poniedziałek, 27 lipca 2015

Dlaczego wolę słuchać muzyki w domu

Znacie Pendereckiego? - no więc ten Penderecki to właściwie mieszka po sąsiedzku, zwłaszcza, kiedy przebywam na mojej rodzinnej wsi, bo wspomniany Penderecki ma dworek w Lusławicach. W tym Lusławicach w każde wakacje odbywa się seria darmowych koncertów, szerzej znana pod nazwą Emanacje. Bilety  na koncerty można rezerwować przez Internet, później wystarczy tylko na koncercie się pojawić. Proste jak budowa snopowiązałki.

Wczoraj więc, korzystając z okazji, wybrałam się wraz z żeńską częścią rodziny na koncert niejakiego Marcina Dylli, gitarzysty. Koncert był świetny, były bisy i w ogóle wszystko, ale ja nie o tym, bo krytykiem muzycznym nie jestem. Napiszę jednak o paru rzeczach, które mnie w trakcie wczorajszego wieczoru wyjątkowo zaszokowały.

1) Wiedząc o tym, że jadę na koncert, zabrałam z domu koncertowe ubranko - ładna bluzka, jedwabna spódnica, czarne szpilki. Podobnie siostra, podobnie reszta familii. Na koncercie odkryłam, że dress code na tego typu wydarzeniach to już archaizm. Można iść w spranym podkoszulku i podartych dżinsach. Głupia ja.

Chociaż podarte spodnie też bym sobie odpuściła, co poradzę, staroświecka jestem. Źródło


2) Po tym pierwszym szoku kulturowym zauważyłam, że w rzędzie za mną siedzą dwie matki z trójką małych dzieci, takich w wieku około przedszkolnym. Koncert był o godzinie 19, zdecydowanie po dobranocce. Pomyślałam sobie: "Oj, będzie dym". Dzieci były dzielne, wytrzymały jakieś 15 minut. Na szczęście po pierwszej połowie błyskotliwa matka wpadła na to, żeby wyprowadzić z sali dwie młodsze dziewczynki. Ale przecież dzieci trzeba umuzykalniać od najmłodszych lat, prawda?



3) Kiedy ochłonęłam już po podwójnych doznaniach akustycznych, jednych pożądanych, a drugich niekoniecznie, dołączyło do nich delikatne chrapanie starszej pani siedzącej z boku... 

Man asleep in Theatre Źródło

Koncert był doskonały, podobno. Ale ja się nie nadaję na takie kulturalne wydarzenia, bo mam za małą umiejętność skupienia uwagi. No i ubieram się niestosownie.



czwartek, 16 lipca 2015

Dlaczego uważam, że couchsurfing to dobry pomysł

Pozwolę sobie od razu przejść do sedna. Miałam pisać o Pradze i o tym, jaka jest piękna, ale z drugiej strony to jak będziecie chcieli, to sami ją sobie zobaczycie.

O, macie namiastkę.


Couchsurfing - czyli wyraz powstały z połączenia dwóch słów couch - czyli po naszemu kanapa - oraz surfing, którego chyba nie muszę tłumaczyć. Couchsurfing zatem oznacza po prostu surfowanie po kanapach, czy też kanapą. Czyli, pisząc mniej metaforycznie, spanie u obcych ludzi.

"O matko święta, Józefie brodaty! Toż to niebezpieczne! Zgwałcą cię, zabijom na śmierć, a potem umrzesz!" - zakrzykną zapewne niektórzy z Was. 

Owszem, spanie u obcych ludzi może się wydawać nierozsądne, ale twórcy serwisu zadbali o to, żeby ryzyko minimalizować:

1) na stronie możemy przeczytać opis osoby, która chce u nas nocować/u której chcemy nocować - wbrew pozorom taka autoprezentacja jest bardzo ważna. U mnie na tym właśnie polega wstępna selekcja. Sprawdzam, jakie języki zna dana osoba, jak posługuje się językiem angielskim, czy jest osobą wykształconą (tak, jestem snobem pod tym względem), jakie ma zainteresowania oraz jak wyglądają oferowane przez nią warunki mieszkaniowe. W stylu czy ma dach, szyby w oknach i wolny, niezależny kawałek podłogi.
2) Druga sprawa to referencje - wystawiają je zarówno gospodarze jak i goście. Referencji nie możemy moderować. Do wyboru mamy trzy opcje; pozytywną, neutralną i negatywną. W moim przypadku neutral stawia osobę pod znakiem zapytania, a jakikolwiek negatyw ją dyskwalifikuje - fakt, mógł zostać wystawiony przez złośliwość, ale warto pamiętać, że medal ma na ogół dwie strony.
3) Zdjęcia - to niesamowite, ile może powiedzieć o człowieku sposób, w jaki dobiera fotografie.

"Ale jak to tak, u obcych ludzi? No nie wstyd ci?!" - ano nie wstyd. Couchsurfing działa w dwie strony, raz ktoś mnie, raz ja komuś. Zresztą nikt nie zapisuje się na ten serwis z przymusu. Poza tym staram się mieć na uwadze fakt, że większość moich znajomych też była dla mnie obcymi ludźmi, zanim ich poznałam. Nie wiem również, dlaczego poznanie się poprzez trzymanie komuś włosów podczas rzygania na imprezie ma być bardziej nobilitujące, niż skorzystanie z cudzej uprzejmości i kanapy (poza tym ile razy budziłeś się na kacu w cudzym domu, no przyznaj się).

"No ale co pomyśli pani Krysia z gazowni jak usłyszy, że ty tak u obcych ludzi? Jak to będzie w jej oczach wyglądało?!" - jeśli mam być szczera, to ten fakt w jej oczach może wyglądać jak chce. Studiuję i pracuję zdalnie. Gdyby nie CS, prawdopodobnie do emerytury nie miałabym okazji podróżować. Jeżeli ktoś, kto nie opłaca mi podróży, nie mieszka ze mną i od pół roku ze mną nie rozmawiał czuje się zażenowany moimi sposobami spędzania wolnego czasu, to rozpatruję ten problem w kategoriach cudzego, a nie mojego.  

Na koniec dodam jeszcze tylko, że znam przynajmniej kilka osób, które zostały okradzione nocując w hostelach, akademikach czy schroniskach. Na CS problem pewnie też występuje, ale w takim przypadku konfliktowa osoba dostaje bana i wylatuje ze społeczności.

piątek, 3 lipca 2015

Mówię po polsku. A jaka jest twoja supermoc?

Przykład mojej perfidii, K. dostał ten obrazek z nakazem sprawdzenia, czy informacja zawarta
w zdaniu jest prawdziwa. Zrezygnował przy "kiszone".


Za każdym razem, kiedy uczę się kolejnej koniugacji nowego, durnego czasownika, odkrywam nowy francuski tryb (który oczywiście ma zupełnie własną formę wspomnianego czasownika) lub poznaję czas, o którego istnieniu wiedział jedynie Victor Hugo, powtarzam sobie jak mantrę: "Ciesz się, że nie musisz się uczyć polskiego".

Mam kolegę. Kolega jest Francuzem, którego przywiało do naszego pięknego kraju z powodu programu Erazmus+. Kiedyś z kolegą, nazwijmy go K., rozmawiałam sobie o różnych językach; że niemiecki to brzmi tak, angielski tak itp. W końcu spytałam: "K., a jak według ciebie brzmi polski słuchany z boku?", na co biedny K. odparł: "Jak mowa kosmitów" (po francusku brzmi to lepiej). Trochę się zmartwiłam. Bo poza całą naszą koleżeńską relacją z K. łączy mnie jeszcze jedno - uczę go polskiego.

Może nie będę się jakoś specjalnie zagłębiała w problemy natury fleksji i koniugacji polskiej, a poprzestanę na sprawach przyziemnych, takich jak:


  •  Wymowa - wyda się nam to niedorzeczne, ale biedny K. w ogóle nie ogarnia kwestii ś, si, ź, dzi, ż i sz. Dla niego to wszystko jedno i to samo - zmiękczone, frykatywne, spalatalizowane... Za każdym razem, jak robię mu ćwiczenia na oboczności typu: wieś/wiesz, żyć/szyć, biedak wygląda, jakby się miał rozpłakać. Problem ten zresztą doskonale oddaje polski alfabet, rozpisany przez niego znakami francuskimi. Zajął mu trzy strony i, jak widać, pomiędzy większością tych "dziwnych" głosek nie ma dla niego różnicy.



  • Gramatyka - właściwie nie mieliśmy z nią jeszcze problemów, ale też nie zagłębialiśmy się w nią zbytnio. Z kwestii gramatycznych dręczymy na razie koniugację. K. bardzo ładnie radzi sobie z być i mieć oraz czasownikami regularnymi, chociaż wczoraj pojawił się pierwszy problem;

          - Dobra K., patrz na to, tu masz słówko "mówią", która to osoba?
          - Trzecia liczby mnogiej.
          - Ślicznie. Forma bezokolicznikowa to "mówić". Spróbujesz odmienić?
          - Ja mówię, ty mówiesz...
          - Nie "mówiesz".
          - ???

Wyczuwam lingwistyczne schody i w sumie zastanawiam się, co to będzie, jeżeli trafię na ucznia mniej zdolnego niż K...