wtorek, 23 lutego 2016

Przetrwalnik - czyli z Blackberry wśród wampirów: cz. I "Włajaż, włajaż"

Kochany Pamiętniczku.
Już od niedzieli przebywam w Rumunii. Jest ciepło, a z każdym na ulicy da się porozumieć po angielski. Zacznę jednak może od początku, czyli od mojej epickiej podróży do kraju wina i Drakuli.

Jak się dostać do Kluż-Napoka? Ja poczyniłam to przy użyciu Lux Expressu do Budapesztu i czegoś, na co we Francji wołaliśmy kamionka. Mój wyjazd rozpoczął się o 4 rano z dworca w Krakowie, gdzie zawieźli mnie kochający rodzice. Szczęśliwie wsiadłam do autobusu razem z moimi prawdopodobnie trzydziestoma kilogramami bagażu i szczęśliwie zapadłam w błogi sen. Obudziłam się na chwilkę na Słowacji, która w sumie wyglądała jak Narnia w "Lwie, Czarownicy i starej szafie", po czym uznałam, że te tony śniegu to mi się na pewno przywidziały w sennym majaku i znów odpłynęłam. Obudziłam się dopiero w Budapeszcie. Zarzuciłam na siebie wszystkie moje torby, złapałam walizkę i poleciałam na dworzec Nepliget, bo te tony śniegu na Słowacji, jak się okazało, wcale mi się nie przywidziały i mieliśmy przez nie spore opóźnienie.

No to dobiegłam na ten Nepliget, rozważając po drodze, czy z takim skillem do biegania z dużym obciążeniem nie powinnam zostać strażakiem, stanęłam i zgłupiałam. Nigdzie żadnego autobusu do Kluża niet. Ani ćwierć. Poszłam sobie na parter szukać informacji (wciąż z bagażem), gdzie niemiła pani poinformowała mnie, że informacja jest na górze. Poszłam więc na górę (wciąż z bagażem), gdzie równie niemiła pani poinformowała  mnie, że najbliższy autobus do Kluża odjeżdża we wtorek, a tak poza tym to nie może mi pomóc. Postanowiłam zatrzymać pytanie "To od czego tu siedzisz" dla siebie. Podziękowałam zdawkowo i rozważyłam wpadnięcie w panikę. No ale nie miałam czasu, bo według enigmatycznych informacji przewoźnika mój autobus do Kluża odjeżdżał za trzydzieści minut, a ja wciąż nie wiedziałam, gdzie go szukać. 

Siadłam więc sobie na ławeczce, złapałam dworcowe wi-fi i sprawdziłam maila. Piętnaście razy. Potem sprawdziłam stronę przewoźnika i WRESZCIE odkryłam, że autobus odjeżdża z parkingu NA PRZECIWKO dworca Nepliget. Miałam dwadzieścia minut. Zdecydowanie powinnam podejść do tego egzaminu strażackiego.

Na parkingu znalazłam autobus, który wyglądał przyzwoicie. Podeszłam do kierowcy uprzejmie pytając "Quo vadis?", a on mi  na to, że na Ukrainę. Zrobiło mi się trochę smutno. Na szczęście obok autobusu stała dwójka sympatycznych Ukraińców, para mieszana, która zainteresowała się moim losem. Pożaliłam się, pogadałam, pośmiałam i pobiegłam szukać dalej. I jak już obiegłam cały parking w kółko i zostało mi ostatnie pięć minut miły ukraiński pan mnie dogonił i mi powiedział, że znalazł dla mnie te autobusy. Nie rzuciłam mu się ze szczęścia na szyję tyko dlatego, że wisiał na mnie bagaż będący równowartością połowy mojej masy ciała i nie chciałam mu zrobić krzywdy (panu, nie bagażowi). Pobiegłam do tych autobusów, które okazały się nieco większymi samochodami, i pytam pana, czy do Kluża i za ile. A pan mi na to, że nie ma miejsc. Już miałam usiąść i zapłakać, ale pan szybko dorzucił, że następny busik za półtora godziny (a właściwie nie on, tylko moja nowa rumuńska koleżanka, którą z tego miejsca serdecznie pozdrawiam). Otarłam więc łzy, odpaliłam fajkę i uznałam, że nie jest źle, po czym pan (ustami I.) powiedział, że w sumie to miejsce się znalazło (zawsze wierzyłam w magiczną moc zapalenia papierosa. Autobusy przyjeżdżają, mama wraca niespodziewanie wcześniej z pracy, okazja na ulicy się zatrzymuje, no wszystko się zdarza, jak się zapali papierosa). Wsiadłam zatem do tej kamionki i dałam się powieźć ku Karpatom.

Po drodze z ciekawszych wydarzeń to mieliśmy postój na węgierskiej stacji benzynowej, gdzie mieli komputer z internetem na żetony, albo może i nawet korbkę, oraz na rumuńskiej stacji, która była śliczna, czysta, a wi-fi działało tam lepiej niż u mnie w domu (co nie jest żadnym osiągnięciem tak między nami).
Węgierski zajazd z internetem na korbkę.

Na miejscu, w Klużu, pan wyrzucił mnie na jakimś placu (jak się okazało, był to plac Unirii), I. pomogła mi z bagażami i wsadziła do taksówki. 

Unirii Piata na którym w ciągu ostatnich dwóch dni byłam już jakieś piętnaście razy.  Źródło

I tutaj rozpiszę się jeszcze o rumuńskim panu taksówkarzu. Co prawda miał minę cały czas, jakbym mu matkę harmonią zatłukła i nie mówił po angielsku, ale odwiózł mnie pod dom, a kiedy okazało się, że nie ma mi wydać ze stu lei, podwiózł mnie pod sklep, a potem z powrotem pod blok i nie policzył mi za to ani jednego rumuńskiego grosza ekstra. I jeszcze pomógł z bagażami! Szczęśliwa wtargałam zatem moje bagaże pod daszek, omal nie skręcając przy tym nogi, wpisałam numer mieszkania (na szczęście chłopcy opisali swoją skrzynkę pocztową) i... Pocałowałam klamkę.

czwartek, 18 lutego 2016

Jasne, czemu nie?

Śledzę sobie różnego rodzaju fanpage na fejsbuku (na coś trzeba marnować czas). No i często na tych fanpejdżach przewija się motyw tego, że nic się nie zmienia. Serio. Ludzie, młodzi ludzie, siedzą i narzekają, że nic się nie zmienia, nie dzieje, że się nudzą, gnuśnieją, i gdyby tak zdarzyło się coś...

I tak siedzą, marudzą, i mnie irytują.

Dlaczego mnie irytują? No bo jak coś ma się zdarzyć, jak się tylko siedzi i narzeka?

Też tak sobie kiedyś narzekałam. Pamiętam, jak moje życie utknęło na chwilę w martwym punkcie. Po studiach, bez pracy, po ciężkim psychicznie zerwaniu przez chwilę myślałam, że pora położyć się i umrzeć. Na szczęście nie mogła, bo miałam w domu remont. Złamane serce złamanym sercem, ale ściany same się nie oskrobią (to był wyjątkowo paskudny remont). I tak sobie wstawałam, żyłam z dnia na dzień dochodziłam do siebie, a potem nagle napisała koleżanka, że ma dla mnie propozycję, a potem poznałam kogoś, kto mi udowodnił, że miłość wciąż istnieje, a potem uznałam, że jak i tak siedzę i nic nie robię, to równie dobrze mogę skorzystać z dobrodziejstw darmowej edukacji w Polsce. 

A potem to już poszło lawinowo. 

Punkt życia, w którym jestem teraz, bardzo mi się podoba. Ale nie podobałby mi się, gdybym niecałe trzy lata temu nie odpowiedziała na szaloną propozycję koleżanki "jasne, czemu nie?". 

A potem ta odpowiedź weszła mi w nawyk. Tak samo odpowiedziałam na propozycję wyjazdu do pracy za granicę, na prośbę o uczenie polskiego jako obcego, przygotowanie dziewczyny do matury międzynarodowej, o której to maturze nie miałam pojęcia, na pierwszą propozycję wyjazdu na szkolenie, i drugą zresztą też. Oczywiście czasem wpadałam przez to godzenie się na wszystko w tarapaty, robiłam głupoty, ale to moje "Jasne, czemu nie" prowadzi mnie na razie jak jakiś kaganek oświaty w coraz ciekawsze miejsca.

Dlatego nie rozumiem, kiedy ktoś narzeka na nudę i stagnację.

sobota, 13 lutego 2016

"Tylko po co?"

Yoko i Lennon powiedzieli kiedyś, że mogliby żyć bez siebie, ale po co? Bardzo mi się ten tekst spodobał, bo był perfekcyjną definicją, której szukałam, żeby dowiedzieć się, o co chodzi w miłości. Podzieliłam się nią z moim ówczesnym chłopakiem, a on popatrzył na mnie wielkimi oczami i oburzony wykrzyknął: "Naprawdę? Mogłabyś beze mnie żyć? No to wiedz, że ja bez ciebie nie!" - no i się obraził na dwie godziny. Wtedy chyba po raz pierwszy zrozumiałam, że raczej nic z tego związku nie będzie. 

O co chodziło onym Yokom, o co chodzi mi. 

Kiedy miałam lat siedemnaście, wydawało mi się, że miłość to codzienne spotkania, codzienne rozmowy i trzymanie się za rączki. Pewnie dlatego miałam wiecznie złamane serce. 

Potem odkryłam, że to jednak coś więcej, bo będąc z kimś, nagle musisz przejmować się cudzymi (w sensie partnera) problemami. Wszystko fajnie, dopóki tymi problemami przejmują się obie strony po równo. Gorzej, jak nagle którejś połówce nie chce się rano wstać z łóżka przez problemy drugiej. 

Na koniec odkryłam, że czas, własny czas, jest dobrem niezbywalnym i bezcennym. Nieważne, czy się z kimś mieszka, czy mieszka się niedaleko, czy ma się do siebie cały kontynent i trzy strefy czasowe (pozdrawiam kochanie). Obie połówki swój czas, swoje pasje, swoje plany, swoje obowiązki i swój sen powinny szanować. 

Choćby po to, żeby odkryć, że można żyć bez siebie. Tylko po co?

Link