piątek, 16 grudnia 2016

Francuski jest spoko - przydatne strony do nauki francuskiego



W społeczeństwie pokutuje mit, że "francuski jest trudny". Po trzech latach nauki tego języka mogę powiedzieć o nim dużo - jest melodyjny, jest ładny, ma beznadziejne przekleństwa, ale na pewno nie jest trudny.

Pomijając wymowę, która obejmuje kilka głosek, których nie ma w naszym systemie oraz ortografię, która wygląda strasznie, ale MA ZASADY (czego nie można powiedzieć o naszej ortografii rodzimej, która tylko udaje, że ma zasady, a tak naprawdę jest damą z dezynwolturą), to francuski naprawdę nie jest taki skomplikowany.

Ale (bo zawsze jest jakieś ale)... Samodzielna nauka, przynajmniej na początku, nie wchodzi w grę.

Dlaczego, skoro jest taki prosty? Właśnie przez wymowę.

Nie zawsze byłam zadowolona z metod nauczania stosowanych na mojej uczelni, ale o jedno moi wykładowcy zadbali - stosowali totalny zamordyzm fonetyczny. I chociaż wciąż raczej nie da się mnie pomylić z interlocutrice native, to nawet Francuzi przyznają, że jest nieźle. 

Zatem samodzielnej nauki mówienia jak najbardziej nie polecam (chyba, że mamy anielską cierpliwość, znamy alfabet fonetyczny i chce się nam każde słowo konsultować z translatorem googla i w kółko się nagrywać), ale mam za to do polecenia dwie, osoby z którymi nasze umiejętności możemy ćwiczyć praktycznie od poziomu A1.




Piotra poznałam przypadkiem i od razu przypadliśmy sobie do gustu. Głównie przez wzgląd na to, że - co rzadkie i piękne - do każdego video dodaje transkrypcję, co we francuskim, języku pełnym homonimów, homofonów i ogólnie różnych innych homo- (pewnie stąd ten stereotyp, że Francuzi są lekko zniewieściali) jest nie do przecenienia! Dodatkowo Pierre porusza różne tematy związane z francuską kulturą, od przepisów na crêpes po strajki, oraz bardzo ładnie i klarownie tłumaczy różne zagadnienia gramatyczne.




To nasza rodzima produkcja, którą odkryłam całkiem niedawno i która z miejsca przypadła mi do gustu. Pan od francuskiego to taki nauczyciel, którego sama chciałabym mieć. Może dzięki temu szybciej zrozumiałabym ten cholerny subjonctif i wcześniej poznała kilka uroczy wyrażeń, które przydałyby mi się podczas codziennej komunikacji w Rumunii. Pan od francuskiego do skomplikowanych zagadnień gramatycznych podchodzi z niezwykłym wdziękiem i lekkością, a oprócz tego regularnie zamieszcza lekcje zawierające przydatne zwroty. Na stronie można też znaleźć ćwiczenia do samodzielnego rozwiązania wyposażone w klucz. I to za darmo! Jest taki fajny, że nawet mi nie przeszkadza, że jest z Warszawy. 

I na koniec - jeżeli wciąż macie obiekcje, boicie się zacząć naukę, bo to trudne, bo wymowa, bo pisownia, to postarajcie się porozmawiać z Francuzami po angielsku. Gwarantuję, że wyzbędziecie się wszelkich kompleksów.

wtorek, 13 grudnia 2016

Jak kupuję w szmateksach

Kiedy przebywałam na rubieżach świata, uciekałam przed wampirami i balansowałam na krawędzi Azji i Europy w tych moich wszystkich przygodach brakowało mi jednej rdzennie polskiej rzeczy - szmateksów.

Teoretycznie w Cluj była cała masa 2nd handów (a sądząc po stanie ubrań nawet i 3rd handów), ale raz, że jakoś nic nie trafiało w mój gust, a dwa, że ceny właściwie były takie same jak w sieciówkach (a bywało i drożej). Nietrudno się domyślić, że płacenie 15 lei za koszulkę pożółkłą pod pachami uśmiechało mi się średnio.

W Erywaniu z kolei znalazłam jeden 2nd hand. Prowadzony zresztą przez stolarza, który przy okazji sprzedawał w nim też meble.* Niestety, wybór ubrań również nie zachęcał (chociaż meble były spoko).

Aż w końcu wróciłam do kraju i pierwsze, co zrobiłam (no dobra, drugie. Pierwszy był prysznic), to poleciałam "na szmaty".

"Z odzysku" - spódnica i sweter. Fot. Klipiec
I teraz przechodzimy do części "Jak kupuję w szmateksach". Celowo nie "Jak kupować w szmateksach" bo jestem bardzo daleka od dawaniu komuś dobrych rad i uczenia go jak żyć. Ba, sama powinnam zacząć odkładać na leczenie (kłaniają się dwa camelowe płaszcze 80% wełny w składzie każdy). Jednak pewien zespół filtrów pozwala mi zachować przynajmniej pozory zdrowego rozsądku i sprawić, że ubrania wciąż mieszczą mi się w szafie (przepraszam, w szafach. I pojemniku na pościel).

1) Kupuję tylko w tych sekyndhendach, które mają "dni za złotówkę" i staram się do nich nie wchodzić w dni "normalne". Dzięki temu wciąż mam za co jeść. Wyjątek stanowią sytuacje, kiedy szukam czegoś konkretnego, a i wtedy biorę ze sobą powiedzmy 20 zł, żeby nie wyjść z kolejną boho-sukienką, która w środku zimy potrzebna mi jest jak chomikowi siodło.

2) Wybieram tylko te rzeczy, za które byłabym skłonna zapłacić normalną cenę. No dobra, cenę po 70% obniżce.

Właściwie wszystko poza torbą i butami.
W gratisie trzaskający mróz w Tibilissi.
3) Nawet wtedy patrzę na skład. Przykładowo jestem na tyle rozpuszczona, że nie zapłacę tej złotówki lub dwóch za poliester czy akryl. Szczęśliwie jako pierwsza wnuczka krawca zostałam przeszkolona w zakresie oceniania tkanin na oko i po dotyku. :)

Zdjęcie z wczoraj.
Jeden z legendarnych płaszczy
(spódnica też znalazła u mnie szczęśliwy dom).
Zdjęcie robione odpryskiem kafelka.

4) Kiedy skład jest w porządku, patrzę na jakość szwów i ewentualne uszczerbki na urodzie. Jeżeli jest ok, a uszczerbki na tyle nieznaczne, że jestem w stanie sama je naprawić przy użyciu metod manualnych, biorę.


Oprócz tego kupuję tylko to, o czym wiem, że NA PEWNO będę to nosić i mam z czym zestawić oraz idealnie na mnie leży.

Co oczywiście nie oznacza, że zachowuję zdrowy rozsądek (patrz dwa camelowe płaszcze). :)

*Ormianie są narodem wielu talentów i rzadko kiedy ograniczają się do jednej profesji. I tak na przykład moja teściowa jest kosmetologiem, psychologiem i robi piękne lalki, przyszły mąż jest dyplomowanym artystą-malarzem, aktorem, reżyserem i hobbystycznie naprawia komputery przy użyciu scyzoryka i zapalniczki, a znajoma studentka turystyki trenuje też skautów i uczy się wyrabiać srebrną biżuterię, dorabiając sobie przy okazji w biurze tłumaczeń.

czwartek, 22 września 2016

Narzeczony z importu, czyli jak przedstawić rodzinie przyszłego męża spoza UE


- O, znajoma pyta o formalności wizowe. Ej, a może ja to opiszę?
- Dobrze, tylko zaznacz, jak gościnna jest Unia Europejska dla ludzi spoza UE.

No to zaznaczam.

Ostatni miesiąc spędziliśmy w Polsce. Indianin poznał rodzinę, rodzina poznała Indianina. Ogólnie wszyscy wszystkich zaaprobowali i w ogóle było bardzo miło. Ale żeby było bardzo miło, musieliśmy się jeszcze bardziej wysilić.





Nie wiem, jak to jest możliwe, że UE z otwartymi ramionami chce powitać tysiące imigrantów z krajów Bliskiego Wschodu objętych konfliktem, a kiedy obywatel z chrześcijańskiego kraju, w którym od trzydziestu lat nie było zamachu, i w którym ludzie wciąż walczą z tym paskudnym Putinem, chce przyjechać z wizytą turystyczną, to trzeba sobie uchodzić nogi tak, że praktycznie włażą do dupy i wystają potylicą (pardą maj frencz). Pozwólcie, że pokrótce opiszę wymogi, z jakimi muszą borykać się przedstawiciele tak zwanych krajów partnerskich. Chociaż w moim słowniku takie partnerstwo nazywam raczej Syndromem Sztokholmskim.

Kork I - rodzice, chcę, żebyście poznali przyszłego męża

Załóżmy, że ma się miłą, normalną, wykształconą i pozbawioną uprzedzeń rodzinę, która wie, że kobiety w Armenii nie siedzą w domach i nie noszą hidżabów. Punkt dla nas. Wygraliśmy życie. Można zacząć starać się o Wysłanie Zaproszenia. W celu pozyskania Zaproszenia udałam się do biura imigracyjnego w moim mieście, przedstawiłam sprawę, przedstawiłam powód, zapytałam o sposoby rozwiązania problemu. I dowiedziałam się, że żeby zaprosić obcokrajowca z krajów Syndromu Sztokholmskiego muszę przedstawić akt własności lokalu, w którym obcokrajowiec będzie przebywał oraz posiadać chyba 5000 złotych na koncie, żeby go godnie podjąć, a także wykazać, że mam go za co odesłać. Kwota na bilety powrotne wynosiła chyba około 2000 złotych polskich. Trochę się zafrasowałam, bo z pewnych źródeł wiem, że do Armenii da się dolecieć za 450 złotych, jeżeli upieramy się na lot bezpośredni do Erywania, a za jeszcze mniej, jeżeli nie przeszkadzają nam trudy i niewygody podróży z lotniska w gruzińskim Kutaisi. W tym miejscu zaczęło się kombinowanie i ostatecznie stanęło na tym, że zaproszenie wyśle przyszła teściowa, a prywatnie moja Mama. W tym jednak przypadku zgodę na wysłanie zaproszenia musiał wyrazić współmałżonek, a prywatnie mój Tata, który na szczęście nie miał problemów z egzotycznym zięciem. Wniosek o zaproszenie został wypełniony, zaproszenie (po wcześniejszym sprawdzeniu przez panie w biurze, gdzie do cholery leży ta Armenia) zostało wydane, a następnie wysłane. Pocztą tradycyjną oczywiście, bo po co ma być łatwiej, skoro może być trudniej. O dziwo, zaproszenie doszło w niecałe dwa tygodnie, a kiedy dojechałam do Armenii w czerwcu mogliśmy rozpocząć Starania O Wizę.

Krok II - droga Ambasado, daj się zalogować

Starania o wizę zaczęliśmy od wizyty w Ambasadzie RP, gdzie powiedziano nam, że musimy się zapisać na spotkaniu przez formularz internetowy. Hura! Cywilizacja! Prawie. W wyznaczonym terminie weszłam na stronę, otwarłam sobie formularz (dostępny jedynie po polsku i rosyjsku, bo po co Ormianom formularz w wersji ormiańskiej) i zaczęłam go wypełniać. W końcu po godzinie formularz wypełniłam i szczęśliwa kliknęłam "zapisz" czy tam "prześlij". I, za przeproszeniem, cytra*. Komunikat na stronie poinformował mnie, że na wypełnienie formularza miałam 40 minut, a teraz to się mogę cmoknąć w wizę. Przepełniona uczuciami patriotycznymi wyładowałam frustracje na kocie, a potem odczekaliśmy odpowiednią ilość czasu i, już pomni ograniczeń, wypełniliśmy formularz po raz drugi. Udało się! Możemy iść do ambarasady!

Krok III - prawie jak w domu

Spotkanie było wyznaczone na 12, więc po odczekaniu przepisowych dwóch godzin w końcu doczekaliśmy się swojej kolejki. Ruszyliśmy do ambarasady uzbrojeni we wszelkie niezbędne i zbędne dokumenty, takie na przykład jak akt własności mieszkania, paszport, ormiański dowód osobisty, wyciąg z konta świadczący o tym, że Indianin ma w Polsce za co hulać (i tutaj pytanie, po co w takim razie zapraszający musi przedstawiać, że ma za co gościa utrzymywać? Żodyn nie wie), hara... znaczy się, gotówkę na opłacenie prac biurowych, bilety lotnicze, najlepiej w obie strony i szeroki, szczery uśmiech. Po pobraniu odcisków palców od Indianina (szczerze to czekałam też na mugshot, ale się nie doczekałam) oraz wypytaniu nas o przebieg znajomości i cel wizyty w Polsce pan pracownik oznajmił, że wiza będzie albo nie będzie wydana do siedmiu dni. Oczywiście opłata manipulacyjna nie podlega zwrotowi.

Krok IV - no to czekamy

Jak łatwo się domyślić, udało się. Przy wjeździe do Cywilizowanego Kraju Indianin spędzał na bramkach dwa razy więcej czasu, niż ja, ale ostatecznie dotarliśmy na lotnisko w Katowicach. Na odchodnym miła pani celnik sprawdziła jeszcze, czy Indianin ma wykupiony bilet powrotny (wyglądało to tak, że musieliśmy się zalogować przy okienku na mojego maila i go pani pokazać), a po tych perypetiach ostatecznie zezwolono nam na przekroczenie granicy.

Wciąż uważam, że byłoby łatwiej i taniej, gdyby Indianin postarał się o status uchodźcy, ale trochę mu było głupio.

*
Dialog o poranku:
Kasia: Atrybut Erato?
Aga: *szybkie sprawdzanie wikipedii* Kitara, albo cytra.
K.: To cytra, bo kitara się nie zmieści. A nie, cytra też się nie zmieści.
A.: No to ch*j.
K.: O, ch*j się zmieści. <3

UPDATE

Szczypta formalności zamieszczonych w komentarz przez Kinię:

Może się komuś przyda:
Tutaj formalności: 
Czas na wydanie zaproszenia to 4 tygodnie, ale udaje się nawet w mniej niż 2 tyg.
Oprócz zgody współmałżonka trzeba mieć zaświadczenie o jego przychodach, albo wliczyć go do tych 515 zł, doliczyć też trzeba osoby studiujące i niepracujące. 
Zaproszenie można wysłać priorytetem poleconym, koszt ok.16 zł.

sobota, 17 września 2016

Pięć rzeczy, o których chciałabym wiedzieć przed wyjazdem na Erasmusa


W październiku ubiegłego roku udałam się na spotkanie organizacyjne dla potencjalnych erazmusów. Spotkanie okazało się być właściwie czymś w rodzaju propagandowej nagonki, gdzie byli erazmusi zapluwali się z radości i ekscytacji z powodu odbytego wyjazdu. Sporo anegdotek, zero konkretów. Trochę zniesmaczona wróciłam na zajęcia po to, żeby cztery miesiące później wsiąść w autobus relacji Kraków - Budapeszt i pojechać po swoją część przygód do Rumunii. Gdzie zderzyłam się z rzeczywistością, która mogłaby być nieco mniej szara, gdyby na spotkaniu ktoś powiedział o tym, że:

Fot.

1) Jeżeli chcecie jechać na Erasmusa, a nie chcecie przepłacać za wynajem pokoju na mieście, to już w listopadzie powinniście poinformować swój goszczący uniwersytet, że byłoby fajnie, gdyby wam przydzielił miejsce w akademiku. Dzięki temu zaoszczędziłabym jakieś 160 euro i nie musiałabym oglądać każdego leja po dziesięć razy (1 lei = 1 złoty).
2) Jeżeli nie chcecie oglądać każdego leja po 10 razy, dobrze byłoby sobie dorobić do stypendium. Przykładowo w Rumunii, zakładając, że mielibyście ten akademik, kwota, jaką przeznacza się studentom (około 1140 euro w moim przypadku) powinna całkowicie wystarczyć na studenckie życie, ale już nie na wojaże i grubsze hulanki. Ja na przykład dorabiałam sobie pisząc artykuły, dzięki czemu byłam w stanie nie umrzeć z głodu i dwa razy polecieć do Armenii, ale do picia pozostawało mi już najtańsze wino, a do jedzenia chleb ze smalcem (swoją drogą chciałam ten chleb wymienić na kaszę jaglaną, bo myślałam, że skoro narodowym rumuńskim daniem jest mamałyga, to ta kasza będzie dostępna nawet w kiosku z gazetami, ale nieco się przeliczyłam :c).
3) Chodźcie na zajęcia - serio. Jeżeli wykładowcy będą was widzieli na każdych zajęciach, to pomyślą sobie, że jesteście tacy zdolni i wam zależy, co przełoży się na ładne wyniki, nawet jeśli waszym językiem wykładowym jest francuski, którego wszyscy wasi kostudenci uczą się od przedszkola, a wy od dwóch lat. Czy coś. Ja akurat na zajęcia chodziłam, ale sporo osób mi się dziwiło, bo przecież byłam na Erasmusie. 
4) Przede wszystkim zaprzyjaźnijcie się z lokalsami. Gdyby nie dwie cudowne, rumuńskie dziewczynki, nie wiedziałabym o żadnym egzaminie, zadaniu, terminie oddania prac. Inni erazmusi, chociaż może bardziej rozrywkowi i zorientowani na melanż, raczej nie pomogą wam bezboleśnie zakończyć semestru.

Fot.
5) Nie wpadajcie w panikę - na erazmusie miałam masę problemów ze strony i własnej uczelni, i goszczącej. Dość powiedzieć, że jeden egzamin musiałam zdawać przez skypa, kiedy byłam w Armenii, a ostateczną listę ocenę dostałam tydzień temu. Ale wszystko dało się załatwić. Nie wiem, czy to dzięki punktowi trzeciemu, czy dzięki temu, że oficjalne maile pisane we francuskim są tak grzeczne, że nie da się na nie odpowiedzieć negatywnie, grunt, że się udało. Niestety, co z tego stresu schudłam, to już odzyskałam. :c

Ale jeżeli ktoś się zastanawia, to doświadczenie jak najbardziej polecam. Po pierwsze, można się nauczyć tanio podróżować po Europie, po drugie - nieco się, pardą, odpierdołowacić, po trzecie - nabyć biegłości w pisaniu oficjalnych maili. No i schudnąć.

wtorek, 30 sierpnia 2016

"Aby język giętki wyraził wszystko, co pomyśli głowa" - czyli o tym, jak wygląda komunikacja, kiedy w związku występuje więcej niż jeden język

Jako polonistka bardzo długo nie wyobrażałam sobie związku z kimś, kto mówiłby w innym języku. Pisząc inny język - miałam na myśli angielski, bo tylko tym w owym czasie komunikatywnie władałam.
Rozpocząwszy studia romanistyczne perspektywa odrobinę mi się zmieniła. Akademicki sposób przyswajania nowego systemu ujawnił, że nierodzimy użytkownik języka też może się go nauczyć na poziomie, który pozwoli wyrazić wszystko, co pomyśli głowa. Nie zmieniało to jednak faktu, że potencjalny związek z obcokrajowcem wciąż uważałam za możliwy jedynie wtedy, kiedy druga osoba byłaby, pardą maj inglisz, native speakerem. 

Zresztą Wilde, albo ktoś inny, powiedział kiedyś, że najlepiej uczyć się dobrych manier poprzez sypianie z dobrze wychowaną kobietą. Dlaczego w przypadku nauki języków ta zasada miałaby się nie sprawdzić?

W styczniu pojechałam do Gruzji i wszystkie moje przemyślenia okazały się być psu na budę. I to nawet nie jakąś wypasioną budę.

Ani ja, ani Indianin nie mamy dyplomu z anglistyki. Co więcej, Indianin angielskiego na serio zaczął się uczyć 
jakiś rok temu, co wcale nie przeszkadza mu czasami mnie poprawiać. 



Nie mamy najmniejszego problemu z komunikacją czy powiedzeniu sobie wszystkich mniej lub bardziej miłych rzeczy, których akurat wymaga od nas sytuacja. Momentami, jako że Indianin doskonale zna rosyjski, robimy coś w rodzaju słowiańskiego esperanto i też działa. 

Jak jesteśmy bardzo źli, to krzyczymy na siebie w rodzimych językach, co zdarzyło się może ze dwa razy (przy czym po ormiańsku nawet słowo "widelec" brzmi, jakby mogło wyprawić w morze tysiąc wojennych okrętów), a potem ewentualnie tłumaczymy, o co nam chodziło. Tak samo z rzeczami miłymi (ormiański potrafi brzmieć naprawdę ładnie, pomimo czterech rodzajów "r"*).

Podsumowując, jak człowiek stojący za barierą językową jest tym jedynym, to ta bariera jest właściwie barierką, przez którą można bez problemu przejść nawet w szpilkach i spódnicy.


*Indnian, poproszony o konsultację, bardzo się oburzył i stwierdził, że oni mają tylko dwa rodzaje "r", ale ja tam swoje słyszę.

P.S. Co do odbułowywania - proces wciąż trwa, tylko że z powodu niemocy fizycznej spowodowanej dużą ilością chodzenia i jeżdżenia przerzuciłam się na moją ulubioną, irracjonalną dietę.

piątek, 5 sierpnia 2016

O próbach odbułowania (4) i (5)

Kochany pamiętniczku - nie było wpisu, znaczy się, nie było ćwiczeń. Trochę dlatego, że wygrała moja wewnętrzna bułowatość, a trochę dlatego, że wędrując ulicami Erywania prawie udało mi się skręcić nogę na prostej drodze oraz urwać komuś lusterko od auta z tego powodu. Przynajmniej Indianin zrozumiał, czemu nigdy, ale to nigdy nie powinnam nosić szpilek (co nie znaczy, że nie noszę. Noszę, ale dla dobra społeczeństwa staram się to ograniczać).

Za to dzisiaj, kiedy już stwierdziłam, że noga działa, zrobiłam nie tylko Jillian, ale również, uwaga, dodatkowe rozciąganie (po którym nie byłam w stanie utrzymać filiżanki z kawą, ale to tak na marginesie).

Może napiszę kilka słów o tym rozciąganiu.

Otóż kiedy w Rumunii powoli osuwałam się w odmęty niepełnosprawności zaczęłam w lekkiej panice poszukiwać czegoś, co pozwoliłoby mi odrobinę powstrzymać ten proces. Wymogi były dwa - bez ciężarków, bo umówmy się, jadąc z dwoma przesiadkami do Cluj ciężarki były ostatnią rzeczą, jaką miałam ochotę ze sobą pakować, oraz bez skakania - bo mieszkanie w bloku, a drugą ostatnią rzeczą, na jaką miałam ochotę, było tłumaczenie sąsiadom łamanym, romantycznym esperanto, dlaczego im żyrandol spadł. Zaczęłam od Yoga Meltdown Jillian, które znałam wcześniej i lubiłam, ale wytrzymałam jakieś dwadzieścia minut, po czym osunęłam się na dywan nawet nie klnąc i nie złorzecząc, bo zwyczajnie nie miałam na to siły. Postanowiłam zatem poszukać czegoś krótszego i mniej dającego w kość. I tak oto trafiłam na kanał Boho Beautiful.

Cała ta słodko-pierdząca otoczka średnio do mnie przemawia, bo jestem bardziej zwolenniczką magii w wydaniu Wiedźmina, niż kucyponków, ale ćwiczenia, które zapodaje dziewczyna, są naprawdę super. I są krótkie, więc nawet, jak po dziesięciu minutach całe życie przelatuje mi przed oczami i rozmyślam o śmierci, to widząc na pasku, że do końca zostało pięć minut, zagryzam zęby i wytrzymuję.

Coś w tym stylu. No to już wiadomo, czemu nie ćwiczę z Chodakowską.

No a dziś po Jillian postanowiłam zrobić sobie dziesięciominutowe rozciąganie do szpagatu (filmik poniżej), nawet nie po to, żeby zrobić szpagat, ale dlatego, że to rozciąganie, które robi Jillian po ćwiczeniach, to jest taki trochę śmiech na sali.


Problemem BB jest niestety to, że nie tłumaczy, jak poprawnie wykonywać ćwiczenia - ja po pięcioletniej przygodzie z baletem i innymi sportami (w tym krótkim acz intensywnym romansie z jogą) mniej więcej wiem, jak i co, ale jeżeli ktoś chciałby zacząć rozciąganie od zera, to chyba nie polecam. Tym, co nie zaczynają od zera, polecam z całego serca. I resztę programów BB też.

EDIT  07.08 i 08.08

Wczoraj były ćwiczonka, ale nie było wpisu (z powodu braku internetu), a dzisiaj nie było ćwiczonek, ale nadrabiam wpis (chociaż, kochany pamiętniczku, przez dwie godziny nosiłam i sprzątałam, czy to się liczy jako aktywny rest day?).

Wczorajsze ćwiczonka odbyły się w trudnych warunkach, ponieważ jedyny w miarę płaski kawałek podłogi, który mam do dyspozycji, jest właściwie placem budowy. Jillian odpadała, wpadła za to BB. Z powodu braku czystej podłogi, trening wykonałam na drzwiach od szafy. Niespecjalnie szerokich, więc do normalnego wysiłku doszła jeszcze stabilizacja.

I to tyle na dzisiaj, bo jutro powrót na ojczyzny łono, więc muszę ogarnąć i w ogóle. 

wtorek, 2 sierpnia 2016

O próbach odbułowania (3)

Kochany dzienniczku, na początku chciałam się poskarżyć, że mój kot jest opętany i jeszcze chwila, a wyleczy mnie z całej miłości do kotów. Ale o czym to ja... A, już wiem. Jest wpis, zatem - trening się udał. A raczej udało się zrobić trening.

Szczerze mówiąc, to już mnie trochę ten program zaczyna nudzić, ale będę twarda i się nie dam (a jak się wkurzę to zmienię :P). Na razie bezsensowne (moim zdaniem) boksowanie w powietrze zastąpiłam sobie gingą, a pompki damskie - uwaga, werble - męskimi! No ok, częściowo męskimi, ale już więcej tych męskich niż damskich. Jak nietrudno się domyślić, nie chciało mi się strasznie, ale wizja wspomnianych wczoraj mocno dopasowanych szortów z podwyższonym stanem podziałała mobilizująco. Zaczynam też poważnie rozważać zwiększenie ciężarów, ale przy niektórych ćwiczeniach wciąż odpadają mi ramiona, więc to wciąż pieśń przyszłości.

A na koniec jeszcze się pochwalę - Indianin dostał wizę, więc już nie stoi na przeszkodzie powrotu na łono ojczyzny. :D Swoją drogą to przy tych wizowych formalnościach człowiek nagle zaczyna doceniać bycie częścią UE i odczuwa błogie ciepło w sercu na myśl o kraju lat dziecinnych... To tego, dobranoc. <3


poniedziałek, 1 sierpnia 2016

O próbach odbułowania (2)

31.07) Co się polepszy, to się popieprzy - zamiast Jillian czyściłam podłogę ze starego parkietu (a myślałam, że wyjazd do Armenii ochroni mnie przed klątwą corocznego remontu :c). Wróciliśmy późno, na drugi dzień mieliśmy umówioną wizytę w ambasadzie, więc stwierdziłam, że dwugodzinne noszenie klepek i skrobanie tapety ze ściany będzie mi musiało wystarczyć za aktywność fizyczną. Nie poddaję się jednak i skończę ten pierwszy, dziesięciodniowy poziom, nawet jeśli zajmie mi to miesiąc!

A tutaj przedstawiam moją nową ormiańską miłość, czyli drożdżówki z wołowiną (czyli pirożki). <3 Dwie takie buły, kwas chlebowy i można siedzieć pół dnia w ambasadzie. :D

01.07) Po spędzeniu romantycznych dwóch godzin w kolejce w ambasadzie i przejściu połowy Erywania na piechotę nie chciało mi się. Negatywnie na moje morale wpłynął również zakup szortów z podwyższonym stanem, dzięki którym odkryłam, że wcale nie jestem tłustym blobem, tylko zwykłym blobem. Ostatecznie o moim sportowym sukcesie w dzisiejszym dniu zadecydowały... Lody (ot pokrętna kobieca logika). Cel osiągnięty. Jillian zrobiona! Jeśli utrzymam to tempo, to uporam się z tym dziesięciodniowym programem w niecałe trzy tygodnie! Juhu!

P.S. W końcu dorosłam do tego, żeby założyć Instagram, więc zapraszam! Wciąż jednak jestem za stara na Snapchata (no nie czaję i już).



Zabraklo lawek. #yerevan #armenia #summerday #summerdress #mrut

Zdjęcie zamieszczone przez użytkownika Agnieszka Rola (@rola_kirakosyan)

sobota, 30 lipca 2016

O próbach odbułowania

Raz czytałam, że jak się czymś człowiek pochwali w Internecie, to mu rośnie motywacja. Potem znów, że lepiej się nie chwalić, że się chce coś zrobić, tylko rezultatem. Postanowiłam wyciągnąć z tego jakąś medianę i stwierdziłam, że będę się na bieżąco chwaliła rezultatem.

Przez mój wyjazd na Erasmusa strasznie zciastowaciałam. Przed Erasmusem miałam ściankę, miałam capoeirę i ogólnie było fajnie. Potem zaczęły mi się wyjazdy - Łotwa i Gruzja, potem się pochorowałam, potem miałam sesję, a potem pojechałam do krainy wina i wampirów.

Plan był taki, że wciąż będę aktywna. Niestety, wysokość stypendium, koszty biletów na trasie Cluj - Erywań oraz moje zarobki wykluczyły mnie ze wszelkich form aktywności zorganizowanej. Wszelkie formy ruchu ograniczałam do robienia 5-6 kilometrów dziennie (w tym jakiś dwóch pod jebutną górkę). Miałam krótki zryw w postaci prób ćwiczenia yogi, ale moje w miarę regularne usiłowania przerwała koleżanka, która przez tydzień koczowała u mnie na dywanie. No a potem wypadłam z rytmu i tego, no wiadomo. 

Tyć nie tyłam, wręcz chudłam, bo jako osoba szczerze nieznosząca gotować żywiłam się byle czym byle szybko. Niestety, chudłam z mięśni. 

Potem przyjechałam do Armenii i przestałam chudnąć, bo i moja przyszła teściowa, i wszystkie jej koleżanki  (sąsiadka z dołu przyniosła mi obiad. Czaicie? SĄSIADKA.) działają w trybie naszych polskich babć (jeśli wiecie, o co mi chodzi). Dodatkowo w Armenii odkryłam ciasteczka, do których prawdopodobnie dosypują kokainę, bo spokojnie byłabym w stanie wciągnąć kilo sama, a powstrzymuje mnie przed tym jedynie resztka zdrowego rozsądku. Do tego doszła dość znaczna utrata jędrności wszystkich części ciała iii... postanowiłam coś z tym zrobić.



Podsumujmy; styczeń - okaz zdrowia, któremu w końcu udało się skończyć trasę, do której podchodził miesiąc, koniec lipca - buła. Serio buła. Postanowiłam się zatem odbułować mierząc siły na zamiary i sięgnęłam po (nie)sławnego shreda Jillian Michaels. Raz robiłam do niego podejście i się rozczarowałam, bo poziom trudności był taki, jak rozgrzewka na capoeirze. Ale to było cztery lata temu, kiedy tydzień bez przynajmniej trzech treningów był tygodniem relatywnie nieudanym. W celu narzucenia sobie motywacji postanowiłam po każdym treningu opisać moją wewnętrzną walkę oraz pochwalić się światu, że ZROBIŁAM. Wbrew wewnętrznej bule, ormiańskiemu latu i kotu, który ciągle myśli, że chcę się z nim bawić.



Lvl I 1 28.07) Wyciągnęłam spod łóżka Indianina gryfy do sztangielek, w przypływie rozsądku ściągnęłam z nich talerze, zamiast brać po 10 kilo na łapę (i mądrze zrobiłam). Założyłam topik sportowy, odpaliłam Jillian i... I odkryłam, że pół roku bez ćwiczeń uczyniło ten program czymś więcej, niż przeciętną rozgrzewką na capoeirze (damskie pompki jprdl). Może to nie była tylko moja nędzna kondycja, może to 35 stopni w ormiańskim cieniu, może to PMS, może wróżka zębuszka... Niemniej pół godziny później leżałam na ziemi, przeklinając i pocąc się obficie, i tylko kot sprawdzał, czy już jestem martwa i może rozpocząć konsumpcję. I wtedy zorientowałam się, że jest źle.

29.07) Zakwasy. Z treningiem się nie wyrobiłam, ale za to poskrobałam sobie tapetę ze ściany, więc możemy nazwać to aktywnym wypoczynkiem.

Garibaldi motywujące (wciąż nie wiem, jaka to płeć) do działania.

LVL I 2 30.07) Nie chciało mi się. Zakwasy dalej dawały mi w kość. Kot poszedł spać i mnie demotywował. Zaległe zlecenia przypominały nienachalnie, że są zaległe... Ale miałam wolny dom, miałam wszystko pod ręką, więc stwierdziłam że i tak (poza zleceniami) nie mam nic lepszego do roboty. I zrobiłam to. I jestem z siebie dumna.

CDN...

niedziela, 10 lipca 2016

Gyumri, ponczik monczik i ormiański Śminugs-Dyngus

Kochany pamiętniczku. W trochę bardziej minioną niż minioną sobotę, w ramach rozruchu, pojechaliśmy do Gyumri, czyli drugiego największego miasta w Armenii.
Do  '88 roku Gyumri było ważnym ormiańskim ośrodkiem kulturalnym. W '88 jednak spora część miasta została zniszczona przez trzęsienie ziemi. Gorbaczow obiecał, że odbudują, ale wiadomo, że jak Rosja coś obieca, to obieca.
Ratusz i coś w stylu rynku wikipedia.
Pobyt w Gyumri (niecałe dwa ojro za trzygodzinną podróż zabytkowym pociągiem) zaczęliśmy od wizyty w jednej z najstarszych ormiańskich restauracji, złożonej w latach '50. Powiem tak - czuć było klimat. Chociaż lekko zaskoczyło mnie menu w języku angielskim (wydrukowane na zwykłej kartce i wsadzone w koszulkę, ale zawsze). Według angielskiej wersji menu mogłam zamówić na przykład "cheese with tail" albo "eggplant, paper, tomato". Postanowiłam nie ryzykować i wzięłam kebab. Ciekawostką dotyczącą tych restauracji jest również brak ustalonych cen, w związku z czym rachunek zawsze jest swego rodzaju niespodzianką.
Tu jedlim, źródło wikipedia.
Do Gyumri pojechaliśmy głównie z powodu koncertu erywańskiej grupy Rozen Tal, więc miałam okazję zobaczyć, jak ormiańska alternatywa się bawi. Szczerze mówiąc, to trochę się rozczarowałam, bo niczym się to nie różniło od polskiej alternatywy, ale sam klimat imprezy - koncert w dużym domu zaaranżowanym na coś w rodzaju klubu, był całkiem spoko, nawet jeśli z powodu bycia jedynym przybyszem z zewnątrz czułam się lekko wyalienowana.
W niedzielę okazało się, że Ormianie obchodzą coś w rodzaju Lanego Poniedziałku, czyli polewają się wiadrami z wodą ze względów religijnych (tylko że z okazji Przemienienia Pańskiego). Wyszliśmy na spacer po 11, zjedliśmy śniadobiad, wypiliśmy kawę, uznaliśmy, że wracamy i jakieś piętnaście minut później byliśmy całkowicie mokrzy. Święto nazywa się Wardawar (kocham ormiański, bo wszystko w tym języku brzmi jak imię dla Uruk-haia <3). Więcej można o nim poczytać tutaj. Kwiatów nikt mi nie dał. :c
Kiedy trochę obeschliśmy, ormiańska koleżanka stwierdziła, że idziemy zjeść "ponczik monczik". Nie oponowałam, no bo JAK można nie skorzystać z okazji, żeby zjeść coś, co się tak nazywa? Poncziki moncziki okazały się być odmianą pączków. Wizualnie właściwie niczym nie różnią się od naszych słodkości, są jednak większe i składają się z dwóch skorupek, wypełnionych nadzieniem. Najwięcej problemu miałam z ugryzieniem ponczika, jak się okazało, ciastko trzeba spłaszyczyć używają dwóch palców. Oczywiście nikt mnie nie poinstruował co do techniki, więc wszystko było w cukrze pudrze. Polecam. :D

Wreszcie jakieś własne. :D


A w najbliższych planach Sewan. <3

Więcej zdjęć można zobaczyć nigdzie, bo jestem za młoda na śmierć, i za stara na snapchata (cokolwiek to jest), a instagram nie działa na blackberry.

środa, 8 czerwca 2016

"Sesja sesją..." - czyli rzecz o ulubionych serialach

Siedzę, uczę się na mój ostatni, erazmusowy egzamin (Langue Française Contemporaine, stopień trudności mogę porównać do gramatyki opisowej. Po francusku. Chociaż właściwie zdawałam gramatykę opisową po francusku i nawet ją zdałam, i to dwa razy, więc już nie wiem, do czego to porównać, po prostu mi uwierzcie, że jest to tak ciężkie, że egzamin mam za osiem dni, a zaczęłam przedwczoraj), i tak mi przyszło do głowy, że w przerwie pomiędzy jednym zestawem slajdów z ćwiczeniami a drugim, opiszę moje ulubione seriale. Materia jest trudna, gorycz wręcz się we mnie gotuje, więc co mi tam, będę draniem i namącę trochę w nauce do sesji, dostarczając co poniektórym wymówek. Oto przed Wami lista tytułów, które mnie całkowicie uwiodły:



1) Peaky Blinders - czyli historia irlandzkich Cyganów, którzy trudnią się działalnością przestępczą. Całość dzieje się w okresie międzywojennym, czyli w czasach tak zwanej bohemy. Wciągająca fabuła, dużo krwi, trochę guseł i Cilian Murphy w kaszkiecie. Do tego dochodzi fantastyczny wręcz soundtrack. Nie wiem, czego można chcieć więcej. Jak na razie wyszło trzy sezony, każdy sezon ma sześć godzinnych odcinków, więc nie jest najgorzej. Za dzień da się wszystko ogarnąć. Minusem może być to, że twórcy prawdopodobnie w życiu nie widzieli Cygana, ale jak się postanowi zignorować nieścisłości etniczne, serial można ocenić 10 na 10. Chociaż trochę się odkochałam w Cilianie po tym, jak odkryłam, że ma takie trochę kacze nóżki. :(



2) Flesh and Bones - czyli generalnie serial o psychotycznych baletnicach. Baletem parałam się przez pięć lat będą w wieku dziecięcym i od tamtej pory wciąż żywię do  niego dużo uczuć. Mieszanych. W serialu jest wszystko; przede wszystkim doskonała choreografia (Black Swan może wracać kolebiącym krokiem do swojego bagienka. Od premiery minęło sześć lat, a ja wciąż czuję w ustach gorycz rozczarowania, kiedy przypominam sobie nieporadne próby ukazania tańczącej Portman), cała menażeria pokręconych balerin ze wszelkimi możliwymi zaburzeniami, ruska mafia i kazirodztwo. Dodatkowym atutem produkicji jest to, że ma tylko jeden sezon. GE-NIAL-NE. Nawet jeśli nie łączy Was z baletem coś w stylu love-hate relationship. A kwestia "She's ballerina. That's her eating disorders!" (czy jakoś tak) jest doskonałym podsumowaniem wszystkiego.



3) Awkward - czyli coś w rodzaju mojego serialowego guilty pleasure. Serial bawi i wkurwia, tak mogę to określić. Z główną bohaterką czasami całkowicie się utożsamiam, a czasami mam ochotę wytargać ją za włosy. Seria jest już, niestety, trochę długaśna, ale za to odcinki mają po dwadzieścia minut. Jeżeli lubicie seriale o amerykańskich liceach, które są nieco ambitniejsze od Gossip Girl (nie-rozumiem-fenomenu), Awkward powinno zagrzać miejsce w Waszych serduszkach. Nawet jeśli wciąż uważam, że powinno skończyć się po trzecim sezonie. Serio.



4) Preacher - czyli kolejna ekranizacja komiksu. Rzecz jest świeżutka, bo ma dopiero dwa odcinki, ale wygląda na to, że będzie dobrze. Historię komiksową znam pobieżnie, co, szczerze mówiąc, poczytuję sobie na plus, bo prawdopodobnie w innym przypadku już bym się zapieniła, że Tulip jest ciapata, a Cassidy brunetem, a tak? "A oto, drogie dzieci, jak robimy bazukę". Jeżeli ten tekst kogoś nie przekonuje, to prawdopodobnie zrobi to irlandzki wampir-alkoholik. Jeżeli nie zrobi tego irlandzki wampir-alkoholik, to prawdopodobnie nie ma dla tego kogoś ratunku. Zdecydowanie coś dla fanór Constantine i Supernatural (a tak swoją drogą to wiecie, że powstał serial o Constantinie, ale jest tylko jeden sezon, bo Supernatural zerżnął prawie wszystkie wątki z komiksu i nie było sensu kontynuować? Ja jestem oburzona). Zdecydowanie nie polecam osobom, które posiadają jakiekolwiek uczucia religijne. Jedyne, co mnie w tym serialu wkurza, to południowy akcent. Nienawidzę południowego akcentu.

To ja wracam do moich synonimów, a Wam życzę miłej nauki. :3

poniedziałek, 6 czerwca 2016

Jakich głupot brakuje mi w Rumunii

Wiadomo, że na obczyźnie prędzej czy później dopada nas tęsknota za krajem lat dziecinnych. Chociaż w moim przypadku mam tyle innych tęsknot, że tęsknota za krajem jako takim, z jego KODem, PiSem i całą resztą absurdów, w których się nie orientuję, bo nie śledzę (spytajcie mnie za to o konflikt w Górnym Karabachu, odpowiem nawet obudzona w środku nocy), dotyczy mnie średnio o ile nie wcale. Przykro mi to mówić, ale pomijając ogromną tęsknotę za rodziną, to wcale mnie do tej Polski z powrotem nie ciągnie. Fakty są takie, wrócę tam dopiero 15. lipca, ponieważ wcześniej czeka na mnie znów Różowe Miasto. No chyba, że coś się po drodze popieprzy ze wspomnianymi już Górnym Karabachem i mi zamkną granice, ewentualnie coś się popieprzy w całej Europie i nie wyjadę nawet z Rumunii. Ale o czym to ja...

A, no właśnie, czego mi brakuje siedząc na tej dobrowolnej zsyłce, znanej powszechnie jako Erasmus?

1) Szmateksów - dobrych polskich szmateksów z dniami "wszystko za złotówkę", gdzie bez większego problemu mogłam upolować jedwabną bluzkę z Esprite czy spódnicę z Villi za ułamek stawki godzinowej najniższej średniej krajowej. Owszem, w Rumunii też są szmateksy, ale ceny w tych szmateksach w sumie niczym nie różnią się od tych, które ustalają sieciówki w czasie wyprzedaży. No a płacenie odpowiednika 15 złotych za koszulkę przepoconą pod pachami jakoś mnie nie cieszy.

O, na przykład tutaj, WSZYSTKO jest ze szmateksu (oprocz butów, których nie widać
i bielizny, której też nie widać), fot. Klipiec

2) Polskich kosmetyków - w Cluj jest DM, ale, szczerze mówiąc, mekka blogerek dość mocno mnie rozczarowała. Kupiłam tutaj jeden krem ze spiruliną w sklepie z naturalnym wszystkim, ale wciaż nie udało mi się ustalić, czy mnie uczula czy nie (może powinnam w ogóle popełnić wpis o tym, jak uratowałam twarz po tym, gdy moja cera wykazała totalny brak akceptacji dla rumuńskiej wody...). W Rumunii chyba mnie uczula, a w Armenii chyba mnie nie uczula. No w każdym razie brakuje mi Rossmanna z płynem Facelle za śmieszne pieniądze i linią Babydream, brakuje mi kosmetyków z fitomedu i możliwości zamówienia ulubionego hydrolatu, ewentualnie posłania siostry do krakowskiego Kosmyka czy innego Pigmentu.
Całkiem serio, jak myślę o naszych kosmetykach,
to odczuwam głęboki patriotyzm. Fot. wykop.pl


3) Cydru - kocham cydr. Cydr to taki gatunek alkoholu, który świetnie smakuje w upał i który pije się wtedy, kiedy na drugi dzień trzeba prowadzić. W Polsce w głupim Al Caponie można znaleźć jakieś pięć rodzai cydru ze składem który nawet diabetykowi by się spodobał. Tutaj jedyne, co udało mi się znaleźć to Strongbow oraz Sommersby. No ja wszystkich bardzo tego, ale oranżadę z piwem to sobie mogę sama zrobić i taniej wyjdzie. I pewnie mniej kalorycznie i cukrzycogennie. Najgorsze jest to, że w Armenii również tradycja cydrów praktycznie nie występuje, więc jeszcze sobie pocierpię.

Chciałam wrzucić zdjęcie naszego tarnowskiego AleCydru, ale nie ma więc dopóki marketingowcy się nie ogarną, będę robiła reklamę Miłosławskiemu, który też jest dobry i ma wariant gruszkowy.  Fot. stąd

4) Bagietki czosnkowej z Biedronki - i w ogóle Biedronki. Mam jakiś odpowiednik Biedronki koło domu, ale to się nie umywa do Biedronki. A bagietka czosnkowa z Kauflandu to marna podróbka bagietki czosnkowej z Biedronki. Tęsknię za bagietką czosnkową z Biedronki. :(

Jak ja tęsknię to Wy nawet nie... :C


A tak z innych to Wawel powinien zacząć mi płacić za popularyzację ich czekolady Tiki-Taki. Ma już rzeszę wiernych fanów i w Rumunii, i w Armenii, a ja czuję się jak dealer.

O, taki transport poleciał ostatnio ze mną do Armenii. Te ROMy też są niezłe (polecam z herbatnikami), ale według Indianina nie umywają się do Wawela. 

P.S. A tak w ogóle to zapraszam na mojego lookbooka prawdopodobnie w najbliższym czasie pojawi się tam coś ciekawego, bo Indianin lubi robić zdjęcia, a ja lubię, jak ktoś robi mi zdjęcia. ^-^

niedziela, 15 maja 2016

Studia, na co mi to


Chciałabym jakoś odpowiedzieć na uniwersalne pytanie "czy warto iść na studia". Ale nie odpowiem, bo to naprawdę sprawa jednostkowa. Po oglądnięciu drugiej części "Potworów i spółki" wydaje mi się na przykład, że w Ameryce nie warto, bo awans można tam sobie wypracować (no ale pisze to osoba, której wizje świata kształtują filmy animowane z Dreamworks, więc sugeruję nie traktować mnie jako autorytet, a raczej jako ciekawostkę).
Może u nas też, ale w sumie nie wiem, bo mam znajomych, którzy po kilku latach naprawdę ciężkiej pracy wciąż są tam, gdzie na początku. Patrząc na nich zastanawiam się, gdzie to roszczeniowe pokolenie Y. Bo na pewno nie w naszym kraju.

No to co robić - od razu iść do pracy, czy najpierw pobalować jeszcze pięć lat, ewentualnie dziesięć, za hajs rodziców?

Szczerze mówiąc - nie wiem. W moim rodzinnym domu kult edukacji był od zawsze bardzo silny, nawet pomimo tego, że raczej trudno nazwać mój ród z dziada pradziada inteligenckim. Niemniej w moim najbliższym otoczeniu wszyscy mają te dyplomy, najczęściej inżyniersko-magisterskie, co wskazuje jasno na fakt, że genetyka to dziwka i z jakiś względów mnie nienawidzi. Bardzo chętnie wymieniłabym którąś z moich rozlicznych, acz niezbyt przydatnych, umiejętności na zdolności do przedmiotów ścisłych, no ale się nie da (chociaż pocieszam się, że i tak biegłość rachunkową miałam zdecydowanie lepiej opracowaną, niż pewien znany mi student architektury, który nie radził sobie z mnożeniem i dzieleniem w pamięci).

Ale po tej przydługiej dygresji wróćmy do kultu edukacji - nacisk na nią u mnie był, "dziecko, idź na studia". Przy czym co niby miałabym studiować, było już sprawą drugorzędną. Ostatecznie wylądowałam na polonistyce, którą zresztą skończyłam, a potem kicha. Drugie studia. Całe szalone lata dwudzieste spędzone z nosem w książkaaaa.... Ok, na studiowaniu. W opinii opinii publicznej powinnam już od kilku ładnych lat piąć się po szczeblach kariery zawodowej, planować ślub/mieć męża i dwójkę dzieci oraz odkładać co miesiąc pieniądze na nową siedzibę NFZ, fundusz emerytalny. 

A co ja robię?

Siedzę w Rumunii i myślę o tym, jak w końcu zabrać się za pisanie drugiego licencjatu.

Czy żałuję? 
Hm... Trudne pytanie. Ale wiecie co? Nie żałuję, bo studia dały mi parę fajnych rzeczy. 

1) Wiedzę przydatną w rozwiązywaniu krzyżówek lub brania udziału w "1 z 10" - mała rzecz, ale cieszy.
Nie no, żartuję. Moje panie z dziekanatu były spoko. W sumie gdyby nie one, to bym studiów nie skończyła.
2) Bezcenne doświadczenie, jak radzić sobie z urzędnikami państwowymi - nigdy nie byłam zbyt pilną lub ogarniętą studentką, przez co w dziekanacie spędziłam zdecydowanie więcej czasu, niż bym chciała. Ale za to nauczyłam się pisać podania na niemal każdą okazję.

Ewentualnie: "To ja mam taki przedmiot? I egzamin z niego?"

3) Odkrycie, że nie ma spraw nie do załatwienia - no bo nie ma. Byłam w sytuacji, gdzie zostałam oblana dwa razy przez tą samą panią, u której zdawałam egzamin z pięknego przedmiotu znanego jako gramatyka opisowa (którą zresztą zdałam rok wcześniej na innej uczelni, tylko nie przepisali mi jej podczas zmiany alma mater). Koniec, pat, warunek albo komis - kiedy spytałam o egzamin komisyjny, miła pani, która mnie oblała, powiedziała, że musiałabym dowieść, że popełniła jakieś błędy w przeprowadzaniu egzaminu (złota kobieta, później wykształciłam w sobie w związku z jej osobą coś w rodzaju syndromu sztokholmskiego), a ona ich nie popełniła. Później chciałam, żeby wyraziła zgodę na zmianę egzaminatora, nie wyraziła. Cóż zatem zrobiłam? Poszłam do pani prorektor, która zgodę wyraziła. Opisówkę zdałam w końcu na 5 u innego prowadzącego. Po raz drugi zresztą (znaczy zdałam, bo notę krakowską przemilczę). Czego żałuję? Żałuję, że nie poszłam od razu do Kazia, szefa katedry, zapytać, czy by mi nie przepisał oceny, tylko zdałam się na opinię pani od różnic programowych. Czego zatem uczą studia? Nie bycia dupą wołową, szukania rozwiązań i wychodzenia z trudnych sytuacji. Bo jak ktoś wylatuje ze studiów, to znaczy to na ogół tyle, że sam bardzo tego chciał.
4) Silne przeświadczenie, że do ludzi należy mieć ograniczone zaufanie oraz że kiedy ktoś potrafi z pamięci wymienić wszystkie rodzaje leków antydepresyjnych wraz z ich skutkami ubocznymi to znaczy to, że kontakty z taką osobą należy ograniczyć, a już na pewno nie odpowiadać pozytywnie na jej propozycję wspólnego mieszkania. 
5) Zwyczaj trzymania awaryjnej butelki wódki w zamrażalniku - znaczy już go nie mam, ale moje życie osobiste ostatnio jest tak rozbrajająco nietuzinkowe, że planuję do tego wrócić. Bo to  był bardzo dobry zwyczaj.

No to idźcie i kształćcie się, albo nie kształćcie, tylko pracujcie, ale tak czy siak - nie żałujcie decyzji, bo nie ma czego. Coś z tego wyniesiecie. Choćby i traumę na resztę życia.

piątek, 13 maja 2016

Jak ugryźć rosyjski oraz kilka dodatkowych faktów o Armenii

A w tle Erywań. Taki sobie ten Erywań, ale góry ładne.
Kochany pamiętniczku, drugi pobyt na czymś w rodzaju Bliskiego Wschodu (geograficznie to ja przepraszam, ale sobie nie radzę. Geografię w liceum zaliczyłam tylko dlatego, że lubiłam chodzić po górach) za mną, nadeszła zatem pora na kilka ciekawostek oraz jedną poradę praktyczną.

Ciekawostki:

1) Po przyjechaniu do Cluj miałam koszmarne problemy z cerą. Jeszcze gorsze, niż miałam podczas studiowania w pięknym mieście Łodzi. Problemy były tak znaczne, że moja rodzona matka zobaczywszy mnie na skypie wykrzyknęła: "Dziecko, co ci się stało?!" (a jakość mojej skajpowej kamerki nie należy do najlepszych). Za to kiedy przyjechałam do Armenii - magia. Już w drodze z Kutaisi do Erywania moja cera zaczęła się poprawiać, a w samym Erywaniu no po prostu miejsce, gdzie plecy niemowlęcia kończą swą szlachetną nazwę, a nie twarz. Powód? - w całej cholernej Gruzji i Armenii z kranów płynie coś, co u nas się butelkuje w szkło i sprzedaje jako najbardziej wyszukaną mineralną. 

2) Ormiański chleb - za każdym razem, kiedy jestem w tamtych stronach świata, popełniam zbrodnię na spożyciu węglowodanów. Wszystko przez to, że Ormianie mają najsmaczniejsze pieczywo, jakie w życiu jadłam. Jeden chlebek jest okrągły i konsystencją przypomina coś w rodzaju naszej weki/bułki poznańskiej (ja wychodzę na pole, więc dla mnie to weka), tylko że ta konsystencja wygląda zupełnie inaczej. Żeby lepiej to zobrazować, pozwolę sobie na użycie opisu jednorożca z Na tropach jednorożca: "Jednorożec wygląda jak koń, tylko zupełnie inaczej". No i to jest właśnie ten chlebek, który wygląda jak chleb, tylko zupełnie inaczej. Jest przepyszny, doskonale wchodzi sam, a z dodatkami jeszcze lepiej. Jego ormiańskie imię brzmi matnakasz, co można przetłumaczyć "lżejszy niż palec". Z tym chlebem wiążę poważne plany matrymonialne. Znaczy plany wiąże z Indianinem, który twierdzi, że potrafi go zrobić. Drugim typem chleba, z którym miałam przyjemność się zapoznać, był lawasz. Lawasz wygląda na tortilla, a Indianin twierdzi, że ten chleb ma nieskończenie długą datę przydatności do spożycia. Coś jak chleb krasnoludów u Pratchetta, tylko nie pełni funkcji obronnej. Lawasz sprzedaje się w ogromnych płachtach, które można naładować właściwie wszystkim. Podobno wśród ormiańskich dziewcząt pełni on funkcję naszych wafli ryżowych, bo ma bardzo niską kaloryczność. Możliwe, ale jeśli zje się go takie ilości, jak ja, to podejrzewam, że kaloryczność zaczyna być sprawą drugorzędną.
2 b. Ładowanie węglowodanów poziom Armenia - w Armenii chleb serwuje się do ABSOLUTNIE WSZYSTKIEGO. Odmiana ormiańskich gołąbków? Oczywiście z dwiema miskami chleba. Smażona ziemniaczki? Z chlebem wchodzą lepiej. Sałatka ryżowa z surimi? Czemu nie jesz chlebka kochanie? Paleo nie ma szans.

Matnakash, fot. stond

Lawasz


3) Wybór trunków - o ile gruzińskie wino wzbudziło w zimie mój ogromny entuzjazm, o tyle o ormiańskim nie powiem nic, bo... Bo mają wyśmienite piwo. Próbowałam chyba dwóch albo trzech rodzai i każdy z tych rodzai był co najmniej bardzo dobry. Moje serce należy jednak niepodzielnie do ciemnej Kilikii.
Przepraszam za "raw beauty", ale uznałam, że jak zacznę robić makijaż, to nie tylko nigdy
nie wyjdziemy, ale dodatkowo będę go musiała potem zmywać, także tego...
4) Instytucja biletów jest w Armenii słabo znana - bo w komunikacji miejskiej płaci się u kierowcy. No i mają metro na żetony. Osobiście uważam, że to dobre rozwiązanie. Brakowało mi go, kiedy po powrocie do Cluj najpierw naszukałam się czynnego automatu, a potem musiałam wydać cztery leje na bilet dwuprzejazdowy w budce z abonamentem.

5) Papierosy - pamiętacie, jak u nas fajki kosztowały niecałe euro? Fajki w Armenii kosztują niecałe euro. Walka z nałogiem nie ma szans.

Ale tak w ogóle to ja nie palę. Czasem tylko.

6) Autostop - moje pierwsze doświadczenie z tym środkiem transportu wyglądało tak, że mój bardzo duży przyszły mąż złapał najpierw jeden autobus, a potem drugi, bo ten pierwszy mu się nie podobał. W efekcie byliśmy w Erywaniu szybciej, droga była wygodniejsza (przeleżałam ją nieżywa wyciągnięta na czterech siedzeniach na tyłach wehikułu), a za transport Tibilisi - Erywań nie zapłaciliśmy ani grosza. Podejrzewam, że wykreowało to u mnie fałszywy obraz autostopu. Plus zwiedzanie Armenii via podróż za jeden uśmiech się nie powiodło, bo widziałam jeszcze mniej, niż w trakcie pierwszej wizyty, kiedy to uczynny taksówkarz dalekobieżny zatrzymywał się ze względu na mnie przy każdej atrakcji turystycznej.

Takie tam, trudy podróży i w ogóle.
7) W Armenii wciąż jest bezpiecznie - o ile ktoś nie zamierza zwiedzać Górnego Karabachu oczywiście. W pozostałych częściach kraju o konflikcie na granicy tylko się mówi. Chociaż nastroje antyazerskie i antytureckie są bardzo mocno wyczuwalne w społeczeństwie, a cały kraj przypomina nieco lamparta na akacji - niby spokojny i wyluzowany, ale ciągle gotowy do skoku.

8) Nie wiem, czy ostatnio wspominałam, ale Erywań nazywany jest "Różowym Miastem". Nie dlatego, że ma jakieś problemy natury genderowej (czy też nie ma takich problemów), ale dlatego, że jakieś 70% budowli w tym mieście JEST RÓŻOWA. Dosłownie różowa.

Na żywo jest bardziej różowe. Fot. wikipedia (aż wstyd się przyznać, dobrze, że żaden ze mnie profesjonalny blogger. W ogóle to czemu ja nie mam zdjęcia z niczym różowym?!).

Miało być jeszcze o rosyjskim, ale się troszkę za bardzo rozpisałam, więc o tym będzie innym razem. Miłego piąteczku! <3

Fot. Indianin

środa, 27 kwietnia 2016

Przyswajanie języka a motywacja

Po lewej - motywacja.

No to jestem z tym Ormia..., pardą, Indianinem, więc pasowałoby się zacząć uczyć któregoś z języków urzędowych Armenii. Zaczęłam od rosyjskiego, bo uznałam, że będzie prościej, ale po odsłuchaniu pierwszej lekcji zwątpiłam. Łacina języków słowiańskich jest też jego prywatnym niemieckim. Dodatkowo Indianin również zachęcał do zignorowania rosyjskiego i przejścia od razu do właściwego języka jego narodu.

Równocześnie wciąż jestem w Rumunii. Teoretycznie powinnam mieć tu jakieś lekcje języka, praktycznie pokrywają mi się z planem zajęć mojej romanistyki (niezły wyczyn, zważywszy na to, że mam zajęcia na wydziale trzy razy w tygodniu). W efekcie niewiele korzystam językowo na pobycie tutaj. W sklepie dogaduję się po włosku, na ulicy po angielsku lub francusku. Asta este,

W efekcie więcej umiem powiedzieć po ormiańsku, niż po rumuńsku. 

Ostatnio przyłapałam się, a właściwie nas, na tym, że zasadniczo to już możemy prowadzić dialog. Tak, ze zdaniami. Dialog oczywiście nie jest jakiś wybitnie wysublimowany, bo ogranicza się do prostych treści, ale dodając do tego kilka zwrotów grzecznościowych wychodzi na to, że zdecydowanie więcej umiem powiedzieć po ormiańsku, niż po rumuńsku.

Dlaczego to takie dziwne?

Bo chociaż ormiański PODOBNO (tak twierdzi Indianin) jest językiem indoeuropejskim, to jak do tej pory znalazłam jedynie dwa dowody na to. 

Rumuński za to jest nie tylko językiem indoeuropejskim, ale przy okazji zalicza się do grupy języków romańskich (no i został dość mocno zainfekowany słowiańskością, przypadki ftw), a wiadomo, że jak ktoś zna jeden język romański, to właściwie już z całym basenem Morza Śródziemnego i większością Ameryki Południowej powinien się dogadać.

Do czego zatem zmierzam?

Chyba do tego, że najlepiej uczy się języków od rodzimych użytkowników. Jeśli wiecie, co mam na myśli. ;)

No to հրաժեշտ i wracam do mojego rumuńskiego życia.

P.S. Ciekawostka na dziś - wilkołak to po rumuńsku vârcolac (czyta się jak "wyrkolak"). Tak że tego... Macie tu widok z knajpy na dachu. <3


piątek, 22 kwietnia 2016

Kilka rzeczy, których nauczyły mnie minione związki

Miałam siedemnaście lat i po raz pierwszy w życiu złamane serce. Uczucie było dużo bardziej beznadziejne, niż się spodziewałam, i żadna Siesicka ani Musierowicz nie przygotowały mnie na to, jak sobie z tym poradzić.Narobiłam zatem głupot, a potem - minęło. A ja dorosłam. Do pewnego poziomu.

Rozstanie to przykry i bolesny proces, niemniej, jak ze wszystkiego w życiu, tak i z tego możemy wyciągnąć jakąś naukę. A że w moim przypadku stopień wkurwienia osiągnął ostatnio dość wysoki poziom (ŹRÓDŁA RUCHU SIECIOWEGO - znasz takie coś?), postanowiłam poważnie przyjrzeć się ZALETOM rozstań. A może nawet nie tyle zaletom, co pożytecznym naukom, które z nich wyciągnęłam.

Źródło

1) Nigdy nie próbuj utrzymać dobrych kontaktów z byłym partnerem zaraz po rozstaniu. Zwłaszcza, jeśli samo rozstanie nie odbyło się za zgodą obydwu zainteresowanych stron, a wręcz dla jednej strony było zaskoczeniem. Nauka ta płynie już z liceum. Dobra wiadomość jest taka, że po kilku latach na ogół można zignorować takie licealne niepowodzenie i nie wychodzić z knajpy, kiedy wchodzi do niej ta druga osoba.
2) Klin pomaga - przykro mi to pisać, ale to prawda. Oczywiście klin niesie też ze sobą duże ryzyko zranienia kogoś, kto pewnie na to nie zasługuje, ale uznajmy, że w momencie, kiedy mamy złamane serce, nie do końca o tym myślimy. 
3) Jak ktoś był na tyle głupi, że nie umiał ukryć zdrady, to z nim zerwij - nie warto wiązać się z kretynem. Co innego, jeśli dowiedziałeś się o zdradzie czytając cudze archiwum. Wtedy sam powinieneś zerwać, bo tego się zwyczajnie nie robi. W sensie nie czyta archiwum. A właśnie, a propos czytania cudzego archiwum...
4) ...Pierwszy raz można wybaczyć, ale warto potraktować go jako ostrzeżenie. Drugi raz (zwłaszcza po awanturze o pierwszy raz) to już w sumie dobry powód do skończenia związku. Nieważne, czy mamy czy nie mamy czegoś do ukrycia. Jeżeli druga połówka wyraźnie mówi, że sobie NIE ŻYCZY, to sobie nie życzy i już. Nawet jeśli podejrzewamy ją o regularne sypianie z autobusem Arabów. Dodatkową komplikacją może być, kiedy mamy problemy z czytaniem ze zrozumieniem, i zamiast "-ę", czyli końcówki osobowej pierwszej osoby liczy pojedynczej, widzimy "-i", będące wykładnikiem osoby trzeciej tejże liczby. Wtedy na przykład ze słowa "wylecę" wychodzi nam "wyleci". I jest nam jeszcze smutniej.
5) Nigdy nie wiąż się z człowiekiem, który mówi Ci, że jak odejdziesz, to się zabije. Związek zbudowany na szantażu emocjonalnym ma nikłe szanse przetrwania.
6) Jeśli godzisz się na jednorazową przygodę, to pamiętaj, że godzisz się na jednorazową przygodę. I nieważne, że facet może sprawiać wrażenie, że chce czegoś więcej. Nie, po prostu nie chce mu się szukać kolejnej partnerki do innej, jednorazowej przygody.
7) Nigdy nie rezygnuj z przyjaciół na rzecz partnera. Jeżeli Twój partner nie lubi Twoich wieloletnich przyjaciół, to może być znak, że warto zmienić partnera, a nie zerwać kontakt ze wspomnianymi przyjaciółmi.
8) Jeśli chcesz zrobić coś, co nie jest moralnie naganne, a nie do końca pasuje Twojemu partnerowi, ale może być dobre dla Twojego rozwoju - jak podróżowanie, wyjazd do pracy sezonowej za granicę albo szukanie zatrudnienia w innym mieście - zrób to. Serio. Związek na odległość da się przetrwać, a do pracy za granicę lub na wycieczkę zawsze może jechać z Tobą. Grozi, że z Tobą zerwie? Tam są drzwi.
9) Cokolwiek by się nie działo, nie tnij się. Ani nie zabijaj. Po rozstaniu pij, pal, uprawiaj przygodny seks (pamiętaj o zabezpieczeniu), płacz, rozmawiaj z przyjaciółmi, jak ich nie masz, to żal się na wykopie, zacznij składać origami, ale nie tnij się. Ból mija, a blizny zostają.

10) Dodatek specjalny:
*Jeśli nie lubi twojej rodziny, to strasznie słabo. No jakby to niby wyglądało, jakbyście wzięli ślub.
*Jak mu odpierdala po pijaku, to w sumie też dobry znak na ucieczkę.