środa, 23 września 2015

Pytania, których lepiej nie zadawać copyriterowi

Źródło

Od około trzech lat współpracuję sobie z pewną agencją reklamową w charakterze copywritera. Praca jest dla mnie - wiecznego studenta dziennego - idealna, bo ma charakter zdalny, a przy okazji płacą mi za to, co umiem robić całkiem nieźle, czyli pisanie po polsku. 
Każdy, kto kiedykolwiek zajmował się copywritingiem, wie, że świadomość społeczeństwa o tym, co copywriter właściwie robi, jest co najmniej znikoma. Przy tym istnieje kilka pytań, które potrafią wywołać u osoby, która jest prostu maszynką do tekstów, całkiem realną pianę na pysku - i to wcale nie dlatego, że copywriterzy to aspołeczne potwory nienawidzące ludzi, tylko dlatego, że każda osoba, która robi to co ja, czyli pisze teksty, które mają jedynie pozycjonować treści w internetach, słyszy je przy okazji każdego small talk'u (pol. "gadka szmatka"), który dotyczy pracy. Oto kilka pytań, które można sobie w takiej sytuacji darować (czego i tak nikt nie zrobi i to rozumiem,  bo sama, nie pracując tak, jak pracuję, zadałabym każde z nich):

1) "A o czym piszesz?" - moje ulubione. Niestety, odpowiedź "o wszystkim" jest dla większości ludzi niezadowalająca. Tylko że taki udawany copywriter piszący zapleczówki NAPRAWDĘ pisze o wszystkim, od maszyn CNC po proszki do parania dla dzieci z AZS. Dlatego "o wszystkim" naprawdę jest doskonałą odpowiedzią na to pytanie.
2) "Gdzie można cię poczytać?" - i tutaj na ogół wyczerpująco tłumaczę, dlaczego nigdzie. Zaplecze to zaplecze, tam się ludzi na ogół nie wpuszcza. Osoby, które chcą zobaczyć, jak piszę, odsyłam na ogół do bloga.
3) "Czy da się z tego wyżyć" - podobno się da. Ale ja zarabiam w ten sposób na swoje potrzeby. Współpracuję z jednym klientem, który jest sprawdzony, a z ludźmi z agencji łączą mnie dobre kontakty. Przez jakiś czas szukałam innych zleceniodawców, ale przy studiach i dodatkowych zajęciach nie miałam jednak na to czasu (oprócz copywriting'u param się również dawaniem korepetycji). Dlatego moja odpowiedź w tym momencie brzmi: "Ja nie jestem w stanie, ale są tacy, którzy to potrafią".
4) "Ile tak możesz dziennie napisać?" - a ile dla mnie masz? A tak całkiem serio, to z moich wyliczeń wynika, że w trakcie godziny jestem w stanie popełnić trzy teksty o długości 2000 znaków bez spacji. Reszta zależy od ilości wolnego czasu i bliskości terminu wysyłki.
5) "Skąd ty czerpiesz natchnienie do takiego pisania?! Ja bym tak nie potrafił/ła!" - odpowiedź jest prosta - płacą mi. Głęboko wierzę, że w takich przypadkach wena nie istnieje, jest tylko deadline.

Źródło



Na koniec dodam tylko, że nie, nie mam żalu i jestem jednym wielkim zrozumieniem dla ludzkiej ciekawości, tylko jestem zmęczona.

niedziela, 20 września 2015

Spostrzeżenia po drugiej edycji winobrania


Nie było mnie, bo znów byłam na winobraniu. Znów jako tłumacz, chociaż po przygodach z ubiegłego roku zarzekałam się, że już nigdy więcej, choćby mnie mieli (co wątpliwe) błagać na kolanach. O dziwo, winobranie przebiegło bez zgrzytów, chociaż drugi tydzień był co najmniej traumatyczny (zbieranie winogron w błocie po kolana - raz w życiu byłam tak, za przeproszeniem, upierdolona - kiedy miałam jakieś dziewięć lat i chrzestny wpadł na genialny pomysł, żeby zabrać mnie na ryby w deszczowy dzień). Ten wyjazd jest również dosyć bogaty w różnego rodzaju konkluzje:

1) Dwa lata filologii są jak sześć lat nauki języka  w szkołach niższego stopnia. Dlatego, jak już uporam się z francuskim, startuję z portugalskim lub hiszpańskim, choćby i zaocznie.
2) Uczenie się na własnych błędach naprawdę działa (chociaż na ogół wolę uczyć się na cudzych). 
3) Przekład symultaniczny to wcale nie taka trudna sprawa, jak ma się w szufladzie dyplom z polonistyki - czyli wcale nie zmarnowałam pięciu lat życia!
4) Angielski to naprawdę za mało w niektórych przypadkach.
5) Mogę wrócić do diety wysoko węglowodanowej i chudnąć, ale tylko pod warunkiem, że będę ćwiczyła codziennie przez siedem godzin. Najlepiej z obciążeniem.
6) Kiedy idzie się spać przed 23, wstawanie przed 6 rano jest całkiem znośne (chociaż wciąż wolałabym tego nie robić).
7) Ludzie lubią cię bardziej, kiedy rozumiesz, co do ciebie mówią (patrz znajomość języków obcych).
8) Celnicy to bardzo mili ludzie, z którymi łatwo się porozumieć (no i doceniają znajomość ich ojczystego języka, czyli patrz punkt siódmy).
9) Tłumacze pracujący w terenie powinni dostawać dodatek za pracę w trudnych warunkach. Oraz wcześniejszą emeryturę.
10) Za 20 euro kupi się więcej, niż za sto złotych.
11) Paryż za trzecim razem, i po raz trzeci w deszczu, zaczyna działać na człowieka jak Warszawa.
Przerywnik - sklepik przy Luwrze. Zdjęcie fatalne, ale wydanie małego księcia najlepsze, jakie miałam w rękach! :D Muszę po nie wrócić z pieniędzmi. :<

12) Zawsze warto iść do Luwru.
13) Nigdy nie mów nigdy.
14) Jeżeli wyjeżdżasz skądś po raz drugi i po raz drugi czujesz się, jakbyś miał złamane serce, to znak, że za trzecim razem trzeba będzie tam zostać (za rok - dobra, dwa lata, żeby Misia nie wkurzać - szukam pracy w trójkącie Beaune - Dijon - Lyon, ewentualnie gdzieś bardziej na południu).
15) Żaden normalny Francuz nie używa na co dzień subjonctif. Najlepsza wiadomość EVER! 

A jak Wam minął wrzesień?

czwartek, 3 września 2015

A poza tym uważam, że erystyka powinna zostać wskrzeszona

Chyba już wszyscy się domyślili, ale dopiszę, że obrazek jest z jeja.pl


Ostatnio pokłóciłam się z chłopakiem. Po prostu - nie chciało mi się dalej toczyć jałowej dyskusji, więc wkurzyłam się, rzuciłam książką, a potem na niego nawrzeszczałam. Koniec sporu - on strzelił focha, ja się obraziłam (czy też na odwrót). Dzień zmarnowany, lektura stracona, bo jak tu się skupić na książkowych sprawach, kiedy masz ochotę rozrywać na strzępy małe kaczuszki?

Ostatnio weszłam sobie na komentarze pod jakimś kwejkiem. Ilość hejtu, jadu i bluzgów, którą wionęło na mnie z maleńkiego ekranu tabletu, postawiła mi włosy równolegle do ziemi. Sensowna dyskusja nie istniała. Jeśli ktoś się z kimś nie zgadzał, to był pedałem, cwelem lub ewentualnie ciotą i tyle. Mój argument jest mojszy niż twój twojszy, umrzyj i żryj gruz baranie. 

Ostatnio, a właściwie dzisiaj, trafiłam sobie na ten artykuł i zaczęłam myśleć (miejsce na fanfary, oklaski, konfetti i dotacje); na litość boską, przecież my już w ogóle nie umiemy ze sobą normalnie rozmawiać. Nie chce się nam wyszukiwać argumentów, gromadzić materiałów, zapoznawać z różnymi opiniami. Wolimy na siebie nawrzeszczeć, rzucić bogu ducha winną książką, zostawić nic nie wnoszący do dyskusji komentarz w Internecie, skrytykować i cieszyć się patrząc, jak kolejni "rozmówcy" toną zalani potokami pochodzącymi z wywołanej przez siebie gównoburzy.

Zrobiło mi się smutno, ale chyba wymyśliłam rozwiązanie.

Wspominałam ostatnio o tym, że namiętnie zaczytuję się w Adrianie Mole'u. No to w ostatniej przeczytanej przeze mnie części cyklu (Adrian Mole i broń masowego rażenia, polecam) główny bohater założył klub książkowy. Uczestnicy czytali wybraną pozycję - Rok 1984, Koran, Białe zęby, mniejsza z tym - a potem rozmawiali na temat książek. Czy też inaczej - DYSKUTOWALI. Kulturalnie, bez rzucania w siebie meblami. 

Podobne coś miałam na studiach. Na zajęciach z wypowiedzi ustnej czytaliśmy artykuł, a potem rozmawialiśmy na jego temat. Treści były różne, niekiedy błahe, innym razem kontrowersyjne, ważne było jednak, że dyskutowaliśmy, wyszukiwaliśmy argumenty, poruszaliśmy interesujące nas kwestie. Na początku szło nam topornie, ale z czasem grupa się rozkręcała (chociaż gra w Taboo na koniec wyzwoliła w nas znowu mordercze instynkty :P).

Moja propozycja jest więc następująca - a gdyby zrobić takie coś w szkołach? Obowiązkowo? Pod groźbą odbierania smartphonów?