poniedziałek, 30 marca 2015

Gdzie pracuję, kiedy pracuję w domu

Praca w domu to taka świetna sprawa! Można pracować kiedy się chce, nie trzeba robić makijażu i lodówka jest zawsze pod ręką!
No chyba, że przy okazji studiuje się dziennie i mieszka w domu pełnym ludzi.
Jestem przypadkiem pracującym zdalnie, dającym korepetycje, a przy tym studiującym dziennie. Niby wszystko spoko, bo przecież pracę zdalną można sobie wykonywać "w wolnej chwili", korepetycje daję w rodzinnej firmie mieszczącej się piętro niżej, a na romanistyce w końcu praktycznie nie ma zajęć. Da się ogarnąć bez problemu, prawda?
Za przeproszeniem, ten typ prawdy to akurat gówno prawda.
Po jednym semestrze takiego życia uznałam, że biorę Indywidualny Tok Studiów (jak połowa mojego dwunastoosobowego roku zresztą :P), a po drugim - że pracę w domu muszę zamienić na pracę mobilną. Teraz spłacam tablecik z klawiaturką, mam biedronkowy, folkowy futeralik i odkryłam, że najlepiej pracuje mi się...

1) ...Na uczelni

Moja uczelnia ma przestrzeń rekreacyjną, nazywaną przeze mnie roboczo przypizdrykiem, ewentualnie paśnikiem. W przypizdryku jest automat z ciepłymi napojami,  ławeczki ze stolikami i dwa kontakty. Ławeczki są co prawda niewiarygodnie niefunkcjonalne (pewnie po to, żeby się studenci nie zasiedzieli), ale ma to też swoją dobrą stronę - ból w kręgosłupie, przeciągi na korytarzu i twardość pod tyłkiem sprawiają, że staram się jak najszybciej zrobić to, co mam do zrobienia. I w ten oto prosty sposób paczkę artykułów, którą w domu pisałabym trzy dni, piszę w trzy godziny. Poza tym wi fi na mojej uczelni działa lepiej, niż sieć u mnie w domu (tak, mam bardzo nędzne połączenie internetowe).


2)...W bibliotece
Źródło
Bibliotekę odkryłam bardzo dawno temu, kiedy uczyłam się do piątej już poprawki egzaminu z gramatyki opisowej. Biblioteki są cudowne, cichutkie, a po skończonej pracy można wynieść sobie naręcze książek z cyklu Świata Dysku, bo przecież zasłużyliśmy i zrobiliśmy w 45 minut wszystko to, co normalnie zajęłoby nam całą ostatnią noc przed egzaminem. Tak było przynajmniej w mojej ukochanej BULe. Teraz niestety biblioteka jest biedniejsza, ale jej walory wciąż są nie do przecenienia. Minusem jest to, że obecnie moja uczelniana krynica mądrości zamykana jest o 16. Plusem są mięciutkie krzesła i ogrzewanie w sezonie zimowym. No i Internet działający jeszcze szybciej, niż wi fi na uczelni, nie wspominając już o sieci domowej. Aha, no i nie ma przeciągów.


3)...Wszędzie tylko nie w domu

Serio, pracowałam w różnych warunkach; w Polskimbusie relacji Kraków - Warszawa, na burgundzkim campingu owinięta w dwa swetry i koc, bo temperatura wieczorami spadała do 5 stopni (a w ciągu dnia byłam nieco zajęta przy zbiorach winogron i tłumaczeniu bandzie bab z Podkarpacia, że kiedy zarządcy rozmawiają między sobą to naprawdę nie spiskują, tylko opowiadają sobie o wędkowaniu), a nawet w domu mojego chłopaka, gdzie przecież jest cała masa rozpraszajek, takich jak kotek, piesek, czy rzeczony chłopak właśnie. I mówię Wam, wszędzie, ALE TO ABSOLUTNIE WSZĘDZIE, nawet w tym Polskimbusie, osiągałam lepszą wydajność, niż we własnym domu, przy własnym biurku, siedząc wygodnie na własnym, kwiatkowym modelu fotela numer 366 (który uratowałam od niechybnego sczeźnięcia na balkonie "bo to takie ze strychu zdjęłam, będzie na wieś jak znalazł" i obecnie traktuję jako wiano i lokatę kapitału).

Wniosek? Praca w domu jest najwydajniejsza poza domem.

poniedziałek, 23 marca 2015

Faits divers

Dzień zaczął się nijako.
Po wydaniu za mąż najlepszej przyjaciółki i karkołomnym powrocie Polskimbusem* z Warszawy na granicę z Podkarpaciem oraz związanych z tym dwóch słabo przespanych nocach miałam nadzieję, że wyśpię się dzisiaj. Zajęcia na 13 i w ogóle #pierszwyświat.
Nie wyszło.
Spanie do 10 jest w moim domu tym rodzajem dyscypliny sportowej, której uprawianie wymaga ogromnej ilości samozaparcia i nerwów ze stali. W związku z tym, ponieważ jestem istotą słabą, nie wyspałam się i tym razem. Potem runęła na mnie lawina małych nieprzyjemności; ktoś mi zeżarł chlebek kokosowy, w 1/3 drogi na uczelnię padła mi bateria w mp3, a na koniec odkryłam, że odpadł mi guzik od mojego absolutnie pretensjonalnego, zielonego żakietu. I to nie odpadł tak, jak wszystkie guziki, nie! Został w dziurce razem z fragmentem materiału**. Już miałam zawrócić i zignorować ten zapowiadający się nędznie poniedziałek, ale nagle, zupełnie niepodobnie do samej siebie, stwierdziłam, że nie. Pójdę. Pójdę, bo jestem ciekawa, czy będzie już tylko gorzej, czy może jednak będzie lepiej.
I było lepiej. 
Guzik się znalazł (w dziurce), na słownictwo pani prowadząca zajęcia przyniosłam francuskie sery, bagietkę, winogrona i crème brûlée (co prawda chyba surowy i z Lidla, więc nie można było kruszyć łyżeczką skorupki***, ale i tak, wspominałam już, że kocham moje studia?), koleżanka wręczyła mi drobne upominki za prezentację wygłoszoną z okazji Frankofonii, między którymi znalazłam francuskojęzyczną, uproszczoną wersję "Dwudziestu tysięcy mil podmorskiej żeglugi", którą i tak planowałam kupić, a na koniec z niezależnego źródła usłyszałam, że mam ładne nogi.

Czy ja już wspominałam, że kocham moje studia?
Miło jest mieć pod wieczór ładne nogi, nawet jeśli to strasznie seksistowskie.
Mam nadzieję, że nie spisywanie dni na straty wejdzie mi w nawyk. ;)

*Od 2012 jeżdżę Polskimbusem i jeszcze ani razu nie dostałam tego legendarnego ciastka i soczku. Łaj?!
**Pretensjonalny żakiet wyciągnęłam z szafy dziadka, noszę go od roku od momentu kiedy temperatura zaczyna sięgać 0 do momentu, kiedy temperatura spada do 0 st. C. W momencie wyciągania z szafy dziadka już był nie wiadomo jak stary.
***

środa, 18 marca 2015

Piekło internetowe

Co zrobiłam, kiedy umarł mój najulubieńszy z ulubionych pisarz?
Udostępniłam artykuł.
Wrzuciłam adekwatny cytat.
A na koniec wzbogaciłam kod mojego bloga o stosowny fragment kodu, dzięki któremu imię najulubieńszego pisarza będzie istniało w Internecie tak długo, jak długo będzie istniała sieć.

Jego imię brzmi w kodzie, w wietrze pośród olinowania, w przesłonach. Słyszałaś kiedyś powiedzenie „Człowiek naprawdę nie umarł, dopóki powtarzane jest jego imię”?

Zatem jeśli czegoś nie zmaściłam (chociaż po tym, że szablon wciąż wygląda tak samo źle, jak zwykle, ale nie gorzej, wnoszę, że wszystko się udało), to od teraz mój blog będzie przekazywał wiadomość "GNU Terry Pratchett" dalej.


Jeżeli lubiliście Pratchetta, ale o kodowaniu macie pojęcie takie, jak, nie przymierzając, ja, tutaj  znajdziecie stosowny artykuł. Co prawda po angielsku, ale głęboko wierzę, że jakoś sobie poradzicie.