych polskich szmateksów z dniami "wszystko za złotówkę", gdzie bez większego problemu mogłam upolować jedwabną bluzkę z Esprite czy spódnicę z Villi za ułamek stawki godzinowej najniższej średniej krajowej. Owszem, w Rumunii też są szmateksy, ale ceny w tych szmateksach w sumie niczym nie różnią się od tych, które ustalają sieciówki w czasie wyprzedaży. No a płacenie odpowiednika 15 złotych za koszulkę przepoconą pod pachami jakoś mnie nie cieszy.

O, na przykład tutaj, WSZYSTKO jest ze szmateksu (oprocz butów, których nie widać
i bielizny, której też nie widać), fot. Klipiec

2) Polskich kosmetyków - w Cluj jest DM, ale, szczerze mówiąc, mekka blogerek dość mocno mnie rozczarowała. Kupiłam tutaj jeden krem ze spiruliną w sklepie z naturalnym wszystkim, ale wciaż nie udało mi się ustalić, czy mnie uczula czy nie (może powinnam w ogóle popełnić wpis o tym, jak uratowałam twarz po tym, gdy moja cera wykazała totalny brak akceptacji dla rumuńskiej wody...). W Rumunii chyba mnie uczula, a w Armenii chyba mnie nie uczula. No w każdym razie brakuje mi Rossmanna z płynem Facelle za śmieszne pieniądze i linią Babydream, brakuje mi kosmetyków z fitomedu i możliwości zamówienia ulubionego hydrolatu, ewentualnie posłania siostry do krakowskiego Kosmyka czy innego Pigmentu.
Całkiem serio, jak myślę o naszych kosmetykach,
to odczuwam głęboki patriotyzm. Fot. wykop.pl


3) Cydru - kocham cydr. Cydr to taki gatunek alkoholu, który świetnie smakuje w upał i który pije się wtedy, kiedy na drugi dzień trzeba prowadzić. W Polsce w głupim Al Caponie można znaleźć jakieś pięć rodzai cydru ze składem który nawet diabetykowi by się spodobał. Tutaj jedyne, co udało mi się znaleźć to Strongbow oraz Sommersby. No ja wszystkich bardzo tego, ale oranżadę z piwem to sobie mogę sama zrobić i taniej wyjdzie. I pewnie mniej kalorycznie i cukrzycogennie. Najgorsze jest to, że w Armenii również tradycja cydrów praktycznie nie występuje, więc jeszcze sobie pocierpię.

Chciałam wrzucić zdjęcie naszego tarnowskiego AleCydru, ale nie ma więc dopóki marketingowcy się nie ogarną, będę robiła reklamę Miłosławskiemu, który też jest dobry i ma wariant gruszkowy.  Fot. stąd

4) Bagietki czosnkowej z Biedronki - i w ogóle Biedronki. Mam jakiś odpowiednik Biedronki koło domu, ale to się nie umywa do Biedronki. A bagietka czosnkowa z Kauflandu to marna podróbka bagietki czosnkowej z Biedronki. Tęsknię za bagietką czosnkową z Biedronki. :(

Jak ja tęsknię to Wy nawet nie... :C


A tak z innych to Wawel powinien zacząć mi płacić za popularyzację ich czekolady Tiki-Taki. Ma już rzeszę wiernych fanów i w Rumunii, i w Armenii, a ja czuję się jak dealer.

O, taki transport poleciał ostatnio ze mną do Armenii. Te ROMy też są niezłe (polecam z herbatnikami), ale według Indianina nie umywają się do Wawela. 

P.S. A tak w ogóle to zapraszam na mojego lookbooka prawdopodobnie w najbliższym czasie pojawi się tam coś ciekawego, bo Indianin lubi robić zdjęcia, a ja lubię, jak ktoś robi mi zdjęcia. ^-^