poniedziałek, 1 czerwca 2015

Jestem dzieckiem po szkole muzycznej, dam radę

Źródło

Nie wiem, czy też mieliście ich u siebie. Chodzili zawsze z jakimś futerałem na plecach lub w ręce, z torby i wszystkich teczek wysypywały się im nuty. Mieli błędny wzrok, cienie pod oczami, wiecznie się gdzieś śpieszyli i przy tym byli wiecznie spóźnieni.

Dzieci ze szkoły muzycznej.

Ty narzekałeś, że znowu majza i biola, i że siedzisz w szkole do 16, no to kiedy się na to uczyć? Oni wzruszali ramionami i szli na kształcenie słuchu. A potem, kiedy ty wychodziłeś z kolegami na niedozwolone piwo, oni biegli na instrument. Obowiązkowo. Instrument to świętość.
Byli raczej szczupli (no bo kiedy jeść przy takim trybie życia), uczyli się tak sobie, nieźle, lub bardzo dobrze - nigdy źle. Teoretycznie nie mieli na nic czasu, ale w praktyce mieli go na wszystko. Kręciło się nad nimi głową powtarzając: "Biedne dziecko", ale oni byli w gruncie rzeczy szczęśliwi, bo w większości przypadków nikt ich nie zmuszał do tego, co robili, nie wspominając o tym, że większość z nich robiła to, co kochała.

Ciągle o czymś zapominali, coś przeoczali, przekładali, ale ostatecznie z każdej sytuacji wychodzili obronną ręką. Szli poprawiać ocenę z geografii, a potem grali egzaminy końcowe. Pisali maturę z polskiego, a później biegli grać egzamin dyplomowy. 

Przeżyłam tak cztery lata - całe gimnazjum i pierwszą klasę liceum. Dużo osób pyta mnie, co mi to dało, to granie na, buehehe, flecie poprzecznym. Wzruszam ramionami i odpowiadam, że teraz umiem czytać nuty. A potem idę robić to, co muszę, i to, co lubię, i zgadnijcie? Na wszystko mam czas (chociaż wciąż jestem niewyspana), bo jestem przecież dzieckiem po szkole muzycznej, więc na pewno dam radę. ;)

2 komentarze:

  1. Hehehe sama byłam takim dzieckiem i też grałam na flecie poprzecznym. Właściwie to bardzo cieszę się z tego ciągłego zabiegania egzaminów końcowych itp umiałam więcej niż moi rówieśnicy, a zarazem czerpałam z tego wielką przyjemność gdy na muzyce wykazałam się wiedzą z kształcenia, audycji czy czegokolwiek innego. Wiem, że moje dzieci też tam pośle bo był to wspaniały okres w moim życiu. A co do wysypujących się nut... do dziś są wszędzie i tak samo jak wtedy mam problem z opanowaniem ich :D Chociaż bardziej niż wylatujące nuty bolesne było dla mnie zapomnienie o zamknięciu pokrowca od fletu i zbieranie go potem w przerażeniu z podłogi xD

    Zapraszam do siebie.
    http://adriannner.blogspot.com/2015/06/powiedz-mi-jak-mam-zyc.html

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oj tak, bez muzyka pewnie byłabym kolejną osobą narzekającą na brak czasu. :D

      Usuń