niedziela, 29 listopada 2015

Shame on me

Szejming wszyscy znamy i potępiamy. Oczywiście, że potępiamy. Ja na przykład wciąż jestem szczerze oburzona, że krwiodawstwo hejtuje osoby z niedowagą (od 50 kg) i nadwagą. No bo jak to tak? Ich krew jest gorsza? Nie są pełnowartościowymi członkami społeczeństwa?

Ale ja nie o tym.

Znaczy nie całkiem o tym.

Jakiś czas temu w sieci natknęłam się na dwa posty opisujące dwie skrajnie różne sytuacje. Jedna dotyczyła właśnie fatszejmingu, a druga... Zaraz się dowiecie. :)

Sytuacja pierwsza

Pewna pani, taka wiecie, o złych genach, była sobie w sklepie z ubraniami. Dobrze, wolno jej, to miłe, że ludzie chcą nosić ubrania. Jednak złogenna pani usłyszała, jak anonimowa córka z anonimową matką komentuję jakąś bluzkę w rozmiarze, khem, niestandardowym. Takie wiecie, że to to chyba na słonia i w ogóle mogłoby robić za namiot cyrkowy. Pewnie dla tego słonia. Złogenna pani odebrała te komentarze osobiście, bo że akurat stała za matką z córką, to na pewno było to skierowane do niej. Po tej zniewadze poszła więc płakać do samochodu. Potem jednak, jak się wypłakała, poszła po tę bluzkę i zrobiła sobie w niej motywujące zdjęcia. Ba! Kupiła ją! I wrzuciła zdjęcie na fb, i potem to zdjęcie polubiło 1 500 osób! I wiecie co? Niektórzy ludzie śmieli jej powiedzieć, że zamiast kupować tę koszulkę, powinna zacząć oszczędzać na terapię! Nieczułe bydlęta...


Druga sytuacja
Pewna pani poszła biegać. Ta pani już nie miała złych genów. Była fit i healthy, może nawet seksi, ale nie w momencie, kiedy poszła sobie po swoją fatfreeorganicsoyalatte do Starbucksa. Bo tam jakaś inna pani śmiała zauważyć, że pierwsza pani jest SPOCONA. Ba, wręcz spytała, czy właśnie ćwiczyła, i czy miała zajęcia z PŁYWANIA. Na szczęście spocona pani była/jest silną, niezależną i pewną siebie kobietą, po tym więc, jak załamała się niemiłymi uwagami nieznajomej, napisała artykuł do Guardiana, w którym dała upust swoistemu l'esprit de l'escalier. A na koniec oznajmiła, że następnym razem usiądzie śmierdząca i spocona w Starbucksie. 

I ja się teraz zastanawiam, dlaczego kiedy byłam w gimnazjum Internet nie był tak cudownym medium? Z moim fat/facial/nerd/musicschoolstudent/tomboygirlshamingiem byłabym już gwiazdą na miarę Grumpy Cata. :< A tak mogę tylko zajmować się stupidityshamingiem i mieć nadzieję, że kiedyś ktoś wprowadzi jakieś testy ograniczające głupim ludziom dostęp do sołszjal mediów.




niedziela, 15 listopada 2015

Co lubię w Facebooku

Tak, przyznaję się, jestem zupełnie nieanonimowym fejsbukoholikiem. Praktycznie ciągle jestem zalogowana - ot, przekleństwo pakietu internetowego w telefonie. Na swoje usprawiedliwienie dodam tylko, że nie posiadam żadnych innych soszjal mediów i obce są mi wszystkie instagramy i snapy tego świata. W sumie wciąż nie jestem pewna, co to jest ten cholerny snapchat.
Wróćmy jednak do mojego nałogu. Dlaczego tak bardzo lubię fejsbuczka, skoro właściwie nie jest to nic specjalnego? Już tłumaczę:

1) Możliwość kontaktu z całym światem - znajdujesz kogoś na couchsurfingu, zgadujecie się na buniu i włala. Porozumienie polsko-łotewskie gotowe.
2) Szybki przekaz informacji - chcesz szybko zebrać wszystkich do kupy w jednym miejscu? Musisz szybko przekazać kolegom z roku informację o niebytności profesora? Robisz wydarzenie, zakładasz grupę, gotowe. Jak ktoś nie został poinformowany, to sam jest sobie winien.
3) Nie muszę pamiętać wszystkich tych przeklętych dat. Naprawdę, z datami zawsze miałam problem. Pamiętam tylko bitwę pod Grunwaldem , bo można ją łatwo powiązać z przepisem na bimber (kilo cukru, cztery litry wody, dziesięć deko drożdży). Dzięki fejsbuczkowi pamiętam, kiedy wszyscy krewni i znajomi mają urodziny. W sumie kiedy nieznajomi mają urodziny też. Nawet o rocznicy mi przypomni.
4) Fejsbuk to też doskonała "przechowalnia" - ja na moim koncie zapisuję sobie na przykład wszystkie cytaty, które mnie jakoś urzekły i traktuję bunia jako folder ze zdjęciami.
5) Ale najbardziej cenię fejsbuka za to, że w chwilach katastrof i kryzysu znajomi mogą poinformować, że są bezpieczni. A ja nie muszę się zastanawiać, czy któremuś z kolegów z Paryża nie przyszło do głowy, żeby iść na koncert do Bataclanu.

Zaprawdę, powiadam Wam, Facebook to cudowne narzędzie.



środa, 11 listopada 2015

Czym różni się aronia od ironii

Przeglądając sobie ostatnio źródła ruchu sieciowego natknęłam się na dziwną stronę, z której ktoś wszedł sobie na mojego bloga. Ponieważ miałam ważniejsze rzeczy do roboty, to oczywiście sprawdziłam, o co właściwie chodziło, a potem przypomniało mi się, czemu właściwie ktoś, dzięki tej stronie, miałby przeniknąć w takie końce internetu, jak moja skromna witryna.
Tekst dotyczył szafiarek,  a jego autor pisał o tym, dlaczego ich nie lubimy. Co pisał, to pisał. Mniejsza o to, ważne było to, JAK pisał - a pisał posługując się pewnym cudownym zabiegiem:

- Widzę, sierżancie, że most przetrwał kolejną nockę i nie zo­stał skradziony. Dobra robota.
- Nigdy dość ostrożności. Stale to powtarzam.
- Jestem pewien, że obywatele mogą spać spokojnie w cudzych łóżkach, wiedząc, że nikt się nocą nie wymknie z pięcioma tysiąca­mi ton mostu.
W przeciwieństwie do krasnoluda Modo sierżant Colon znał znaczenie słowa \"ironia\". Uważał, że to owoc podobny do aronii. Uśmiechnął się z szacunkiem.
- Trzeba być sprytnym, żeby pokonać współczesnych międzyna­rodowych przestępców, panie Poons - powiedział.
Terry Pratchett, Kosiarz
Pomysł na człowieka-mema: Fabjulus, fot.: Neina
Weszłam tam dzisiaj i poczytałam komentarze. Wnioski z komentarzy są takie, że bardzo dużo osób, zaskakująco dużo, wciąż nie odkryło, że ironia to nie owoc. Zaintrygowanych odsyłam pod wskazany link, ostrzegam, jest kancerogenny, a sama przechodzę do sedna, czyli próby (z góry skazanej na porażkę) wyjaśnienia, czym właściwie jest ironia.

Zacznę od najważniejszego. Ironia to nie owoc, owocem jest aronia, która wygląda tak:

Aronii - w przeciwieństwie do ironii - nie lubię i nie używam. 

Czym jest zatem ironia? Ironia, moi drodzy, jest środkiem stylistycznym. Pojęcie środka stylistycznego powinniście znać z lekcji polskiego (a przynajmniej uczyli o tym, jak i o rozbiorze logicznym i gramatycznym zdania, za moich szkolnych czasów, kiedy dinozaury biegały zamiast husky w psich zaprzęgach). Słowo ironia pochodzi z greki. Jego przodkiem jest piękny wyraz eironeia, który oznacza "żart, kpinę" (dobre imię dla kota swoją drogą). Definicja ironii brzmi następująco: 

Figura stylistyczna polegająca na sprzeczności między dosłownym znaczeniem wypowiedzi, pozornie naturalnym i serio, a jej znaczeniem intencjonalnym, przeciwstawnym, negującym je i ośmieszającym, zamierzonym przez autora i na ogół rozpoznawalnym dla odbiorcy. Sygnałem ironiczności w akcie mówienia jest zakwestionowanie znaczenia dosłownego przez intonację, gest, mimikę. W tekście na ironię wskazuje kontekst oraz dystans mówiącego wobec jej przedmiotu.
  1. Ironia służy celom satyrycznym, jest formą dowcipu,
elementem parodii. Jest wyrazem poczucia wyższości mówiącego wobec tematu, ale może być też zwrócona przeciw samemu sobie (autoironia).
Słownik terminów literackich
Wiem, jaka może być kontra - w internetowym tekście ciężko posługiwać się gestem lub mimiką. Jednak w trakcie lektury tekstu można posłużyć się czymś zupełnie innym, inteligencją, której to wam i sobie życzę. ;)