niedziela, 24 maja 2015

Pięć powodów, dla których warto nosić sukienkę


Uwaga, bez rozwiązania poniższego tekstu dalsza lektura nie ma sensu!



Sukienki - jedni z nas (tak, wliczam płeć męską w tym genderowym ujęciu) je kochają, inni nienawidzą (ewentualnie wolą oglądać na innych przedstawicielach homo <miejmy nadzieję> sapiens). Osobiście uważam jednak, że w pewnym wieku warto zacząć sukienki doceniać. Umówmy się, kiedy mamy to naście lat i jeszcze nikt nie patrzy krzywo, gdy włazimy za kotem na drzewo lub przeskakujemy przez ogrodzenie, sukienka faktycznie może nie być najwygodniejszym możliwym rozwiązaniem odzieżowym. Ale kiedy już osiągamy sędziwy wiek lat dwudziestu paru, w którym to do kota wzywamy strażaków, a ogrodzenie wolimy obejść, może się okazać, że sukienka nie tylko jest efektownym rozwiązaniem na co dzień, ale też sporo w życiu ułatwia.

1) Sukienka, z racji tego, że ma od razu górę i dół, pozwala zaoszczędzić rano całkiem sporo czasu. Tak to siedzi(eli)ałybyśmy i zastanawiały się, czy wybrać biodrówki, szwedy, cygaretki, rybaczki, boyfriendy, czy spodnie z podwyższonym stanem, a sukienkę po prostu wyciągamy z szafy i wrzucamy ją na grzbiet.


2) Przy odpowiedniej sukience nie musisz się malować - serio, wystarczy, że sięga przed kolano i założymy do niej trzycentymetrowy obcas. Nikt wtedy nie zauważy, że nie mamy makijażu/fryzury/paznokci/ogólnie czasu.
3) W sukience (zwłaszcza takiej przed kolano) zdecydowanie łatwiej przejść przez ulicę na zebrze pozbawionej świateł. Nawet autobus się zatrzyma. 


4) I czy muszę wspominać o 30 stopniowych (daj Boże amen) upałach? Wtedy nawet męscy mężczyźni zazdroszczą nam opcji z przewiewem między nogami!
Źródło

5) No i ostatnie, ale nie najmniej ważne (perfidna kalka z angielskiego <3), BABCIA w końcu będzie szczęśliwa, że wyglądamy jak dziewczynki (może pomijając opcję genderową, ale wtedy wystarczy, że poprosimy o dokładkę i wszystko powinno znowu grać).

Sumując to wszystko (i wliczając do działania babcię) wychodzi na to, że sukienka to jeden z lepszych wynalazków ludzkości. Zresztą, wszystko co pozwala zaoszczędzić rano do piętnastu minut snu więcej (i sprawia, że babcia jest szczęśliwa) zasługuje na Nobla.

czwartek, 21 maja 2015

Co w naszym życiu zasługuje na miano wydarzenia

Przeciągając myśl z tytułu i patrząc całkiem poważnie na to, co się dzieje na fejsbuczku, dochodzę do wniosku, że wszystko. Wygląda na to, że wydarzeniem obecnie mogą być urodziny naszego kota, przebiegnięcie 100 kilometrów w miesiąc (nie taki mega wynik, jakby się nad tym głębiej zastanowić), a także podjęcie nauki języka poprzez czytanie artykułów.

Nie zrozumcie mnie źle (chociaż i tak część osób to zrobi), nie mam nic przeciwko motywacji. Odpowiednia motywacja jest spoko, jest fajna, ale zastanówmy się całkiem poważnie - czy spamowanie (mi i wszystkim innym) tablicy faktycznie w czymś komuś pomaga? Sprawdźmy:

1) Wydarzenia sportowe: czyli wszystkie "Brazylijskie pośladki w trzy tygodnie", "Brzuszek jak deska w trymiga", "Pięć minut na bieżni w 30 sekund" itp. Całkiem poważnie zastanawiam się, ile osób faktycznie to zmotywowało? Jakoś spotykając się z tymi wszystkimi uczestnikami brzuszków, pośladków i przedramion nie zauważyłam specjalnej zmiany, chociaż nie jestem w stanie zweryfikować czasu na bieżni.


2) Wydarzenia kulinarne: i nie chodzi mi tutaj o te fajne, które reklamują targi, spotkania itp. Chodzi mi o takie w stylu "szklanka warzyw do każdego posiłku", "pięć porcji roślin dziennie" czy inną wege/paleo/raw/glutenfree propagandę. NA CZYM to polega? Robicie sobie wideokonferencje z innymi członkami wydarzenia i pokazujecie sobie nawzajem swoje talerze? A nie lepiej byłoby tym celu założyć zamkniętą grupę, jak na przykład "Grupa wsparcia detoksu cukrowego" Kasi z Cook it Lean? Odrobina prywatności zachowana, a nasze obłąkanie nie dotyka szerszej części niezainteresowanego społeczeństwa.

No ja się lecę mierzyć!

3) I na koniec inspiracja mojego wpisu, czyli niezwykle popularne ostatnio wydarzenia o zabarwieniu politycznym: "Głosuję na Kukiza", "Nie głosuję na PO", "Głosuję na Daenerys Targaryen, więc zniszczę kartę do głosowania i oddam nieważny głos, który KURWA NIC NIE ZMIENI" i inne tego typu. Po pierwsze moi drodzy - głosowanie nie musi być jawne. Ba, wręcz nie powinno być. Po drugie, ja też bym bardzo chciała móc zagłosować na Cthulhu, bo głęboko wierzę, że jedyną rzeczą, która może pomóc temu światu, jest podpalenie, zaoranie i zaczęcie od nowa, ale zgadnijcie co? NIE DA SIĘ, bo (wierzę, że) Wielcy Przedwieczni dalej śpią i pewnie jeszcze pośpią. No i w końcu po trzecie - jeżeli ktoś jest na tyle głupi, żeby zmarnować swoją szansę na oddanie głosu (a wygląda na to, że takimi brakami w inteligencji może poszczycić się 50%  społeczeństwa), to żadne wydarzenia na buniu i tak mu nie pomogą.


Dlatego proszę, tak ślicznie i z wisienką na czubku, jeżeli coś nie dotyczy wydarzenia faktycznego, fizycznego, użytecznego i/lub ciekawego, typu zbiórka odzieży dla potrzebujących, jakiś fajny flashmob (byle nie z zumby, nie lubię zumby), targi żywieniowe, to błagam, nie mieszajcie mnie w to. Naprawdę jestem w stanie sama zadbać o swoją tężyznę fizyczną, zmotywować się do nauki języka czy wziąć dowód i pójść zagłosować.

Ujmując rzecz w czterech słowach: moi drodzy, odwalcie się.

czwartek, 14 maja 2015

Respect their authority! - czyli czego NIE robić w górach

Właśnie przed sekundą pani w radiowej Trójce chwaliła się, że w długi weekend pojechała w Tatry. I wyszła na szlak. Fajnie, że wyszła, fajnie, że pojechała. Aktywne spędzanie czasu zawsze na propsie. Tylko że ta pani, bardzo mądra pani psycholog z Warsiawy, poszła na ten szlak w tenisówkach. I zgadnijcie co? Śnieg na szlaku leżał! W maju! Ohohoho, doskonała anegdotka.

Jako osoba, która, od szóstego roku życia chodzi po górach i wychowała się na terenach raczej pagórkowatych (Pogórze Rożnowskie, dzie moje kierpce!) bez większych problemów wychwytuję wszelkie debilizmy, które w górach robią "turysty". Wychwytuję i ubolewam. Ale przejdźmy do rzeczy, czyli listy tego, czego w górach się nie robi!


1) Wychodzenie na sześciogodzinny szlak z dwójką dzieci i jednym bananem, czyli "To tylko kilka godzin, na co nam więcej jedzenia" - ja nie wiem, jak reszta świata, ale ja w górach jestem głodna, ciągle. Zresztą, osoby, które ze mną chadzają, mogą potwierdzić. Na kilkuosobową grupę dwa bochenki chleba, smarowidła i 1,5 litra wody na łeb niezależnie od pogody to absolutne minimum. Do tego oczywiście nieśmiertelna gorzka czekolada, która pełni funkcję batona energetycznego i hajda. Możemy biegać po połoninach do zmierzchu! A właśnie...
2) Bieganie - nie jestem najlepszym przykładem, bo niestety po górach bardziej biegam, niż chodzę, ale umówmy się, że ja to ja, znam swoje ograniczenia, umiem odczytywać trasę (ewentualnie co robić, kiedy już się zgubię :P) i w końcu wiem, kiedy należy zwolnić. Dużo osób jednak, zwłaszcza takich, których jedynym górskim doświadczeniem jest wejście na Morskie Oko w czwartej klasie podstawówki, nie wie tych rzeczy. Dodajmy do tego pro-trekingowe obuwie model z Bonprixa i tragedia gotowa. A właśnie...
3) Buty - wiadomo,  kiedy pogoda jest ładna od dłuższego czasu, a szlaki suche, praktycznie każdą trasę zrobimy w adidasach. Ale kiedy już wybieramy się na taką Śnieżkę czy Orlą Perć, to - niezależnie od pogody - adidasy nie są obuwiem zalecanym. Właściwie to dłuższą trasę w adidasach zdarzyło mi się robić raz, a i to tylko dlatego, że rozpadły mi się treki (w trakcie schodzenia ze Śnieżki właśnie), a przede mną było jeszcze kilka dni obozu wędrownego. Do czego zmierzam jednak - góry to nie jest wybieg. Cieszę się, że masz piękne nowe trampki, ale może zostaw je w schronisku i załóż coś, w czym nie skręcisz sobie nogi na pierwszym kamieniu?

Trzy Korony stajl, kolekcja lipiec 2014. Uprzedzę pytania - padało. A później padało jeszcze bardziej.
4) Dzieci w nosidełkach (w deszczowy dzień przy podejściu na Trzy Korony, dumny ojciec w adidasach) - czy ja to muszę rozwijać?
5) "Na co mi mapa, mam GPS w komórce!" - zaskoczę cię, kiedy już zgubisz się na niebieskim szlaku przy podejściu na Przehybę, to może okazać się, że GPS nie działa. Byłam, odkryłam, dobrze, że na grupę mieliśmy dwie mapy i kilka osób, które umiały te mapy odczytać. Ale tak poza tym, to telefony komórkowe są spoko i warto je przy sobie mieć, tylko...

Źródło
6) Na litość boską i ludzką, wyłączcie je, kiedy w górach złapie was burza! Ogólnie TOPRowcy zalecają w takich przypadkach niewychodzenie ze schroniska, ewentualnie, jeżeli burza zaskoczy nas na szlaku, zejście jak najniżej, wyłączenie telefonów, pozbycie się z kieszeni wszystkich metalowych przedmiotów, zwinięcie się w kulkę na plecaku i czekanie. Gumowe płaszcze przeciwdeszczowe też są spoko. Pamiętacie z Pokemonów, że guma nie przewodzi prądu?

7) Ubranie - góry to nie deptak w Ciechocinku. To, że rano jest ładnie i ciepło, wcale nie oznacza, że do wieczora nie nabawicie się odmrożeń. Z drugiej strony, to, że na połoninie wieje i jest przyjemnie, wcale nie oznacza, że po zejściu nie odkryjecie zdumieni, że macie kolor radzieckiej flagi. Wychodząc na szlak zawsze warto mieć w plecaku sweter ORAZ szorty, a także krem z filtrem. Na plecy koszula flanelowa (sprawdzi się w każdych warunkach atmosferycznych), na podorędziu chusteczka lub czapka.

Górska rewia moda - treki, kurtki przeciwdeszczowe, osłonki na plecak i chlapacze (ewentualnie szorty). W tel widok z Tarnicy. <3

 
Robi się ładnie i ciepło, zapewne za jakiś czas wiele osób uzna, że Bieszczady, Tatry czy Pieniny to fajny pomysł na weekendowy wypad. A jeżeli tak się stanie, to fajnie byłoby nie robić z siebie kretyna, nie iść w sandałach na Tarnicę i nie wzywać TOPRu, bo zasłabliśmy na szlaku. Tak właściwie to fajnie byłoby w ogóle wrócić z tych gór, prawda?

Ktoś coś by dodał od siebie?

sobota, 9 maja 2015

Od kalafiora do względnej równowagi

Tekst pojawił się zupełnym przypadkiem jakiś czas wcześniej, bo nie umiem w bloggera. Teraz przedstawiam formę ostateczną (i jeszcze bardziej przydługą). 


Źródło
Czyli o tym, jak przestałam maskować niedoskonałości, a zaczęłam dbać o cerę.

Gdybym mogła cofnąć się w czasie podeszłabym do półki  z kosmetykami dwunastoletniej siebie i wywaliła jej wszystkie produkty do śmieci. A potem nie wiem, co bym zrobiła, bo w tamtych czasach oferta kosmetyczna była raczej uboga, ale podejrzewam, że dwunastoletnia ja zrobiłaby lepiej, gdyby nie robiła z twarzą nic, niż ciągle powielała ten sam kosmetyczny schemat, który to schemat po pewnym czasie mógł doprowadzić do choroby alkoholowej przez samą osmozę.

1) Różowe lata gimbo-licealne

Ówczesny schemat pielęgnacyjny wyglądał tak:
1) Żel ze slesami pachnący jak grupka maturzystów w po zakończeniu matur.
2) Tonik, którym z powodzeniem można by czyścić armaturę kuchenną.
3) Nic.

Efekty możecie sobie wyobrazić, zwłaszcza, że nie należałam do tych nielicznych szczęśliwych istot, którym natura poskąpiła problemów z cerą w wieku dojrzewania. Dodatkowo moje nieszczęście potęgowały doskonałe porady w stylu :"Wystawisz buzię do Słońca, to ci to wszystko wysuszy" oraz "Zrób sobie maseczkę z samej soli, zobaczysz jak pomoże". Trochę żałuję, a trochę się cieszę, że nie mam zbyt wielu zdjęć portretowych z tego radosnego okresu. Dodam jeszcze tylko, że uprzejmi koledzy z mojego wionącego patologią gimnazjum zwracali się do mnie pieszczotliwe per "Pryszczol", słodkie, prawda?

Później przyszło liceum. W liceum przez chwilę było nieźle, prawdopodobnie dlatego, że hormony przestały wyczyniać dzikie harce, ale potem, w okolicach studniówki, odkryłam podkłady. Na swoją zgubę, dodajmy. Na szczęście odkryłam również kremy nawilżające i koncepcję demakijażu.

Niestety, koncepcję demakijażu szybko porzuciłam, uznając, że przecież żel wystarczy (zgadnijcie co, nie wystarczy!).

Źródło

2) Studia i pierwsze sygnały, że coś tu nie gra

I tak sobie siedziałam na tej dermatologicznej huśtawce, szukając drogi pielęgnacyjnej dla siebie i maskując niedoskonałości czym popadło, aż nagle przyszło pierwsze "halo". Pewnego poranka, kiedy to snułam się saute po rodzinnym domu, Mamusia patrząc na mnie stwierdziła, że "wiesz, chyba przesadzasz z tymi mazidłami, bo jest spora różnica, kiedy masz coś na twarzy, a kiedy to zmyjesz". Olałam, bo przecież o to chodzi, żeby była różnica, nie (nie, wcale nie)?

Ja, okolice drugiego roku studiów. A to nie wszystko, czym mogłam się pochwalić na czole (na poprawkę warto też wziąć fakt, że już miałam na twarzy tapetę).

Drugie "halo" pojawiło się, kiedy marudziłam koleżance na wągry oraz na to, że żadną (drogeryjną) maseczką nie mogę się ich pozbyć. Koleżanka powiedziała wtedy: "A wiesz, jak zaczęłam zmywać makijaż mleczkiem przed normalnym myciem, to to jakoś pomogło". Zaintrygowana poleciałam po mleczko.
Trzecie "halo" było powiązane z zainteresowaniem się blogami. Odkryłam wtedy Cukra (o której wspominam tu) oraz kremy BB. ORAZ TO, ŻE KOSMETYKI KOLOROWE MAJĄ W SKŁADZIE SILIKONY, KTÓRE NAWARSTWIAJĄ SIĘ NA TWARZY ROBIĄC Z NIEJ JESIEŃ ŚREDNIOWIECZA.


I stąd  już właściwie droga do osiągnięcia względnej normalności była stosunkowo krótka. Na początku rzuciłam na twarz wszystkie nowo zasłyszane cudowności, potem trochę zwolniłam, zaczęłam myśleć (aua). Naumiałam się trochę w składy, odkryłam, że droższe znaczy po prostu droższe, a nie lepsze, i w końcu powolutku doprowadziłam twarz do stanu, w którym bez makijażu wyglądam jedynie jak osoba bez makijażu, a nie przykry przydatek dermatologiczny. 

Oczywiście zdaję sobie sprawę z faktu, że nie u wszystkich zadziała to podobnie. Są alergicy, których ekoprzyjazne kosmetyki mogą zabić, są osoby cierpiące na różne paskudne schorzenia typu trądzik różowaty, AZS czy ŁZS, ale z drugiej strony są też dziewczyny takie jak ja. Którym WYDAJE SIĘ, że mają problem, a tak naprawdę mają cerę zapchaną przez kolejne warstwy kremów i podkładów. To trochę jak z grubasami - niewielki procent z nich faktycznie cierpi na jakieś schorzenie, ale reszta po prostu ma "beznadziejny metabolizm" i "takie geny".

P.S. I tak na dokładkę fajny post o tym, jak problemy skórne mogą być powiązane z problemami zdrowotnymi, klik. U mnie wygląda to tak, jakbym miała delikatne problemy z wątrobą...