piątek, 13 maja 2016

Jak ugryźć rosyjski oraz kilka dodatkowych faktów o Armenii

A w tle Erywań. Taki sobie ten Erywań, ale góry ładne.
Kochany pamiętniczku, drugi pobyt na czymś w rodzaju Bliskiego Wschodu (geograficznie to ja przepraszam, ale sobie nie radzę. Geografię w liceum zaliczyłam tylko dlatego, że lubiłam chodzić po górach) za mną, nadeszła zatem pora na kilka ciekawostek oraz jedną poradę praktyczną.

Ciekawostki:

1) Po przyjechaniu do Cluj miałam koszmarne problemy z cerą. Jeszcze gorsze, niż miałam podczas studiowania w pięknym mieście Łodzi. Problemy były tak znaczne, że moja rodzona matka zobaczywszy mnie na skypie wykrzyknęła: "Dziecko, co ci się stało?!" (a jakość mojej skajpowej kamerki nie należy do najlepszych). Za to kiedy przyjechałam do Armenii - magia. Już w drodze z Kutaisi do Erywania moja cera zaczęła się poprawiać, a w samym Erywaniu no po prostu miejsce, gdzie plecy niemowlęcia kończą swą szlachetną nazwę, a nie twarz. Powód? - w całej cholernej Gruzji i Armenii z kranów płynie coś, co u nas się butelkuje w szkło i sprzedaje jako najbardziej wyszukaną mineralną. 

2) Ormiański chleb - za każdym razem, kiedy jestem w tamtych stronach świata, popełniam zbrodnię na spożyciu węglowodanów. Wszystko przez to, że Ormianie mają najsmaczniejsze pieczywo, jakie w życiu jadłam. Jeden chlebek jest okrągły i konsystencją przypomina coś w rodzaju naszej weki/bułki poznańskiej (ja wychodzę na pole, więc dla mnie to weka), tylko że ta konsystencja wygląda zupełnie inaczej. Żeby lepiej to zobrazować, pozwolę sobie na użycie opisu jednorożca z Na tropach jednorożca: "Jednorożec wygląda jak koń, tylko zupełnie inaczej". No i to jest właśnie ten chlebek, który wygląda jak chleb, tylko zupełnie inaczej. Jest przepyszny, doskonale wchodzi sam, a z dodatkami jeszcze lepiej. Jego ormiańskie imię brzmi matnakasz, co można przetłumaczyć "lżejszy niż palec". Z tym chlebem wiążę poważne plany matrymonialne. Znaczy plany wiąże z Indianinem, który twierdzi, że potrafi go zrobić. Drugim typem chleba, z którym miałam przyjemność się zapoznać, był lawasz. Lawasz wygląda na tortilla, a Indianin twierdzi, że ten chleb ma nieskończenie długą datę przydatności do spożycia. Coś jak chleb krasnoludów u Pratchetta, tylko nie pełni funkcji obronnej. Lawasz sprzedaje się w ogromnych płachtach, które można naładować właściwie wszystkim. Podobno wśród ormiańskich dziewcząt pełni on funkcję naszych wafli ryżowych, bo ma bardzo niską kaloryczność. Możliwe, ale jeśli zje się go takie ilości, jak ja, to podejrzewam, że kaloryczność zaczyna być sprawą drugorzędną.
2 b. Ładowanie węglowodanów poziom Armenia - w Armenii chleb serwuje się do ABSOLUTNIE WSZYSTKIEGO. Odmiana ormiańskich gołąbków? Oczywiście z dwiema miskami chleba. Smażona ziemniaczki? Z chlebem wchodzą lepiej. Sałatka ryżowa z surimi? Czemu nie jesz chlebka kochanie? Paleo nie ma szans.

Matnakash, fot. stond

Lawasz


3) Wybór trunków - o ile gruzińskie wino wzbudziło w zimie mój ogromny entuzjazm, o tyle o ormiańskim nie powiem nic, bo... Bo mają wyśmienite piwo. Próbowałam chyba dwóch albo trzech rodzai i każdy z tych rodzai był co najmniej bardzo dobry. Moje serce należy jednak niepodzielnie do ciemnej Kilikii.
Przepraszam za "raw beauty", ale uznałam, że jak zacznę robić makijaż, to nie tylko nigdy
nie wyjdziemy, ale dodatkowo będę go musiała potem zmywać, także tego...
4) Instytucja biletów jest w Armenii słabo znana - bo w komunikacji miejskiej płaci się u kierowcy. No i mają metro na żetony. Osobiście uważam, że to dobre rozwiązanie. Brakowało mi go, kiedy po powrocie do Cluj najpierw naszukałam się czynnego automatu, a potem musiałam wydać cztery leje na bilet dwuprzejazdowy w budce z abonamentem.

5) Papierosy - pamiętacie, jak u nas fajki kosztowały niecałe euro? Fajki w Armenii kosztują niecałe euro. Walka z nałogiem nie ma szans.

Ale tak w ogóle to ja nie palę. Czasem tylko.

6) Autostop - moje pierwsze doświadczenie z tym środkiem transportu wyglądało tak, że mój bardzo duży przyszły mąż złapał najpierw jeden autobus, a potem drugi, bo ten pierwszy mu się nie podobał. W efekcie byliśmy w Erywaniu szybciej, droga była wygodniejsza (przeleżałam ją nieżywa wyciągnięta na czterech siedzeniach na tyłach wehikułu), a za transport Tibilisi - Erywań nie zapłaciliśmy ani grosza. Podejrzewam, że wykreowało to u mnie fałszywy obraz autostopu. Plus zwiedzanie Armenii via podróż za jeden uśmiech się nie powiodło, bo widziałam jeszcze mniej, niż w trakcie pierwszej wizyty, kiedy to uczynny taksówkarz dalekobieżny zatrzymywał się ze względu na mnie przy każdej atrakcji turystycznej.

Takie tam, trudy podróży i w ogóle.
7) W Armenii wciąż jest bezpiecznie - o ile ktoś nie zamierza zwiedzać Górnego Karabachu oczywiście. W pozostałych częściach kraju o konflikcie na granicy tylko się mówi. Chociaż nastroje antyazerskie i antytureckie są bardzo mocno wyczuwalne w społeczeństwie, a cały kraj przypomina nieco lamparta na akacji - niby spokojny i wyluzowany, ale ciągle gotowy do skoku.

8) Nie wiem, czy ostatnio wspominałam, ale Erywań nazywany jest "Różowym Miastem". Nie dlatego, że ma jakieś problemy natury genderowej (czy też nie ma takich problemów), ale dlatego, że jakieś 70% budowli w tym mieście JEST RÓŻOWA. Dosłownie różowa.

Na żywo jest bardziej różowe. Fot. wikipedia (aż wstyd się przyznać, dobrze, że żaden ze mnie profesjonalny blogger. W ogóle to czemu ja nie mam zdjęcia z niczym różowym?!).

Miało być jeszcze o rosyjskim, ale się troszkę za bardzo rozpisałam, więc o tym będzie innym razem. Miłego piąteczku! <3

Fot. Indianin

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz