czwartek, 17 marca 2016

Przetrwalnik, czyli z Blackberry wśród wampirów: cz. II "What happens in Cluj"

Kochany  Pamiętniczku!

Właśnie zaczął się czwarty tydzień mojego pobytu w Rumunii. Nie pisałam wcześniej, bo w sumie tyle się działo, że właściwie nie miałam o czym. Serio. To nie jest oksymoron. W pewnym momencie machnęłam ręką i zwyczajnie przestałam zapamiętywać wydarzenia, bo po co to i na co to.

Najbardziej stresującym przeżyciem mojego Erazmusa było do tej pory zgubienie portfela w klubie. Generalnie nie chadzam do klubów, ale jak już chadzam, to gubię portfel z dokumentami i ubezpieczeniem. Na szczęście portfel, znaleziony przez uczynnego barmana, grzecznie do mnie wrócił. Szkoda tylko, że skutecznie zablokowałam sobie wszystkie karty bankomatowe. Jednak dzięki temu żyłam sobie oszczędnie.

Największym osiągnięciem tego wyjazdu było bez wątpienia zapłacenie moim francuskim chłopcom za mieszkanie. Serio. Ustalenie mojego rozkładu zajęć i odebranie legitymacji studenckiej przy rumuńskim systemie administracyjnym to pestka w porównaniu ze zmuszeniem Francuzów do przyjęcia pieniędzy, które im się jak psu buda należą. Nękałam moich milusińskich niemal trzy tygodnie, zanim w końcu Francuski Chłopiec numer 1 drżącą ręką wręczył mi karteczkę z kwotą i numer konta.

Co poza tym - mieszkam na dzielni o wdzięcznej nazwie Zorilor, dzięki czemu do szkoły mam z górki, a ze szkoły pod górkę. Jebutną górkę. Właściwie to moja droga do domu przypomina podejście do Chatki Puchatka w Bieszczadach, tylko jednak widoki mam trochę gorsze. Ale za to jak już się wydrapię na ten Zorilor, to mam widok na całe Karpaty. Dzięki codziennym sprintom schudłam już zdrowe trzy kilo.

Napis po drodze ze szkoły: "A ty co robisz dla Apokalipsy?" (wg. google). Biegam pod górkę.

Dzięki wytrwałemu piciu kawy mam już obczajone miejscówki, gdzie serwują napój bogów w normalnym rozmiarze (tak zwane "espresso americano") oraz pokaźną kolekcję knajpianych wifi na trasie szkoła-dom, które bezczelnie kradnę (przy okazji te słowa piszę z Instytutu Fizyki w gmachu głównym mojego Uni <3, miły pan fizyk właśnie użalił się nad bezdomną studentką siedzącą na podłodze i przyniósł mi krzesło. Wspominałam już, że Rumuni to jeden z najbardziej uprzejmych narodów na Ziemi?).

Myślę, że stereotypy o Rumunii w Polsce są mocno przesadzone. Oto wybór Oreo w rumuńskim Kerfurze.


W Rumunii prawie wszyscy mówią po angielsku, od pana w ksero po panią w dziekanacie. Już się tak rozbestwiłam, że nawet nie chce mi się mówić "buna ziua" jak gdzieś wchodzę.

Co do Uniwersytetu - nie jestem pewna, czy przy tym, jak bardzo nikt się nie przejmuje moją obecnością, mam jakieś szanse na zaliczenie tego semestru, ale w sumie pomyślę o tym jakoś pod koniec maja.

A jutro jadę do Budapesztu celem odbycia lotu do Gruzji. Sama. A następnie dojechania do Armenii. Na szczęście już z eskortą.

Kochany Pamiętniczku, mam stan przedzawałowy.

I chyba już nie lubię wizzaira.

Buziaki,
Coruja

P.S. Pozdrawiam wszystkich nowych czytelników z wykopu. Mam nadzieję, że nie jesteście rozczarowani brakiem opisów moich seksualnych ekscesów. ;*

A to tak o, żebyście się nie czuli całkiem poszkodowani. Drzwi od damskiej toalety w pubie Shto. Polecam!


P.P.S. No i wyszłam z tej mojej strefy komfortu, i tyle z tego mam, że śpię po cztery godziny i nie umiem się wysłowić w coraz większej ilości języków. Właściwie co mi się w tej strefie komfortu nie podobało?

P.P.S. Kochany Pamiętniczku. Wszyscy tu myślą, że jestem z UK. Kochani rodzice, dziękuję Wam za Cartoon Network po angielsku. <3

2 komentarze:

  1. Trzymam kciuki za dalszą podróż :D też zawsze i wszędzie kradnę internet. Do Rumunii zawsze bardzo chciałam pojechać :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Siedzę tam do czerwca jak coś. ;)

      Usuń