niedziela, 15 maja 2016

Studia, na co mi to


Chciałabym jakoś odpowiedzieć na uniwersalne pytanie "czy warto iść na studia". Ale nie odpowiem, bo to naprawdę sprawa jednostkowa. Po oglądnięciu drugiej części "Potworów i spółki" wydaje mi się na przykład, że w Ameryce nie warto, bo awans można tam sobie wypracować (no ale pisze to osoba, której wizje świata kształtują filmy animowane z Dreamworks, więc sugeruję nie traktować mnie jako autorytet, a raczej jako ciekawostkę).
Może u nas też, ale w sumie nie wiem, bo mam znajomych, którzy po kilku latach naprawdę ciężkiej pracy wciąż są tam, gdzie na początku. Patrząc na nich zastanawiam się, gdzie to roszczeniowe pokolenie Y. Bo na pewno nie w naszym kraju.

No to co robić - od razu iść do pracy, czy najpierw pobalować jeszcze pięć lat, ewentualnie dziesięć, za hajs rodziców?

Szczerze mówiąc - nie wiem. W moim rodzinnym domu kult edukacji był od zawsze bardzo silny, nawet pomimo tego, że raczej trudno nazwać mój ród z dziada pradziada inteligenckim. Niemniej w moim najbliższym otoczeniu wszyscy mają te dyplomy, najczęściej inżyniersko-magisterskie, co wskazuje jasno na fakt, że genetyka to dziwka i z jakiś względów mnie nienawidzi. Bardzo chętnie wymieniłabym którąś z moich rozlicznych, acz niezbyt przydatnych, umiejętności na zdolności do przedmiotów ścisłych, no ale się nie da (chociaż pocieszam się, że i tak biegłość rachunkową miałam zdecydowanie lepiej opracowaną, niż pewien znany mi student architektury, który nie radził sobie z mnożeniem i dzieleniem w pamięci).

Ale po tej przydługiej dygresji wróćmy do kultu edukacji - nacisk na nią u mnie był, "dziecko, idź na studia". Przy czym co niby miałabym studiować, było już sprawą drugorzędną. Ostatecznie wylądowałam na polonistyce, którą zresztą skończyłam, a potem kicha. Drugie studia. Całe szalone lata dwudzieste spędzone z nosem w książkaaaa.... Ok, na studiowaniu. W opinii opinii publicznej powinnam już od kilku ładnych lat piąć się po szczeblach kariery zawodowej, planować ślub/mieć męża i dwójkę dzieci oraz odkładać co miesiąc pieniądze na nową siedzibę NFZ, fundusz emerytalny. 

A co ja robię?

Siedzę w Rumunii i myślę o tym, jak w końcu zabrać się za pisanie drugiego licencjatu.

Czy żałuję? 
Hm... Trudne pytanie. Ale wiecie co? Nie żałuję, bo studia dały mi parę fajnych rzeczy. 

1) Wiedzę przydatną w rozwiązywaniu krzyżówek lub brania udziału w "1 z 10" - mała rzecz, ale cieszy.
Nie no, żartuję. Moje panie z dziekanatu były spoko. W sumie gdyby nie one, to bym studiów nie skończyła.
2) Bezcenne doświadczenie, jak radzić sobie z urzędnikami państwowymi - nigdy nie byłam zbyt pilną lub ogarniętą studentką, przez co w dziekanacie spędziłam zdecydowanie więcej czasu, niż bym chciała. Ale za to nauczyłam się pisać podania na niemal każdą okazję.

Ewentualnie: "To ja mam taki przedmiot? I egzamin z niego?"

3) Odkrycie, że nie ma spraw nie do załatwienia - no bo nie ma. Byłam w sytuacji, gdzie zostałam oblana dwa razy przez tą samą panią, u której zdawałam egzamin z pięknego przedmiotu znanego jako gramatyka opisowa (którą zresztą zdałam rok wcześniej na innej uczelni, tylko nie przepisali mi jej podczas zmiany alma mater). Koniec, pat, warunek albo komis - kiedy spytałam o egzamin komisyjny, miła pani, która mnie oblała, powiedziała, że musiałabym dowieść, że popełniła jakieś błędy w przeprowadzaniu egzaminu (złota kobieta, później wykształciłam w sobie w związku z jej osobą coś w rodzaju syndromu sztokholmskiego), a ona ich nie popełniła. Później chciałam, żeby wyraziła zgodę na zmianę egzaminatora, nie wyraziła. Cóż zatem zrobiłam? Poszłam do pani prorektor, która zgodę wyraziła. Opisówkę zdałam w końcu na 5 u innego prowadzącego. Po raz drugi zresztą (znaczy zdałam, bo notę krakowską przemilczę). Czego żałuję? Żałuję, że nie poszłam od razu do Kazia, szefa katedry, zapytać, czy by mi nie przepisał oceny, tylko zdałam się na opinię pani od różnic programowych. Czego zatem uczą studia? Nie bycia dupą wołową, szukania rozwiązań i wychodzenia z trudnych sytuacji. Bo jak ktoś wylatuje ze studiów, to znaczy to na ogół tyle, że sam bardzo tego chciał.
4) Silne przeświadczenie, że do ludzi należy mieć ograniczone zaufanie oraz że kiedy ktoś potrafi z pamięci wymienić wszystkie rodzaje leków antydepresyjnych wraz z ich skutkami ubocznymi to znaczy to, że kontakty z taką osobą należy ograniczyć, a już na pewno nie odpowiadać pozytywnie na jej propozycję wspólnego mieszkania. 
5) Zwyczaj trzymania awaryjnej butelki wódki w zamrażalniku - znaczy już go nie mam, ale moje życie osobiste ostatnio jest tak rozbrajająco nietuzinkowe, że planuję do tego wrócić. Bo to  był bardzo dobry zwyczaj.

No to idźcie i kształćcie się, albo nie kształćcie, tylko pracujcie, ale tak czy siak - nie żałujcie decyzji, bo nie ma czego. Coś z tego wyniesiecie. Choćby i traumę na resztę życia.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz