poniedziałek, 23 marca 2015

Faits divers

Dzień zaczął się nijako.
Po wydaniu za mąż najlepszej przyjaciółki i karkołomnym powrocie Polskimbusem* z Warszawy na granicę z Podkarpaciem oraz związanych z tym dwóch słabo przespanych nocach miałam nadzieję, że wyśpię się dzisiaj. Zajęcia na 13 i w ogóle #pierszwyświat.
Nie wyszło.
Spanie do 10 jest w moim domu tym rodzajem dyscypliny sportowej, której uprawianie wymaga ogromnej ilości samozaparcia i nerwów ze stali. W związku z tym, ponieważ jestem istotą słabą, nie wyspałam się i tym razem. Potem runęła na mnie lawina małych nieprzyjemności; ktoś mi zeżarł chlebek kokosowy, w 1/3 drogi na uczelnię padła mi bateria w mp3, a na koniec odkryłam, że odpadł mi guzik od mojego absolutnie pretensjonalnego, zielonego żakietu. I to nie odpadł tak, jak wszystkie guziki, nie! Został w dziurce razem z fragmentem materiału**. Już miałam zawrócić i zignorować ten zapowiadający się nędznie poniedziałek, ale nagle, zupełnie niepodobnie do samej siebie, stwierdziłam, że nie. Pójdę. Pójdę, bo jestem ciekawa, czy będzie już tylko gorzej, czy może jednak będzie lepiej.
I było lepiej. 
Guzik się znalazł (w dziurce), na słownictwo pani prowadząca zajęcia przyniosłam francuskie sery, bagietkę, winogrona i crème brûlée (co prawda chyba surowy i z Lidla, więc nie można było kruszyć łyżeczką skorupki***, ale i tak, wspominałam już, że kocham moje studia?), koleżanka wręczyła mi drobne upominki za prezentację wygłoszoną z okazji Frankofonii, między którymi znalazłam francuskojęzyczną, uproszczoną wersję "Dwudziestu tysięcy mil podmorskiej żeglugi", którą i tak planowałam kupić, a na koniec z niezależnego źródła usłyszałam, że mam ładne nogi.

Czy ja już wspominałam, że kocham moje studia?
Miło jest mieć pod wieczór ładne nogi, nawet jeśli to strasznie seksistowskie.
Mam nadzieję, że nie spisywanie dni na straty wejdzie mi w nawyk. ;)

*Od 2012 jeżdżę Polskimbusem i jeszcze ani razu nie dostałam tego legendarnego ciastka i soczku. Łaj?!
**Pretensjonalny żakiet wyciągnęłam z szafy dziadka, noszę go od roku od momentu kiedy temperatura zaczyna sięgać 0 do momentu, kiedy temperatura spada do 0 st. C. W momencie wyciągania z szafy dziadka już był nie wiadomo jak stary.
***

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz