piątek, 1 kwietnia 2016

Armenia - czyli "Nie jestem z Rosji"

Jakieś półtora roku temu obiecała sobie, że zobaczę Ararat. Mówię - mam. <3

Siedzieliśmy sobie w salonie, ja pewnie pracowałam, on czytał wiadomości napisane ormiańskimi robaczkami. To było zaraz po zamachach w Brukseli. Spojrzałam na niego kątem oka. Twarz robiła mu się coraz bardziej granitowa. Dosłownie. Jak u śmiertelnie poważnego Indianina. No po prostu wystarczy wyobrazić sobie śmiertelnie poważnego Indianina, żeby zrozumieć, jak w tym momencie wyglądał. W końcu popatrzył na mnie bez cienia jakiejkolwiek emocji (Indianin, przypominam) i spytał: "No i jak ja mam cie puścić z powrotem do Europy?".


Wbrew pozorom nie będzie to jednak studium rozkładu zgniłego zachodu, a zwykła relacja z mojego krótkiego wypadu do Erywania. No bo co kurcze.
To co prawda zdjęcie z drogi powrotnej, ale Wy nie musicie o tym wiedzieć.

Armenia - dojazd

Dotarcie do kraju Indianina okazało się dużo prostsze, niż sądziłam. Chociaż ok, muszę uczciwie przyznać, że samodzielnie musiałam ogarnąć jedynie trasę Cluj-Napoca - Kutaisi. Poszło jak z płatka, chociaż stres omal nie pożarł mnie żywcem.

Mój towarzysz podroży Dżordż który dzielnie dodawał mi otuchy na lotnisku.

Krótkie zwierzenie - w moim, ekhm, od niemal dekady OSIEMNASTOLETNIM życiu pierwszy raz leciałam samolotem jakieś niecałe dwa lata temu. Musiałam się zatem zmierzyć po raz pierwszy z lotem samotnym. Jestem ofermą i ofiarą losu. Dodajcie dwa do dwóch.

Z Cluj przetransportowałam się do Budapesztu przy użyciu Kameleona, czyli niewielkiego busika, cena dla ubogiego studenta to jakieś 20 ojro i szczerze mowiąc, nie da się taniej. No chyba, że stopem. Znaczy ok, da się i busem, ale również z Kameleonem i od razu kupując bilet w dwie strony. Dodatkowo busik zawozi nas od razu na lotnisku, a w moim przypadku był to nawet właściwy terminal. 

W busie do Budapesztu poznałam sympatycznego Meksykanina, który akurat wracał ze swojego Eurotripu. Wyśmiałam go trochę, tego Meksykanina, że go spotkałam w autobusie na Węgry, jak wracał z Serbii, a on mi uświadomił, że jestem Polką studiującą w Rumunii, która jedzie do Budapesztu żeby złapać lot do Gruzji, gdzie spotka swojego chłopaka, z którym pojedzie do Armenii. Nauka z tego taka, że nieładnie śmiać się z ludzi.

Na lotnisku spędziłam romantyczne pięć godzin nadrabiając zaległą pracę, dzięki czemu tak bardzo zapewniłam sobie rozrywkę, że - mimo całego stresu i paniki, oraz bycia na rzeczonym lotnisku grubo przed czasem - omal nie spóźniłam się na odprawę. Blond to stan umysłu.

Armenia - wrażenia

Właściwie to nawet nie Armenia, bo przez tydzień byłam w Erywaniu. Armenia, którą widziałam w drodze z Gruzji praktycznie niczym nie różniła się od polskiej wsi. Może tylko przy drodze stało więcej handlarzy, a w górach leżał śnieg po kolana. Jedynym kulturowym szokiem było to, że żeby sobie zapalić, musiałam się skitrać za węgłem, bo na armeńskiej wsi młoda dama z papierosem robi takie samo wrażenie, jak sufrażystka w spodniach na warszawskich salonach w 1905. 
Erywań. Widok z Kaskad. Po drodze na górę zaczepił nas jakiś pan i kazał nam mieć piątkę dzieci. Chyba ładnie razem wyglądamy.

Erywań

Erywań jest różowy. Serio. Indianin co prawda nie wiedział, jak się ten różowy kamień po angielsku nazywał, ale miasto jest całe w ślicznym odcieniu indyjskiego różu. Tak poza tym to samo miasto jest umiarkowanie ładne, ale sporo zyskuje dzięki widokowi na Kaukaz. W Armenii mają również doskonałe piwo i świetne sery, bez większego problemu można dogadać się po angielsku, a na ulicach stolicy można czuć się całkowicie bezpiecznym. Jedyną rzeczą, która mnie irytowała, było to, że wszyscy myśleli, że jestem z Rosji. 

Mały przerywnik. Trele morele.

No ale powiedzmy, że blondynka, naturalna blondynka, na ulicach Erywania dosyć się wyróżnia. Niestety, moja nieznajomość rosyjskiego stanowiła dla wszystkich srogi zawód. Wliczając w to rodzinę mojego chłopaka (pardą - narzeczonego). No ale uśmiechanie się i potakiwanie w odpowiednich momentach zawsze działa (uczę się rosyjskiego kochany Pamiętniczku, na wczoraj).

Trochę już brudny Dżordż dzielnie dotrzymujący mi towarzystwa w Budapeszcie.

Powrót


Powrót to była prawdziwa odyseja. Może nie trwał dziesięć lat, ale dobre czterdzieści godzin już tak. I znów, z Erywania do Tibilisi dostaliśmy się "taksówką", z tym samym rozmownym taksówkarzem, który pod koniec nawet zaczął przypominać sobie podstawy angielskiego (naprawdę, niektórzy po prostu MUSZĄ mówić). Z Tibilisi do Kutaisi pojechaliśmy sobie autobusem linii, której nazwy nie pamiętam, ale autobus był klasy naszego Lux Expressu (trasa Tibilisi - Kutaisi kosztowała dwadzieścia lari, czyli niecałe czterdzieści złotych od osoby. Naprawdę spoko). No a potem to już lot (kocham lotnisko w Kutaisi, zamiast ławek mają takie jakby leżanki, gdzie można umrzeć i zmartwychwstać akurat na samolot. Nawet Indianin się zmieścił wzdłuż) i Budapeszt. Problem polegał na tym, że w Budapeszcie musiałam zaczekać czternaście godzin na moją młodszą siostrę. Szczęśliwie dla mnie pogoda dopisała, więc poplątałam się po centrum, pogadałam sobie z bezdomnymi, którzy całkiem nieźle mówili po angielsku (zdecydowanie lepiej, niż nasi studenci), weszłam na Wzgórze Gellerta, zeszłam ze Wzgórza Gellerta, pokradłam internet w różnych punktach miasta, wypiłam bardzo dużo kawy, a potem odbyłam pięciokilometrowy spacer na dworzec, skąd powinnam odebrać siostrę. 

Mały przerywnik, kocham Budapeszt.
Polskibus (celowo wspominam nazwę przewoźnika) powinien być tam o 20:05, a my powinnyśmy mieć godzinę, żeby dostać się w spokoju na Nepliget (dwadzieścia minut metrem). Polskibus spóźnił się godzinę, a ja zaprzyjaźniłam się z kolejnym bezdomnym, który na początku chyba chciał ode mnie pieniędzy. Ale później, jak na mnie popatrzył, to chyba chciał mi oddać wszystkie swoje pieniądze. Nie jestem pewna, bo po węgiersku umiem powiedzieć tylko "nem tudom" i "szeretettel", ewentualnie "tokaj". Siostra w końcu dojechała, a my, dzięki szczodrości Polskiegobusa, miałyśmy dodatkowe trzy godziny na napawanie się Budapesztem. W końcu, po uruchomieniu dwóch chłopaków i spędzeniu trzech godzin na dworcu w towarzystwie pana mówiącego do swojego woreczka z tytoniem, udałyśmy się na parking, na który najpierw NIE przyjechał autobus linii Orangeways, a później na drugi parking, gdzie niewielkim zakolem ominęłyśmy dość poważnie wyglądającą bijatykę, a następnie znalazłyśmy naszego przewoźnika. Kochany pamiętniczku, po niemal trzydziestu sześciu godzinach w drodze omal nie ucałowałam kierowcy, który bez gadania przygarnął dwie polskie sierotki, pomógł z walizką i otworzył nam autobusik przed czasem. Z siostrą radośnie omawiałyśmy wydarzenia minionego wieczora, gdy wtem w naszą stronę obrócił się pan, który śliczną polszczyzną spytał: "Przepraszam, czy wy mówicie po polsku?". Pan okazał się być Rumunem, od trzech lat pracującym w Krakowie.

Wniosek z tego taki, kochany pamiętniczku, że nigdy nigdzie nie można być pewnym, czy aby na pewno można używać swojego rodzimego języka.

Nawet na moim rumuńskim wydziale romanistyki.

Ale o tym może innym razem.

2 komentarze:

  1. Uwielbiam Twoje relacje z podróży :D jak je czytam to bym chciała, żebyś mnie zabrała ze sobą :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Przemyśl to dobrze, bo w trakcie, jak przypał pogania przypał, na ogół mam ochotę siedzieć i płakać, zwłaszcza po czterdziestu godzinach bez prysznica. :D

      Usuń