środa, 29 kwietnia 2015

Dla kogo nie mam się w co ubrać

O tym, że wszystko, co robimy ze swoim ciałem, robimy dla nas, nikogo nie muszę przekonywać, prawda? W końcu każda(y) z nas jest silną, niezależną, pewną siebie kobietą (czy innym bytem o dowolnej płci), która gra w gry, ma mnóstwo zainteresowań, zrównoważoną szafę pełną jednolitych stylistycznie ubrań, dwa koty i paprotkę (ewentualnie demoniczną miętę i kubek z Tatusiem Muminka).

Jedna z obiegowych opinii brzmi, że kobiety stroją się i malują po to, żeby podobać się mężczyznom. Niechcący sprawdziłam to w kilku sytuacjach, a ostateczne efekty były takie:
1) Po treningu capoeiry musiałam się szybko przetransportować na inną salę. Nie było czasu się przebrać, więc narzuciłam na plecy sztruksową, brązową marynarkę, na tylnie odnóża wdziałam trzewiki, a całość mimowolnie została zestawiona z białymi piżamo-gaciami, stanowiącymi tradycyjny strój każdego kłapoucha (czyt. capoeristy). Wyglądałam jak idź i nie wracaj. Kolega podsumował moją "stylizację" jako świetną i stwierdził, że koniecznie powinnam kupić białe spodnie.
Voici - białe gacie, do szaleństwa twarzowe. W dodatku już po trzech minutach treningu widać, czy podłoga na sali była myta. <3

2) Nie tak dawno, biegnąc z bratem na trening ergometru  ("ciągnę więc jest metr" - wiecie, ergo+metr, śmieszne, nie?), który miał miejsce o ósmej rano w piątek wyraziłam podziw dla dwóch dziewcząt, które już o tej nieludzkiej godzinie miały na twarzy pełen makijaż i zrobioną fryzurę. Brat popatrzył na mnie szyderczo: "Ale przecież ty też masz zrobiony makijaż" - a widząc szok i niedowierzanie na mojej opuchniętej z powodu braku snu twarzy, spytał zszokowany - "Ojej, nie masz?".

Druga obiegowa opinia brzmi, że ćwiczymy po to, żeby złapać samca i się rozmnożyć. Tak, na pewno:
1) Znajoma narzekała chłopakowi, że po tabletkach hormonalnych zrobił się jej cellulit na udach. Chłopak zrobił wielkie oczy i zadał dwa pytania: "Gdzie?" oraz "A co to jest cellulit?". 

Wniosek nasuwa mi się jeden i został już sprytnie zamieszczony we wstępie - wszystko robimy dla siebie! I jeśli rano nie mamy się w co ubrać i spóźniamy się na zajęcia, to również dlatego, że się sobie nie podobaliśmy. Właściwie jedynie mój chłopak architekt potrafi stwierdzić, kiedy mam tusz na rzęsach, a kiedy jestem całkowicie sauté, ale możemy uznać, że z tytułu przyszłego zawodu jest wyczulony na detal i mieści się w granicach błędu statystycznego (zresztą związki z artystami* nigdy nie należy do prostych, prawda?).

Po prawej - demoniczna mięta Konstancja, po lewej - wspomniany kubek, po środku - mój sposób na zachowanie równowagi psychicznej w ostatnich dniach.
 

*Chociaż na dobrą sprawę to architekt jest taką świnką morską - tak jak świnka morska nie jest ani świnką, ani morską, tak architekt to taki ni artysta, ni inżynier.

poniedziałek, 20 kwietnia 2015

Czy kupowaniu prezentu kobiecie musi być drogą przez mękę


- Byłem w Smyku. - oświadczył Miś z nutą lekkiego niedowierzania, pomieszanego z rozbawieniem i zniesmaczeniem, w głosie.
- ? - wyraziłam uprzejme niezrozumienie dla jego poruszenia.
- Byłem w Smyku szukać dla ciebie prezentu! - i po tym obwieszczeniu z radością pojęłam, że w końcu załapał proste mechanizmy kierujące sposobami na uszczęśliwienie mnie.

Wiem, że takich wpisów po blogosferze krąży cała masa. Twórcy na ogół piszą, że kluczem do sukcesu jest obserwacja, słuchanie i notatki. Znajomość drugiej osoby, nadludzka empatia i sprawdzanie historii przeglądarki. 
Może to i prawda, ale takie triki sprawdzają się raczej w przypadku kobiet, które, jak wszyscy wiemy, z natury są wścibskie i pamiętliwe. Ale jak zmusić do kupienia idealnego prezentu modelowy przykład samca alfa?

Można próbować metodą na "niech się domyśli", czyli przeglądać przy nim alledrogo, wachlować go katalogami i bombardować linkami do jebaja.

Można zaciągnąć siłą do sklepu, chwycić za kark i, tłukąc jego łbem o szybę w odpowiednim miejscu, powtarzać "to".

Można też zaniechać przemocy i nie łudzić się naiwnie, że "przecież się domyśli, bo jest w MENSie", tylko zwyczajnie i po ludzku zrobić mu listę rzeczy, których w danym momencie pożądamy. Najlepiej opatrzoną odpowiednimi linkami lub obrazkami oraz strategicznie rozmieszczonym memem "mom please". ;)  

Warto też przyjąć jakieś widełki cenowe, bo przez "posługiwanie się listą" rozumiem wybór konkretnej pozycji, ewentualnie dwóch. Dzięki temu prezent wciąż pozostaje niespodzianką, a my nie dostajemy kolejnego pluszaka 2x2 metry lub za małej bielizny, ewentualnie własnego faceta zapakowanego we wstążkę (no chyba, że mamy te rzeczy na liście).

źródło

W moim przypadku sprawa była trudna, bo mój egzemplarz samca alfa nie dość, że jest uparty, to jeszcze przy tym jest kreatywny, na szczęście z okazji tegorocznych urodzin udało nam się wypracować zdrowy konsensus ("przynajmniej jedna pozycja z listy, a z resztą rób co chcesz"), dzięki czemu z radością i satysfakcją stwierdzam, że tegoroczne urodziny były zdecydowanie owocne. Ja dostałam rzeczy niezbędne mi do szczęścia, a Misia kreatywność nie została stłamszona przez moje dyktatorskie zapędy. :)