środa, 27 kwietnia 2016

Przyswajanie języka a motywacja

Po lewej - motywacja.

No to jestem z tym Ormia..., pardą, Indianinem, więc pasowałoby się zacząć uczyć któregoś z języków urzędowych Armenii. Zaczęłam od rosyjskiego, bo uznałam, że będzie prościej, ale po odsłuchaniu pierwszej lekcji zwątpiłam. Łacina języków słowiańskich jest też jego prywatnym niemieckim. Dodatkowo Indianin również zachęcał do zignorowania rosyjskiego i przejścia od razu do właściwego języka jego narodu.

Równocześnie wciąż jestem w Rumunii. Teoretycznie powinnam mieć tu jakieś lekcje języka, praktycznie pokrywają mi się z planem zajęć mojej romanistyki (niezły wyczyn, zważywszy na to, że mam zajęcia na wydziale trzy razy w tygodniu). W efekcie niewiele korzystam językowo na pobycie tutaj. W sklepie dogaduję się po włosku, na ulicy po angielsku lub francusku. Asta este,

W efekcie więcej umiem powiedzieć po ormiańsku, niż po rumuńsku. 

Ostatnio przyłapałam się, a właściwie nas, na tym, że zasadniczo to już możemy prowadzić dialog. Tak, ze zdaniami. Dialog oczywiście nie jest jakiś wybitnie wysublimowany, bo ogranicza się do prostych treści, ale dodając do tego kilka zwrotów grzecznościowych wychodzi na to, że zdecydowanie więcej umiem powiedzieć po ormiańsku, niż po rumuńsku.

Dlaczego to takie dziwne?

Bo chociaż ormiański PODOBNO (tak twierdzi Indianin) jest językiem indoeuropejskim, to jak do tej pory znalazłam jedynie dwa dowody na to. 

Rumuński za to jest nie tylko językiem indoeuropejskim, ale przy okazji zalicza się do grupy języków romańskich (no i został dość mocno zainfekowany słowiańskością, przypadki ftw), a wiadomo, że jak ktoś zna jeden język romański, to właściwie już z całym basenem Morza Śródziemnego i większością Ameryki Południowej powinien się dogadać.

Do czego zatem zmierzam?

Chyba do tego, że najlepiej uczy się języków od rodzimych użytkowników. Jeśli wiecie, co mam na myśli. ;)

No to հրաժեշտ i wracam do mojego rumuńskiego życia.

P.S. Ciekawostka na dziś - wilkołak to po rumuńsku vârcolac (czyta się jak "wyrkolak"). Tak że tego... Macie tu widok z knajpy na dachu. <3


piątek, 22 kwietnia 2016

Kilka rzeczy, których nauczyły mnie minione związki

Miałam siedemnaście lat i po raz pierwszy w życiu złamane serce. Uczucie było dużo bardziej beznadziejne, niż się spodziewałam, i żadna Siesicka ani Musierowicz nie przygotowały mnie na to, jak sobie z tym poradzić.Narobiłam zatem głupot, a potem - minęło. A ja dorosłam. Do pewnego poziomu.

Rozstanie to przykry i bolesny proces, niemniej, jak ze wszystkiego w życiu, tak i z tego możemy wyciągnąć jakąś naukę. A że w moim przypadku stopień wkurwienia osiągnął ostatnio dość wysoki poziom (ŹRÓDŁA RUCHU SIECIOWEGO - znasz takie coś?), postanowiłam poważnie przyjrzeć się ZALETOM rozstań. A może nawet nie tyle zaletom, co pożytecznym naukom, które z nich wyciągnęłam.

Źródło

1) Nigdy nie próbuj utrzymać dobrych kontaktów z byłym partnerem zaraz po rozstaniu. Zwłaszcza, jeśli samo rozstanie nie odbyło się za zgodą obydwu zainteresowanych stron, a wręcz dla jednej strony było zaskoczeniem. Nauka ta płynie już z liceum. Dobra wiadomość jest taka, że po kilku latach na ogół można zignorować takie licealne niepowodzenie i nie wychodzić z knajpy, kiedy wchodzi do niej ta druga osoba.
2) Klin pomaga - przykro mi to pisać, ale to prawda. Oczywiście klin niesie też ze sobą duże ryzyko zranienia kogoś, kto pewnie na to nie zasługuje, ale uznajmy, że w momencie, kiedy mamy złamane serce, nie do końca o tym myślimy. 
3) Jak ktoś był na tyle głupi, że nie umiał ukryć zdrady, to z nim zerwij - nie warto wiązać się z kretynem. Co innego, jeśli dowiedziałeś się o zdradzie czytając cudze archiwum. Wtedy sam powinieneś zerwać, bo tego się zwyczajnie nie robi. W sensie nie czyta archiwum. A właśnie, a propos czytania cudzego archiwum...
4) ...Pierwszy raz można wybaczyć, ale warto potraktować go jako ostrzeżenie. Drugi raz (zwłaszcza po awanturze o pierwszy raz) to już w sumie dobry powód do skończenia związku. Nieważne, czy mamy czy nie mamy czegoś do ukrycia. Jeżeli druga połówka wyraźnie mówi, że sobie NIE ŻYCZY, to sobie nie życzy i już. Nawet jeśli podejrzewamy ją o regularne sypianie z autobusem Arabów. Dodatkową komplikacją może być, kiedy mamy problemy z czytaniem ze zrozumieniem, i zamiast "-ę", czyli końcówki osobowej pierwszej osoby liczy pojedynczej, widzimy "-i", będące wykładnikiem osoby trzeciej tejże liczby. Wtedy na przykład ze słowa "wylecę" wychodzi nam "wyleci". I jest nam jeszcze smutniej.
5) Nigdy nie wiąż się z człowiekiem, który mówi Ci, że jak odejdziesz, to się zabije. Związek zbudowany na szantażu emocjonalnym ma nikłe szanse przetrwania.
6) Jeśli godzisz się na jednorazową przygodę, to pamiętaj, że godzisz się na jednorazową przygodę. I nieważne, że facet może sprawiać wrażenie, że chce czegoś więcej. Nie, po prostu nie chce mu się szukać kolejnej partnerki do innej, jednorazowej przygody.
7) Nigdy nie rezygnuj z przyjaciół na rzecz partnera. Jeżeli Twój partner nie lubi Twoich wieloletnich przyjaciół, to może być znak, że warto zmienić partnera, a nie zerwać kontakt ze wspomnianymi przyjaciółmi.
8) Jeśli chcesz zrobić coś, co nie jest moralnie naganne, a nie do końca pasuje Twojemu partnerowi, ale może być dobre dla Twojego rozwoju - jak podróżowanie, wyjazd do pracy sezonowej za granicę albo szukanie zatrudnienia w innym mieście - zrób to. Serio. Związek na odległość da się przetrwać, a do pracy za granicę lub na wycieczkę zawsze może jechać z Tobą. Grozi, że z Tobą zerwie? Tam są drzwi.
9) Cokolwiek by się nie działo, nie tnij się. Ani nie zabijaj. Po rozstaniu pij, pal, uprawiaj przygodny seks (pamiętaj o zabezpieczeniu), płacz, rozmawiaj z przyjaciółmi, jak ich nie masz, to żal się na wykopie, zacznij składać origami, ale nie tnij się. Ból mija, a blizny zostają.

10) Dodatek specjalny:
*Jeśli nie lubi twojej rodziny, to strasznie słabo. No jakby to niby wyglądało, jakbyście wzięli ślub.
*Jak mu odpierdala po pijaku, to w sumie też dobry znak na ucieczkę.






poniedziałek, 4 kwietnia 2016

Gdy wielojęzyczność staje się problemem

Takie straszne rzeczy do czytania.

- Good morning ma'am, I'm looking for madam M. - zagaiłam nieśmiało drugiego dnia mojego pobytu w Rumunii. 
- Miss M. - poprawiła mnie pani w dziekanacie czy co to tam było (tak jakby mnie obchodził status matrymonialny mojej koordynatorki) - Oh sure, please wait one moment, I'll let her know that you came. - odpowiedziała dyżurująca pani angielskim, który praktycznie był pozbawiony obcego akcentu. Pomyślałam sobie - "Jest nieźle, dogadam się!". No a potem przyszła miss M. Po krótkiej konwersacji po angielsku przełączyłyśmy się na francuski, a po godzinie rozmowy po francusku nagle mój mózg przestał pracować, więc wróciłyśmy do angielskiego. A potem okazało się, że miss M. nie tylko perfekcyjnie włada angielskim i francuskim, ale również włoskim. No ale to temat na... Właściwie to to w ogóle nie jest temat na cokolwiek.

Drugiego dnia poszłam coś załatwiać na wydziale literatury. Literatury francuskiej, żeby nie było, więc wielkie wejście zaczęłam od: "Bonjour, je voudrais vous poser une question" (a właściwie to wiele pytań, ale wiecie, raz, że rodzajnik, a dwa, że nie ma co straszyć wykładowcy od progu). No i tak sobie zadawałam te pytania, kalecząc czasy i rodzaje gramatyczne, aż nagle pani przeglądająca mój Learning Agreement zdradziła się ze znajomością angielskiego. A ponieważ ja nie jestem jakoś wyjątkowo pracowita ani ambitna, to natychmiast chwyciłam się tej brzytwy, przydatnej każdemu tonącemu.

Jak zatem widzicie, największą zaletą, ale i mankamentem mojego rumuńskiego Uni jest to, że wszyscy moi wykładowcy doskonale mówią po angielsku. Wszystko dlatego, że na Babeszu (jak pieszczotliwie nazywam moją tymczasową alma mater) nie ma czegoś takiego, jak filologia z jednym językiem. Nie i już. Studenci mają psi obowiązek uczenia się przynajmniej dwóch języków, co jest równoznaczne z robieniem programu DWÓCH filologii, a podejrzewam, że jak chcą znać trzy, to też im nikt nie rzuca kłód pod nogi. Co za tym idzie, zajęcia są przygotowane pod kątem dwóch systemów. Przykładowo ostatnio miałam bardzo ciekawy wykład o kalkach i zapożyczeniach z języka angielskiego we "français moderne". No i fajnie. Doceniam też to, że w razie problemów komunikacyjnych mam język pomocniczy, bo mój angielski, choć momentami dosyć niegramatyczny, wciąż jednak pozostaje moim drugim językiem. Z drugiej jednak strony rodzi to problemy natury "zapomniałam słowa/czasu/piątej klepki, więc po prostu oleję francuski i będę z tobą mówić po angielsku sorze, pasi?", a że sorzy tu są bardzo mili i w ogóle pomocni, to na ogół im to pasi. Nie wspominając już o moich kolegach z roku, którzy również zazwyczaj świetnie znają angielski.

No i tak. Mamy problem. Bo wychodzi na to, że znajomość jednego języka obcego jest trochę smutna, ale z drugiej strony, jak zna się jeden język obcy dobrze i jest się w trakcie opanowywania trzeciego, to ten jeden znany język też może przeszkadzać.

Nie wspominając już o tym, że w zeszłą środę odkryłam, że jedna z moich wykładowczyń nie tylko zna doskonale pół mojej kadry z polskiej uczelni, ale do tego świetnie mówi po POLSKU i chętnie porozmawia sobie z rodzimą użytkowniczką języka.

Oto krótkie studium tego, jak wielojęzyczność może stać się problemem.

Studenta.

No teraz to już  ten mój francuski ma dosyć przejebane, prawda?

piątek, 1 kwietnia 2016

Armenia - czyli "Nie jestem z Rosji"

Jakieś półtora roku temu obiecała sobie, że zobaczę Ararat. Mówię - mam. <3

Siedzieliśmy sobie w salonie, ja pewnie pracowałam, on czytał wiadomości napisane ormiańskimi robaczkami. To było zaraz po zamachach w Brukseli. Spojrzałam na niego kątem oka. Twarz robiła mu się coraz bardziej granitowa. Dosłownie. Jak u śmiertelnie poważnego Indianina. No po prostu wystarczy wyobrazić sobie śmiertelnie poważnego Indianina, żeby zrozumieć, jak w tym momencie wyglądał. W końcu popatrzył na mnie bez cienia jakiejkolwiek emocji (Indianin, przypominam) i spytał: "No i jak ja mam cie puścić z powrotem do Europy?".


Wbrew pozorom nie będzie to jednak studium rozkładu zgniłego zachodu, a zwykła relacja z mojego krótkiego wypadu do Erywania. No bo co kurcze.
To co prawda zdjęcie z drogi powrotnej, ale Wy nie musicie o tym wiedzieć.

Armenia - dojazd

Dotarcie do kraju Indianina okazało się dużo prostsze, niż sądziłam. Chociaż ok, muszę uczciwie przyznać, że samodzielnie musiałam ogarnąć jedynie trasę Cluj-Napoca - Kutaisi. Poszło jak z płatka, chociaż stres omal nie pożarł mnie żywcem.

Mój towarzysz podroży Dżordż który dzielnie dodawał mi otuchy na lotnisku.

Krótkie zwierzenie - w moim, ekhm, od niemal dekady OSIEMNASTOLETNIM życiu pierwszy raz leciałam samolotem jakieś niecałe dwa lata temu. Musiałam się zatem zmierzyć po raz pierwszy z lotem samotnym. Jestem ofermą i ofiarą losu. Dodajcie dwa do dwóch.

Z Cluj przetransportowałam się do Budapesztu przy użyciu Kameleona, czyli niewielkiego busika, cena dla ubogiego studenta to jakieś 20 ojro i szczerze mowiąc, nie da się taniej. No chyba, że stopem. Znaczy ok, da się i busem, ale również z Kameleonem i od razu kupując bilet w dwie strony. Dodatkowo busik zawozi nas od razu na lotnisku, a w moim przypadku był to nawet właściwy terminal. 

W busie do Budapesztu poznałam sympatycznego Meksykanina, który akurat wracał ze swojego Eurotripu. Wyśmiałam go trochę, tego Meksykanina, że go spotkałam w autobusie na Węgry, jak wracał z Serbii, a on mi uświadomił, że jestem Polką studiującą w Rumunii, która jedzie do Budapesztu żeby złapać lot do Gruzji, gdzie spotka swojego chłopaka, z którym pojedzie do Armenii. Nauka z tego taka, że nieładnie śmiać się z ludzi.

Na lotnisku spędziłam romantyczne pięć godzin nadrabiając zaległą pracę, dzięki czemu tak bardzo zapewniłam sobie rozrywkę, że - mimo całego stresu i paniki, oraz bycia na rzeczonym lotnisku grubo przed czasem - omal nie spóźniłam się na odprawę. Blond to stan umysłu.

Armenia - wrażenia

Właściwie to nawet nie Armenia, bo przez tydzień byłam w Erywaniu. Armenia, którą widziałam w drodze z Gruzji praktycznie niczym nie różniła się od polskiej wsi. Może tylko przy drodze stało więcej handlarzy, a w górach leżał śnieg po kolana. Jedynym kulturowym szokiem było to, że żeby sobie zapalić, musiałam się skitrać za węgłem, bo na armeńskiej wsi młoda dama z papierosem robi takie samo wrażenie, jak sufrażystka w spodniach na warszawskich salonach w 1905. 
Erywań. Widok z Kaskad. Po drodze na górę zaczepił nas jakiś pan i kazał nam mieć piątkę dzieci. Chyba ładnie razem wyglądamy.

Erywań

Erywań jest różowy. Serio. Indianin co prawda nie wiedział, jak się ten różowy kamień po angielsku nazywał, ale miasto jest całe w ślicznym odcieniu indyjskiego różu. Tak poza tym to samo miasto jest umiarkowanie ładne, ale sporo zyskuje dzięki widokowi na Kaukaz. W Armenii mają również doskonałe piwo i świetne sery, bez większego problemu można dogadać się po angielsku, a na ulicach stolicy można czuć się całkowicie bezpiecznym. Jedyną rzeczą, która mnie irytowała, było to, że wszyscy myśleli, że jestem z Rosji. 

Mały przerywnik. Trele morele.

No ale powiedzmy, że blondynka, naturalna blondynka, na ulicach Erywania dosyć się wyróżnia. Niestety, moja nieznajomość rosyjskiego stanowiła dla wszystkich srogi zawód. Wliczając w to rodzinę mojego chłopaka (pardą - narzeczonego). No ale uśmiechanie się i potakiwanie w odpowiednich momentach zawsze działa (uczę się rosyjskiego kochany Pamiętniczku, na wczoraj).

Trochę już brudny Dżordż dzielnie dotrzymujący mi towarzystwa w Budapeszcie.

Powrót


Powrót to była prawdziwa odyseja. Może nie trwał dziesięć lat, ale dobre czterdzieści godzin już tak. I znów, z Erywania do Tibilisi dostaliśmy się "taksówką", z tym samym rozmownym taksówkarzem, który pod koniec nawet zaczął przypominać sobie podstawy angielskiego (naprawdę, niektórzy po prostu MUSZĄ mówić). Z Tibilisi do Kutaisi pojechaliśmy sobie autobusem linii, której nazwy nie pamiętam, ale autobus był klasy naszego Lux Expressu (trasa Tibilisi - Kutaisi kosztowała dwadzieścia lari, czyli niecałe czterdzieści złotych od osoby. Naprawdę spoko). No a potem to już lot (kocham lotnisko w Kutaisi, zamiast ławek mają takie jakby leżanki, gdzie można umrzeć i zmartwychwstać akurat na samolot. Nawet Indianin się zmieścił wzdłuż) i Budapeszt. Problem polegał na tym, że w Budapeszcie musiałam zaczekać czternaście godzin na moją młodszą siostrę. Szczęśliwie dla mnie pogoda dopisała, więc poplątałam się po centrum, pogadałam sobie z bezdomnymi, którzy całkiem nieźle mówili po angielsku (zdecydowanie lepiej, niż nasi studenci), weszłam na Wzgórze Gellerta, zeszłam ze Wzgórza Gellerta, pokradłam internet w różnych punktach miasta, wypiłam bardzo dużo kawy, a potem odbyłam pięciokilometrowy spacer na dworzec, skąd powinnam odebrać siostrę. 

Mały przerywnik, kocham Budapeszt.
Polskibus (celowo wspominam nazwę przewoźnika) powinien być tam o 20:05, a my powinnyśmy mieć godzinę, żeby dostać się w spokoju na Nepliget (dwadzieścia minut metrem). Polskibus spóźnił się godzinę, a ja zaprzyjaźniłam się z kolejnym bezdomnym, który na początku chyba chciał ode mnie pieniędzy. Ale później, jak na mnie popatrzył, to chyba chciał mi oddać wszystkie swoje pieniądze. Nie jestem pewna, bo po węgiersku umiem powiedzieć tylko "nem tudom" i "szeretettel", ewentualnie "tokaj". Siostra w końcu dojechała, a my, dzięki szczodrości Polskiegobusa, miałyśmy dodatkowe trzy godziny na napawanie się Budapesztem. W końcu, po uruchomieniu dwóch chłopaków i spędzeniu trzech godzin na dworcu w towarzystwie pana mówiącego do swojego woreczka z tytoniem, udałyśmy się na parking, na który najpierw NIE przyjechał autobus linii Orangeways, a później na drugi parking, gdzie niewielkim zakolem ominęłyśmy dość poważnie wyglądającą bijatykę, a następnie znalazłyśmy naszego przewoźnika. Kochany pamiętniczku, po niemal trzydziestu sześciu godzinach w drodze omal nie ucałowałam kierowcy, który bez gadania przygarnął dwie polskie sierotki, pomógł z walizką i otworzył nam autobusik przed czasem. Z siostrą radośnie omawiałyśmy wydarzenia minionego wieczora, gdy wtem w naszą stronę obrócił się pan, który śliczną polszczyzną spytał: "Przepraszam, czy wy mówicie po polsku?". Pan okazał się być Rumunem, od trzech lat pracującym w Krakowie.

Wniosek z tego taki, kochany pamiętniczku, że nigdy nigdzie nie można być pewnym, czy aby na pewno można używać swojego rodzimego języka.

Nawet na moim rumuńskim wydziale romanistyki.

Ale o tym może innym razem.