poniedziałek, 29 czerwca 2015

"Uważaj, tam są schody"*

Jest marzec 2013 roku. Chyba jeden z najzimniejszych marców w historii najnowszej. Śniegi po kolana, mróz, wiosna, która powinna być w drodze, mieszkańcom Polski daje dosyć wyraźnie do zrozumienia, gdzie ona ma pracę w takich warunkach.
Mi z kolei jest smutno. Wyjeżdżam z Łodzi, chociaż wcale nie chcę. Zdenerwowana i w pośpiechu wskakuję do pociągu. Przechodząc z przedziału do przedziału dostaję drzwiami w głowę. Boli, chce mi się płakać, w końcu siadam, sprawdzam telefon - sms. Od koleżanki. Trochę dziwne, bo kontakt mamy ze sobą sporadyczny, ale w sumie nie jakieś nadzwyczajne. No nic, czyta: "Hikar, bo ja mam taką propozycję, i pomyślałam sobie, że akurat ty jesteś na tyle głupia, żeby się zgodzić". W końcu się uśmiechnęłam, a potem spytałam, o co chodzi. Chodziło o Grolscha (później do maja nie będę umiała powtórzyć, w czym właściwie biorę udział), zgodziłam się. Byłam bezrobotnym magistrem polonistyki - niby co lepszego miałam do roboty w danym momencie?

Niedługo później siedzimy u Moniki w pokoju, wciąż jest zimno, ale przynajmniej mamy wino. Monika pokazuje mi zdjęcia z Podgórza - dzielnicy, gdzie mamy dokonać rewolucji. Potem przeglądamy te same miejsca na mapie satelitarnej Google i nagle pojawiają się schody na Tatrzańskiej.

- Ej, może zróbmy schody? Schody są zajebiste. Dzieciaki uwielbiają bawić się na schodach!
- A co niby można zrobić na schodach?
- No, można by je pomalować w tęczę.
- A jak to się ma do tematu Grolscha?*
- No dorzucimy motywujące cytaty i będziemy robiły ze smutnego wesołe!



No i właściwie tak to było. Oczywiście pomysł ulegał ewolucji. Na przykład okazało się, że miałyśmy o dwa schody za dużo (bo jakaś polonistka nie potrafiła liczyć do 55), że brakło nam żółtej farby i w całym Krakowie nie dało się jej dokupić, że jakaś ekipa filmowa miała na schodach kręcić zdjęcia, a my w międzyczasie zrobiłyśmy ich w sumie na tęczowo, ale zabawa była przednia. Właściwie dalej jest, bo schody wciąż stoją i, pomimo obaw niektórych osób zaniepokojonych naszą kolorową inicjatywą, wciąż cieszą i prezentują się całkiem barwnie.


A najfajniejsze w tym wszystkim jest to, że dzięki temu, że Monika miała rację i byłam na tyle głupia, żeby się zgodzić, spotkała mnie cała masa fajnych rzeczy. No i poza tym wiele osób mogło sobie bezkarnie pomaziać szprejami przestrzeń publiczną w Krakowie. :>




 Fot. Paweł Kawa
 

*Tytuł został zapożyczony z powieści Krystyny Siesickiej.
**Temat brzmiał "Odwracanie perspektywy", czy jakoś tak.

czwartek, 18 czerwca 2015

Inteligenckie minimum

Fragment tekstu z mojego starego bloga o tej samej nazwie. Takie info dla tych, którzy baliby się, że plagiat.

- Gosia, Gosia, GOSIA! Ale zdajesz sobie sprawę, że to całe: „Olha que coisa mais linda”* nie jest piosenką do capoeiry?
- Jak to?! Przecież jest po portugalsku.

- Kotek, kotek, a wiesz co? Bo A, ostatnio opowiadał mi anegdotkę, że Humphrey Bogart na planie „Afrykańskiej królowej”… Wiesz kim był Humphrey Bogart, prawda?
- …
- „Casablanca”, te sprawy?
- No bo ty zawsze wyskakujesz z czymś takim, a potem się ze mnie śmiejesz, że nie wiem, kim jest Hanka z „M jak Miłość”.*

Tak mi się przypomniało.
Ogólnie to dobrze, że mój światopogląd runął dawno temu, bo jakby miał runąć teraz, to prawdopodobnie runąłby z takiej wysokości, że by mnie zabił.


Nie wiem, czy się ze mną zgodzicie (i, szczerze mówiąc, w niewiedzy mogę pozostać), ale uważam, że istnieje pewne MINIMUM wiedzy ogólnej, które powinien posiadać człowiek, który ma pretensje do bycia wykształconym. Według mnie są to:

- Znajomość ortografii i interpunkcji na poziomie zaawansowanym (ewentualnie AUTENTYCZNE papiery na dysleksję)
- Znajomość co WAŻNIEJSZYCH aktorów kina światowego (takich jak Humphrey Bogart na przykład).
- Podstawowa wiedza dotycząca historii. Ta z IV klasy szkoły podstawowej, tak, żebym mogła opowiadać dowcipy o Spartanach i nie tłumaczyć potem przez godzinę, dlaczego homoioi mnie tak bardzo bawi.
- Pewna baza lektur. Nawet nie wymagam, żeby były przeczytane, ale żeby mniej więcej było wiadomo, o co w nich chodzi. Bo potem, jak cytuję Nieznany fragment "Pana Tadeusza", to ludzie nie tylko nie widzą, z czego się śmiać, ale również nie mają pojęcia, kim był Waligórski.
- Podstawowa znajomość wielkich nazwisk ze świata nauki. Bo nie wiem, czy wiecie, ale Levy-Strauss to nie tylko marka jeansów.
- Umiejętność korzystania z WYSZUKIWAREK INTERNETOWYCH.
- Znajomość łaciny na poziomie tego Murzyna z Asteriksa, bo lubię sobie czasem westchnąć: "O tempora, o mores".

Przynajmniej nikt, kto się ze mną nie zgadza, nie nazwie mnie pretensjonalną - głównie dlatego, że na 80% nie będzie znał właściwego znaczenia tego słowa. ^-^

No i na koniec:
Link do tłumaczenia


*Niektóre z moich emocjonalnych wyborów po latach wydają mi się być cokolwiek niedorzeczne. Kajam się.

poniedziałek, 15 czerwca 2015

Jak skutecznie i bezboleśnie popełnić samobójstwo

Kiedyś, zaraz po śmieci Osieckiej, czytałam jakiś artykuł o niej w "Wysokich Obcasach". 
Artykuł jak artykuł, nie jestem jakąś psychofanką Osieckiej, ale jedna rzecz z tego artykułu zapadła mi  głęboko w pamięć. Była to historia sąsiada poetki. Człowiek ten powiesił się z biedy. Po prostu - był tak zmęczony codziennością, że zarzucił pasek na lampę nad stołem i zakończył swój trudny żywot. I byłaby to zupełnie codzienna, jedna z wielu tragedii, ale pewno wydarzenie sprawiło, że to samobójstwo stało się wręcz groteskowe.
Otóż na stole leżał los na loterię, dwie godziny po tym, jak ten nieszczęśnik zakończył żywot, na los padła główna wygrana. 
Morał, który z tej historii wyciągnęła Osiecka? - jeśli chcesz popełnić samobójstwo, zawsze zaczekaj przynajmniej dwie godziny, bo nigdy nie wiadomo, co może się zdarzyć w tym czasie.



Nie będę pisać o depresji, o jej przeżywaniu i o tym, jak dobrze ją rozumiem. Fakt, miałam w życiu kilka(dziesiąt) gorszych momentów, ale moje "doły" nigdy nie trwały zbyt długo. Wiem tylko tyle, że depresja to choroba, którą trzeba leczyć, jak każdą inną chorobę. W najbliższym otoczeniu miałam też przykład dwóch sposobów na pomaganie osobom, które z depresją musiały się zmierzyć. Pierwszy - tradycyjny, wystarczyło: "Rozumiem cię, możesz na mnie liczyć, to poważne, umówię wizytę z dobrym specjalistą". Drugi był odrobinę bardziej dosadny - za fraki i na leczenie. Ale nawet nie zdajecie sobie sprawy, jak miło jest potem spotkać kogoś, kto mówi ci: "Gdyby nie ta interwencja, mógłbym teraz nie mieć taty". Ktoś ma tatę czy chłopaka, bo ktoś inny nie zbagatelizował problemu i zareagował.

Wiecie, dlaczego nie wolno zabijać - tak siebie, jak i ludzi? Bo zawsze zostanie ktoś, kto będzie płakał.

116 123 – Telefon zaufania dla osób dorosłych w kryzysie emocjonalnym
22 425 98 48 – Telefoniczna pierwsza pomoc psychologiczna
116 111 – Telefon zaufania dla dzieci i młodzieży
801 120 002 – Ogólnopolski telefon dla ofiar przemocy w rodzinie „Niebieska Linia”
800 112 800 – „Telefon Nadziei” dla kobiet w ciąży i matek w trudnej sytuacji życiowej


Więcej o tym, dlaczego postanowiłam popełnić taki wpis, można przeczytać u StayFly.

czwartek, 11 czerwca 2015

Jak żyć będąc osobą marnotrawiącą czas i rozpaczliwie niezorganizowaną

Yep, w obliczu postów z cyklu: "Jak uporządkować swoje życie", "Budda i sprzątanie w szafie" itp. postanowiłam pochylić się nad życiem jednostek patologicznych.

Niezorganizowana jestem właściwie od zawsze. Już w podstawówce zapominałam o zadaniach domowych, a potem odrabiałam je w łazience na parapecie, oraz w dzikim popłochu. Niemniej jednak, chociaż nie zrobiłam kariery i nie zdążyłam być w Tokio, zdążyłam jednak skończyć (na razie jedne) studia i pojechać do Paryża. Ojej, nie zdążyłam też zostać mamą - to pewnie przez ten Paryż i specjalizację (edytorska się liczy?).
Ale nie ma co drzeć szat i posypywać głowy popiołem. Warto za to zastanowić się, w jaki sposób osoba taka jak ja, która często miewa problemy z jednoczesnym chodzeniem i oddychaniem, jest w stanie jakoś ogarniać swoją przeładowaną rozrywkami rzeczywistość? Przemyślawszy to, doszłam do takich wniosków:

1) super moce - a właściwie ich świadomość. Wiem na przykład, że na kolosa ze słownictwa jestem w stanie nauczyć się w 1,5 godziny i dostać ocenę pozytywną. Wiem, że w ciągu godziny jestem w stanie popełnić trzy artykuły o objętości 2000 znaków b/s, oraz że jeżeli ktoś mówi nam, że coś jest "potencjalnie możliwe", to oznacza to, że jest też możliwe praktycznie, jeżeli będziemy wystarczająco upierdliwi. Dzięki tej świadomości swoich super mocy (gdybym była avengersem, miałabym ksywę Last Minute) JAKOŚ ogarniam, chociaż wciąż jestem niewyspana. 

2) Wartościowanie obowiązków - robię to prawdopodobnie od pdostawówki, dzieląc zadania na te, które muszę zrobić w domu, bo sama sobie z nimi nie poradzę, i na te, które mogę odrobić w łazience na oknie. Teraz za to dzielę zadania na te, na których zarabiam, i na całą resztę.

3) Delegowanie obowiązków - czyli mój nowy, ulubiony termin. To całkiem proste, jeżeli ktoś jakąś prostą, chociaż upierdliwą czynność może wykonać za ciebie, to pozwól mu na to. Odwdzięczysz się kiedy indziej, gdy będziesz mieć więcej czasu.

4) Korzystanie z udogodnień - w liceum była to, no cóż, szkoła muzyczna (bo ja nie mogę bo gram egzamin itp. :>), na drugich studiach jest to Indywidualny Tok Studiów. Jest sporo sposobów na to, żeby ułatwić sobie życie, warto się rozejrzeć i popytać w dziekanacie, czy nawet u pracodawcy.

Jasne, często żałuję, że nie jestem jedną z tych osób, które mają idealny porządek na biurku, zawsze wiedzą, co było zadane i w terminie rozliczają się z każdego zlecenia. Wiem jednak, że nigdy taką osobą nie będę. Próbowałam, założyłam nawet kalendarzyk! W efekcie jest jeszcze gorzej, bo zapominam sprawdzać, co w nim zapisałam, a wcześniej przynajmniej usiłowałam sama pamiętać. Mogę jednak próbować dopasować swoją rzeczywistość do swojego charakteru i jakoś sobie radzić. No bo wiecie, jak to mówią...


piątek, 5 czerwca 2015

Muzyka klasyczna przekraczająca ludzkie pojęcie

Lubicie muzykę klasyczną? Nie? Spoko, nic nie szkodzi, bo to, co mam Wam dzisiaj do zaproponowania, zdecydowanie łamie wszelkie bariery i przekracza ludzkie pojęcie. ;)
Moim muzycznym odkryciem ostatnich dni jest chorwacki duet wiolonczelistów. Brzmi pretensjonalnie, prawda? Ale, jak nietrudno się domyślić, wcale takie nie jest.

Niewielka dygresja - dobierając muzykę, literaturę i dzieła kinematograficzne kierują się jedną zasadą - mają mnie przede wszystkim nie męczyć. I tak na przykład nie słucham Pendereckiego, chociażby wypadało, unikam jak mogę dzieł Żeromskiego, chociaż przez wzgląd na moje wykształcenie wypadałoby mi znać je na pamięć, a jeśli o filmy - to raczej nie sięgam po coś tylko dlatego, że "nie można tego nie zobaczyć i nazywać się kulturalnym człowiekiem". Oezu, zresztą, co się będę tłumaczyć - nie i już.

Wspomniany we wstępie wiolonczelowy duet cieszy mnie podwójnie - chłopcy nie tylko są znakomitymi instrumentalistami, ale przy okazji mają doskonale wyreżyserowane teledyski! I pomimo współczucia, które żywię dla ich biednych wiolonczeli, po prostu nie mogę oderwać od nich oczu (no i uszu).

Tym bardziej, że duo jest naprawdę przyjemne i powoduje, że definicja synestezji nabiera całkiem materialnych kształtów. :>

Dobra, żeby nie przedłużać w ten weekendowy piątek, zostawiam Was z 2Cellos, a sama lecę odreagowywać. Pa!


A, no i tego, Luka jest mój.


poniedziałek, 1 czerwca 2015

Jestem dzieckiem po szkole muzycznej, dam radę

Źródło

Nie wiem, czy też mieliście ich u siebie. Chodzili zawsze z jakimś futerałem na plecach lub w ręce, z torby i wszystkich teczek wysypywały się im nuty. Mieli błędny wzrok, cienie pod oczami, wiecznie się gdzieś śpieszyli i przy tym byli wiecznie spóźnieni.

Dzieci ze szkoły muzycznej.

Ty narzekałeś, że znowu majza i biola, i że siedzisz w szkole do 16, no to kiedy się na to uczyć? Oni wzruszali ramionami i szli na kształcenie słuchu. A potem, kiedy ty wychodziłeś z kolegami na niedozwolone piwo, oni biegli na instrument. Obowiązkowo. Instrument to świętość.
Byli raczej szczupli (no bo kiedy jeść przy takim trybie życia), uczyli się tak sobie, nieźle, lub bardzo dobrze - nigdy źle. Teoretycznie nie mieli na nic czasu, ale w praktyce mieli go na wszystko. Kręciło się nad nimi głową powtarzając: "Biedne dziecko", ale oni byli w gruncie rzeczy szczęśliwi, bo w większości przypadków nikt ich nie zmuszał do tego, co robili, nie wspominając o tym, że większość z nich robiła to, co kochała.

Ciągle o czymś zapominali, coś przeoczali, przekładali, ale ostatecznie z każdej sytuacji wychodzili obronną ręką. Szli poprawiać ocenę z geografii, a potem grali egzaminy końcowe. Pisali maturę z polskiego, a później biegli grać egzamin dyplomowy. 

Przeżyłam tak cztery lata - całe gimnazjum i pierwszą klasę liceum. Dużo osób pyta mnie, co mi to dało, to granie na, buehehe, flecie poprzecznym. Wzruszam ramionami i odpowiadam, że teraz umiem czytać nuty. A potem idę robić to, co muszę, i to, co lubię, i zgadnijcie? Na wszystko mam czas (chociaż wciąż jestem niewyspana), bo jestem przecież dzieckiem po szkole muzycznej, więc na pewno dam radę. ;)