poniedziałek, 4 kwietnia 2016

Gdy wielojęzyczność staje się problemem

Takie straszne rzeczy do czytania.

- Good morning ma'am, I'm looking for madam M. - zagaiłam nieśmiało drugiego dnia mojego pobytu w Rumunii. 
- Miss M. - poprawiła mnie pani w dziekanacie czy co to tam było (tak jakby mnie obchodził status matrymonialny mojej koordynatorki) - Oh sure, please wait one moment, I'll let her know that you came. - odpowiedziała dyżurująca pani angielskim, który praktycznie był pozbawiony obcego akcentu. Pomyślałam sobie - "Jest nieźle, dogadam się!". No a potem przyszła miss M. Po krótkiej konwersacji po angielsku przełączyłyśmy się na francuski, a po godzinie rozmowy po francusku nagle mój mózg przestał pracować, więc wróciłyśmy do angielskiego. A potem okazało się, że miss M. nie tylko perfekcyjnie włada angielskim i francuskim, ale również włoskim. No ale to temat na... Właściwie to to w ogóle nie jest temat na cokolwiek.

Drugiego dnia poszłam coś załatwiać na wydziale literatury. Literatury francuskiej, żeby nie było, więc wielkie wejście zaczęłam od: "Bonjour, je voudrais vous poser une question" (a właściwie to wiele pytań, ale wiecie, raz, że rodzajnik, a dwa, że nie ma co straszyć wykładowcy od progu). No i tak sobie zadawałam te pytania, kalecząc czasy i rodzaje gramatyczne, aż nagle pani przeglądająca mój Learning Agreement zdradziła się ze znajomością angielskiego. A ponieważ ja nie jestem jakoś wyjątkowo pracowita ani ambitna, to natychmiast chwyciłam się tej brzytwy, przydatnej każdemu tonącemu.

Jak zatem widzicie, największą zaletą, ale i mankamentem mojego rumuńskiego Uni jest to, że wszyscy moi wykładowcy doskonale mówią po angielsku. Wszystko dlatego, że na Babeszu (jak pieszczotliwie nazywam moją tymczasową alma mater) nie ma czegoś takiego, jak filologia z jednym językiem. Nie i już. Studenci mają psi obowiązek uczenia się przynajmniej dwóch języków, co jest równoznaczne z robieniem programu DWÓCH filologii, a podejrzewam, że jak chcą znać trzy, to też im nikt nie rzuca kłód pod nogi. Co za tym idzie, zajęcia są przygotowane pod kątem dwóch systemów. Przykładowo ostatnio miałam bardzo ciekawy wykład o kalkach i zapożyczeniach z języka angielskiego we "français moderne". No i fajnie. Doceniam też to, że w razie problemów komunikacyjnych mam język pomocniczy, bo mój angielski, choć momentami dosyć niegramatyczny, wciąż jednak pozostaje moim drugim językiem. Z drugiej jednak strony rodzi to problemy natury "zapomniałam słowa/czasu/piątej klepki, więc po prostu oleję francuski i będę z tobą mówić po angielsku sorze, pasi?", a że sorzy tu są bardzo mili i w ogóle pomocni, to na ogół im to pasi. Nie wspominając już o moich kolegach z roku, którzy również zazwyczaj świetnie znają angielski.

No i tak. Mamy problem. Bo wychodzi na to, że znajomość jednego języka obcego jest trochę smutna, ale z drugiej strony, jak zna się jeden język obcy dobrze i jest się w trakcie opanowywania trzeciego, to ten jeden znany język też może przeszkadzać.

Nie wspominając już o tym, że w zeszłą środę odkryłam, że jedna z moich wykładowczyń nie tylko zna doskonale pół mojej kadry z polskiej uczelni, ale do tego świetnie mówi po POLSKU i chętnie porozmawia sobie z rodzimą użytkowniczką języka.

Oto krótkie studium tego, jak wielojęzyczność może stać się problemem.

Studenta.

No teraz to już  ten mój francuski ma dosyć przejebane, prawda?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz