wtorek, 24 lutego 2015

Polonistyka vs. romanistyka

Źródło
Drodzy ludzie, jak wspominałam kilka razy, studiuję filologię romańską z językiem francuskim. Jak wspominałam milion razy - swoją przygodę ze szkolnictwem wyższym zaczęłam od filologii polskiej, a potem, już z tytułem magistra w kieszeni, uznałam, że skoro to szukanie pracy jakoś się przeciąga, to można by sobie było znaleźć w trakcie tego procesu jakieś lepsze zajęcie, niż siedzenie w domu i użalanie się nad sobą. Zatem wypełniłam formularz, złożyłam papiery, et voilà.
Po mniej więcej półtora roku studiów i trzech sesjach chyba już mogę się jakoś nieśmiało wypowiedzieć na temat tego, jak mi się studiuje w porównaniu z tym, jak mi się studiowało. Pamiętajcie, że piszę post z perspektywy studenta dziennego uczelni państwowej w średnich rozmiarów mieście. Odczucia innych romanistów mogą się różnić w zależności od "renomy" uczelni. No to jazda!

1) Filologia romańska przy polonistyce to przedszkole. Chodzi mi głównie o ilość zajęć. Na polonistyce siedziałam niekiedy na uczelni od ósmej do ósmej. Na romanistyce też zdarzają się dni z debilnie ustalonym planem, który sztucznie wymusza na studentach przesiadywanie na uczelni, ale mimo wszystko raczej nie zdarza mi się wracać do domu bardzo późnym wieczorem. Ilość zajęć jest zwyczajnie mniejsza, dzięki czemu studiuje się łatwiej. Nie ma też tych zapychaczy z bloku A, B, C, D i Ź, które były koniecznie potrzebne do zbawienia, a wszelkie dodatkowe atrakcje są nieobowiązkowe.

2) Czy polonistyka jakoś wpływa na romanistykę? Tak, na pewno doświadczenie zdobyte na poprzednich studiach pozwala mi unikać pewnych błędów. Poza tym mam większą wiedzę ogólną, niż moi koledzy, co procentuje na przykład na zajęciach z literatury oraz pozwala mi bez większego problemu lawirować między strukturami gramatycznymi w dwóch różnych językach (w praktyce, bo z przerażeniem odkryłam, że moja wiedza teoretyczna w przypadku gramatyki opisowej obraziła się i gdzieś sobie poszła :P). Dodatkowo na polonistyce miałam łacinę i językoznawstwo, które wykładowcy bez większego problemu mi przepisali. W analogicznej sytuacji, kiedy przenosiłam się z Krakowa do Łodzi i miałam zaliczone kilka przedmiotów, które na UŁ dopiero były wprowadzane, wykładowcy zrobili wszystko, żeby mi nie ułatwić życia. Do tej pory nie ogarniam, dlaczego na jednej uczelni bez problemu przepisują wszystkie tróje, a na innej kręcą nosem na 3,5. Oczywiście nie można zapomnieć też o zwykłym studenckim obyciu - wiedziałam, jak przebiega sesja egzaminacyjna, jak wygląda egzamin ustny,  a jak pisemny, znałam swoje możliwości, jeżeli chodzi o uczenie się.

Żródło
3) Jak mi idzie i czy uczyłam się wcześniej francuskiego - idzie mi tak sobie. :D To znaczy utrzymuję średnią średnią 4,0 i zaliczam wszystko w terminach. Fakty są takie, że teraz studiuję i pracuję, więc czasu automatycznie mam mniej. Poza tym z dyplomem w kieszeni i tak nie przysługuje mi stypendium, nawet jakbym miała piątki z góry na dół i aktywnie działała we wszystkich kółkach i samorządach, więc nie widzę potrzeby zarzynania się dla oceny wyższej o pół stopnia. No i finalement, et ce qui n'est pas le moins important, nigdy wcześniej nie uczyłam się francuskiego. W życiu. Ani odrobiny! Zanim poszłam na studia, nie umiałam się nawet przedstawić! :D Znałam angielski, trochę portugalskiego, coś tam kojarzyłam z łaciny, no i jak większość, miałam romans z niemiecki oraz, jak wszyscy poloniści, krótki epizod ze staro-cerkiewno-słowiańskim. Podstawowa znajomość dwóch języków romańskich trochę pomogła, ale jednak muszę potwierdzić pogłoski na temat tego, że francuski jest najtrudniejszym językiem z tej grupy i ciężko nauczyć się go samodzielnie. Ale radzę sobie. Według znajomego Francuza, mam "bardzo duży zasób słownictwa i da się ze mną dogadać, ale muszę pracować nad składnią". Zatem pracuję - czytam, słucham, mówię, mimo Indywidualnego Toku Studiów staram się bywać jak najczęściej na zajęciach. No i powolutku jakoś zaczynam widzieć efekty - czytam sobie Mikołajki, wyłapuję błędy w tłumaczeniach francuskich filmów i seriali (i powoli przymierzam się do oglądania ich w oryginale), coraz łatwiej przychodzi mi rozmowa w tym języku. 

4) Porównanie perspektyw - na początku zaznaczę tylko, że jestem pierdołą życiową powielającą stereotypy dotyczące studentów kierunków humanistycznych (a nie, przepraszam, potrafię mnożyć, dzielić i obliczać procent z danej liczby, a także wiem, co to pierwiastek i jak się go robi), po których jednak trochę ciężko znaleźć pracę. Fakt, robiłam praktyki dziennikarskie (które mi się nie podobały) oraz w agencji reklamowej (z którą to agencją współpracuję sobie od dwóch lat), a także wydawnicze (niestety, z żadnego wydawnictwa, do którego wysłałam lub osobiście zaniosłam CV do tej pory nie dostałam odzewu), ale chyba brakuje mi trochę tej bezczelności i determinacji, którą potrafią wykazać się inni. Ewentualnie faktycznie rynek jest chujowy (zwłaszcza zważywszy na to, że niewielu moich znajomych polonistów pracuje w zawodzie, a większość również robi drugie studia), co trochę dziwi, bo NIKT  w tym kraju nie potrafi poprawnie posługiwać się naszym ojczystym językiem, a dobry korektor przydałby się absolutnie w każdym miejscu. Jeśli chodzi o romanistykę, to już na pierwszym roku przyjechała do nas pani z HRu jednego korpo i gorąco zapraszała na PŁATNE praktyki, a zaraz po pierwszym roku pojechałam sobie na winobranie jako tłumacz (co wyszło mi średnio, ale o tym może kiedy indziej), dzięki czemu miałam zniżkę na wejściu i dodatek do podstawowego zarobku. Na razie staram się być realistką i jakieś pewniejsze sądy  wydam dopiero po praktykach, ale z pewną nieśmiałością stwierdzam, że chyba jednak mój pomysł z drugimi studiami nie był taki głupi.

PODSUMOWANIE
Czy żałuję pójścia na polonistykę - i tak, i nie. Studia polonistyczne są bardzo rozwijające, pozwalają zyskać naprawdę bogatą wiedzę ogólną, a także pozytywnie wpływają na znajomość interpunkcji, ortografii, konstrukcji składniowych itp. Tak że licencjatu nie żałuję absolutnie. Ale magisterkę to już doprawdy mogłam sobie darować. Gdybym mogła cofnąć czas, zaraz po licencjacie wróciłabym do rodzinnego miasta i zaczęła romanistykę, a potem w tej dziedzinie robiła magisterium. Mimo wszystko, gdybym miała decydować i wybierać jeszcze raz OD POCZĄTKU, to nie poszłabym na polonistykę w ogóle, tylko od razu wybrała jakąś egzotyczną filologię. Niestety, jestem osobą rozdzierająco leniwą, a romanistyka, germanistyka czy inna -yka pozwala szybko i w miarę bezboleśnie zyskać umiejętności, które są bardzo cenione na naszym rynku pracy.

Jeżeli zatem nie macie jasno sprecyzowanego planu na życie, pewnego wakatu w jakiejś szkole, mocnych pleców w wydawnictwie lub siły przebicia czegoś, co ma bardzo dużą siłę przebicia (myślałam o lokomotywie, ale chyba jednak jest za delikatna), a chcecie iść na polonistykę z braku pomysłu na studia, bo lubicie czytać i babcia Wam powiedziała, że ładnie piszecie, to zaprawdę, powiadam Wam, wybierzcie sobie jakąś obcą filologię. Efekty zdecydowanie lepsze, a wysiłek włożony w studia nieporównywalnie mniejszy.

Zatem żegnam się z Wami tym pesymistycznym akcentem oraz moją ulubioną piosenką! :D



6 komentarzy:


  1. A co Pani może napisać o literaturze?

    Kiedy czytam francuskich autorów, wyrzuty sumienia mnie nachodzą, że się rzucam na francuskie diamentowe łabędzie, a ignoruję udręczone świninie z Polski. Odkładam więc V. Hugo i sięgam po Żeromskiego. A wtedy dzieje się rzecz niesłychana: pomimo wodotrysków słownych, czuję te wąsy umaczane w kiszonej kapuście, te obleśne swetry smutnych patriotów - z przerażeniem odkrywam, jak mnie samemu odmienia się fizys. Wtedy rzucam patriotyczną, nienawistną szmirą o ścianę i na nowo wracam do lekkiej, perfumowanej Francji...jest to zaklęty krąg i błędne koło.

    :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Klasyka francuska od klasyki polskiej różni się tym, że w, że tak to roboczo nazwę, szkole francuskiej istniał wymóg, by klasyków mógł czytać każdy. Bardzo ładnie podsumował to Boy-Żeleński we wstępie do "Listów perskich". Sama byłam zaskoczona, kiedy wzięłam do ręki wspomniane "Listy" i odkryłam, że to jest cudownie lekko napisane! Nie mam też wyrzutów sumienia (zwłaszcza jeśli chodzi o Żeromskiego), bo uważam, że lektura powinna przede wszystkim sprawiać przyjemność, a nie być obowiązkiem. ;)

      Usuń
  2. Żeromski najadł się żurku z kiełbasą i cierpi na niestrawność. Majaczy mu się na każdej stronie Polska. Polska jest pierwsza żoną polskich autorów. W Polsce, Polską i za Polskę. Kiedy spotykam osobę, która po raz wtóry opowiada mi tę samą historię, określam to mianem "zaciętej płyty".

    A Francja? Biszkopt się w herbacie rozpuszcza...księżna ma wanienkę z kąpielą. Paryż błyszczy, a właściwie to błyszczą gazowe latarenki. Poeta chodzi po bulwarze.

    OdpowiedzUsuń
  3. Chyba właśnie zrozumiała, dlaczego moją ulubioną lekturą na studiach było "Jezioro Bodeńskie". ;)

    OdpowiedzUsuń
  4. Francuski najtrudniejszym językiem romańskim? Dlaczego wszyscy zapominają o rumuńskim? Toż to francuski przy nim to słodycz i przyjemność.

    Też studiuję romanistykę.

    OdpowiedzUsuń
  5. Francuski najtrudniejszym językiem romańskim? Dlaczego wszyscy zapominają o rumuńskim? Toż to francuski przy nim to słodycz i przyjemność.

    Też studiuję romanistykę.

    OdpowiedzUsuń