środa, 30 grudnia 2015

Dlaczego nie mówisz po angielsku

Przez jakieś dwadzieścia siedem lat żyłam sobie w przeświadczeniu, że polska młódź całkiem nieźle zna angielski. Jedni lepiej, drudzy gorzej, ale generalnie wszyscy komunikatywnie. Aż nastał rok pański 2015, kiedy to poznałam kilku studentów z wymiany przebywających w ramach Erazmusa w moim rodzinnym mieście. Studenci rozgromili moje wszelkie wyobrażenia i dobre mniemanie o zdolnościach językowych moich rówieśników okrzykiem: "O Boże! Znasz angielski! Wreszcie ktoś w tym mieście zna angielski!".

Fakty są takie, że znajomość angielskiego, który to język wydawał mi się nowożytną lingua franca, jest w naszym kraju cokolwiek nędzna. Dlaczego?

1) "Bo ja nie mam zdolności językowych" - drogie ludzie. Nie istnieje coś takiego jak brak zdolności językowych. Można nie mieć ucha muzycznego i mówić z ruskiem akcentem, można wolniej przyswajać słówka, można robić błędy. Ale nauka języka składa się z tylu różnych aspektów, że każdy powinien znaleźć coś, w czym będzie dobry. No ale jeżeli według kogoś brak zdolności językowych polega na tym, że po pierwszej lekcji zakładamy, że nie mamy zdolności do języków i nie robimy nic, to ja już nie mam pytań.
2) "Bo ja się wstydzę, bo robię błędy jak mówię" - zdradzę Wam sekret, nejtiwi też robią błędy jak mówią. Ja robię takie błędy w wymowie, że potem znajomi śmieją się ze mnie przez tydzień (o gramatyce już w ogóle nie wspomnę). Ba, założę się, że większość z Was nawet nie jest w stanie wysłowić się w stu procentach poprawnie po polsku! Jedynymi osobami, które nie robią błędów, są absolwenci filologii obcych. Ale oni w ogóle znają więcej gramatyki niż 98% rodzimych użytkowników języka. Poza tym 9 na 10 obcokrajowców doceni nasze próby mówienia w ich języku. Wiem co mówię, kaleczyłam francuski we Francji.

Źródło
3) "Bo ja nie mam warunków" - zabawny fakt - mężczyźni na ogół mówią po angielsku lepiej, niż kobiety. Wiecie, dlaczego? BO WIĘKSZOŚĆ Z NICH GRA W GRY. Dużo gier jest po angielsku, większość gier sieciowych wymusza rozmawianie w języku Shakespeare'a. Ja w gry nnie gram, ale od dziecka miałam Cartoon Network po angielsku, a potem oglądałam anime z napisami (trudne życie otaku od koniec lat 90-tych ;<). Do czego jednak zmierzam - zastanów się, ile czasu spędzasz w sieci. Może warto 15 minut dziennie przeznaczyć na posłuchanie, przeczytnie lub pogadanie z kimś, kto mówi po angielsku?
4) "Bo ja bym może i mówił, ale mam barierę językową" - ojej, biedaku. Nie ma dla Ciebie ratunku. Ale wiesz co? Ja kiedyś miałam ukochaną bluzę, której wszyscy nienawidzili, aż w końcu sama uznałam, że jest paskudna i się jej pozbyłam. Rozumiesz, do czego zmierzam?

No to jak, domyślasz się już, dlaczego nie mówisz po angielsku? Bo mi się wydaje, że dlatego, że po prostu nie chcesz.

poniedziałek, 28 grudnia 2015

Łotewskie impresje

Koniec roku znów postanowiłam potraktować z buta i w drugiej połowie grudnia pojechała na Łotwę. Bo w sumie dlaczego nie. Zabrałam do plecaczka antybiotyk, flegaminkę, znieczuliłam się lekami na katar i po dwudziestu czterech godzinach podróży znalazłam się w niemal całkowicie innej rzeczywistości. No bo umówmy się, Łotwa, a już zwłaszcza miasto Daugavpils, raczej nie jest kierunkiem stricte turystycznym. Jak było? Zupełnie nie jak w dowcipach.

1) Po pierwsze - na Łotwie wcale nie jada się kamieni. Stereotyp biednego Łotysza więc upada. Prawdą jest jednak, że na Łotwie jada się ziemniaki. Dużo ziemniaków. Właściwie to jedynym posiłkiem bez ziemniaków było śniadanie, ale podejrzewam, że robili wyjątek dla obcokrajowców.
2) Łotwa jest tania - niby ceny są w euro, więc percepcja wydatków jest trochę inna, ale rzeczy podstawowego użytku, czyli alkohol i papierosy, wypadają nieco taniej niż w Polsce. Za sto ojro można spokojnie balować i jeszcze przywieźć pamiątki dla rodziny.
3) Na Łotwie można kupić dwulitrowe butelki piwa. Butelki są plastikowe, koszt trunku to niecałe dwa ojro, ale ojeju, jakie to piwo jest dobre! Nasze piwo z plastikowych butelek, a ich piwo z plastikowych butelek to niebo a ziemia.
4) Łotewskie miasta są prawdopodobnie rządzone przez koty - serio. W trakcie wyjazdu zauważyłyśmy z koleżanką - Chorwatką, że koty w mieście są wyjątkowe. Ogromne, puchate, majestatyczne, a do tego zasiadają na skwerkach i ławeczkach. Przy tym ludzie są jacyś osowiali i mało uśmiechnięci. Najpierw nie łączyłyśmy tych dwóch faktów, ale później, po którymś spotkaniu z kotami, wnioski nasunęły się same - koty terroryzują Daugavpils.

Takie obrazy pokazuje google po wpisaniu hasła "kaķi Daugavpils". Robi wrażenie, prawda? Źródło

5) Co trzecia osoba na Łotwie mówi po polsku. A nawet jak nie mówi, to rozumie. Odkrycie niepokojące zważywszy na to, że raczej nie przebierałam w werbalnych środkach ekspresji borykając się z łotewską aurą.
6) Dzięki Łotwie można docenić piękno naszego kraju. Wyobraźcie sobie, że jesteście w miejscu, gdzie o ósmej rano jest wciąż ciemno, a o drugiej po południu znów ciemno. W tych warunkach fakt, że w Polsce w grudniu o 7:30 jest prawie widno sprawia, że jestem bardzo wdzięczna losowi za nie rzucenie mnie jeszcze dalej niż Północ.

Na koniec zostawiam Was z krótkim filmikiem o historii Łotwy. Dużo tłumaczy.

 


niedziela, 29 listopada 2015

Shame on me

Szejming wszyscy znamy i potępiamy. Oczywiście, że potępiamy. Ja na przykład wciąż jestem szczerze oburzona, że krwiodawstwo hejtuje osoby z niedowagą (od 50 kg) i nadwagą. No bo jak to tak? Ich krew jest gorsza? Nie są pełnowartościowymi członkami społeczeństwa?

Ale ja nie o tym.

Znaczy nie całkiem o tym.

Jakiś czas temu w sieci natknęłam się na dwa posty opisujące dwie skrajnie różne sytuacje. Jedna dotyczyła właśnie fatszejmingu, a druga... Zaraz się dowiecie. :)

Sytuacja pierwsza

Pewna pani, taka wiecie, o złych genach, była sobie w sklepie z ubraniami. Dobrze, wolno jej, to miłe, że ludzie chcą nosić ubrania. Jednak złogenna pani usłyszała, jak anonimowa córka z anonimową matką komentuję jakąś bluzkę w rozmiarze, khem, niestandardowym. Takie wiecie, że to to chyba na słonia i w ogóle mogłoby robić za namiot cyrkowy. Pewnie dla tego słonia. Złogenna pani odebrała te komentarze osobiście, bo że akurat stała za matką z córką, to na pewno było to skierowane do niej. Po tej zniewadze poszła więc płakać do samochodu. Potem jednak, jak się wypłakała, poszła po tę bluzkę i zrobiła sobie w niej motywujące zdjęcia. Ba! Kupiła ją! I wrzuciła zdjęcie na fb, i potem to zdjęcie polubiło 1 500 osób! I wiecie co? Niektórzy ludzie śmieli jej powiedzieć, że zamiast kupować tę koszulkę, powinna zacząć oszczędzać na terapię! Nieczułe bydlęta...


Druga sytuacja
Pewna pani poszła biegać. Ta pani już nie miała złych genów. Była fit i healthy, może nawet seksi, ale nie w momencie, kiedy poszła sobie po swoją fatfreeorganicsoyalatte do Starbucksa. Bo tam jakaś inna pani śmiała zauważyć, że pierwsza pani jest SPOCONA. Ba, wręcz spytała, czy właśnie ćwiczyła, i czy miała zajęcia z PŁYWANIA. Na szczęście spocona pani była/jest silną, niezależną i pewną siebie kobietą, po tym więc, jak załamała się niemiłymi uwagami nieznajomej, napisała artykuł do Guardiana, w którym dała upust swoistemu l'esprit de l'escalier. A na koniec oznajmiła, że następnym razem usiądzie śmierdząca i spocona w Starbucksie. 

I ja się teraz zastanawiam, dlaczego kiedy byłam w gimnazjum Internet nie był tak cudownym medium? Z moim fat/facial/nerd/musicschoolstudent/tomboygirlshamingiem byłabym już gwiazdą na miarę Grumpy Cata. :< A tak mogę tylko zajmować się stupidityshamingiem i mieć nadzieję, że kiedyś ktoś wprowadzi jakieś testy ograniczające głupim ludziom dostęp do sołszjal mediów.




niedziela, 15 listopada 2015

Co lubię w Facebooku

Tak, przyznaję się, jestem zupełnie nieanonimowym fejsbukoholikiem. Praktycznie ciągle jestem zalogowana - ot, przekleństwo pakietu internetowego w telefonie. Na swoje usprawiedliwienie dodam tylko, że nie posiadam żadnych innych soszjal mediów i obce są mi wszystkie instagramy i snapy tego świata. W sumie wciąż nie jestem pewna, co to jest ten cholerny snapchat.
Wróćmy jednak do mojego nałogu. Dlaczego tak bardzo lubię fejsbuczka, skoro właściwie nie jest to nic specjalnego? Już tłumaczę:

1) Możliwość kontaktu z całym światem - znajdujesz kogoś na couchsurfingu, zgadujecie się na buniu i włala. Porozumienie polsko-łotewskie gotowe.
2) Szybki przekaz informacji - chcesz szybko zebrać wszystkich do kupy w jednym miejscu? Musisz szybko przekazać kolegom z roku informację o niebytności profesora? Robisz wydarzenie, zakładasz grupę, gotowe. Jak ktoś nie został poinformowany, to sam jest sobie winien.
3) Nie muszę pamiętać wszystkich tych przeklętych dat. Naprawdę, z datami zawsze miałam problem. Pamiętam tylko bitwę pod Grunwaldem , bo można ją łatwo powiązać z przepisem na bimber (kilo cukru, cztery litry wody, dziesięć deko drożdży). Dzięki fejsbuczkowi pamiętam, kiedy wszyscy krewni i znajomi mają urodziny. W sumie kiedy nieznajomi mają urodziny też. Nawet o rocznicy mi przypomni.
4) Fejsbuk to też doskonała "przechowalnia" - ja na moim koncie zapisuję sobie na przykład wszystkie cytaty, które mnie jakoś urzekły i traktuję bunia jako folder ze zdjęciami.
5) Ale najbardziej cenię fejsbuka za to, że w chwilach katastrof i kryzysu znajomi mogą poinformować, że są bezpieczni. A ja nie muszę się zastanawiać, czy któremuś z kolegów z Paryża nie przyszło do głowy, żeby iść na koncert do Bataclanu.

Zaprawdę, powiadam Wam, Facebook to cudowne narzędzie.



środa, 11 listopada 2015

Czym różni się aronia od ironii

Przeglądając sobie ostatnio źródła ruchu sieciowego natknęłam się na dziwną stronę, z której ktoś wszedł sobie na mojego bloga. Ponieważ miałam ważniejsze rzeczy do roboty, to oczywiście sprawdziłam, o co właściwie chodziło, a potem przypomniało mi się, czemu właściwie ktoś, dzięki tej stronie, miałby przeniknąć w takie końce internetu, jak moja skromna witryna.
Tekst dotyczył szafiarek,  a jego autor pisał o tym, dlaczego ich nie lubimy. Co pisał, to pisał. Mniejsza o to, ważne było to, JAK pisał - a pisał posługując się pewnym cudownym zabiegiem:

- Widzę, sierżancie, że most przetrwał kolejną nockę i nie zo­stał skradziony. Dobra robota.
- Nigdy dość ostrożności. Stale to powtarzam.
- Jestem pewien, że obywatele mogą spać spokojnie w cudzych łóżkach, wiedząc, że nikt się nocą nie wymknie z pięcioma tysiąca­mi ton mostu.
W przeciwieństwie do krasnoluda Modo sierżant Colon znał znaczenie słowa \"ironia\". Uważał, że to owoc podobny do aronii. Uśmiechnął się z szacunkiem.
- Trzeba być sprytnym, żeby pokonać współczesnych międzyna­rodowych przestępców, panie Poons - powiedział.
Terry Pratchett, Kosiarz
Pomysł na człowieka-mema: Fabjulus, fot.: Neina
Weszłam tam dzisiaj i poczytałam komentarze. Wnioski z komentarzy są takie, że bardzo dużo osób, zaskakująco dużo, wciąż nie odkryło, że ironia to nie owoc. Zaintrygowanych odsyłam pod wskazany link, ostrzegam, jest kancerogenny, a sama przechodzę do sedna, czyli próby (z góry skazanej na porażkę) wyjaśnienia, czym właściwie jest ironia.

Zacznę od najważniejszego. Ironia to nie owoc, owocem jest aronia, która wygląda tak:

Aronii - w przeciwieństwie do ironii - nie lubię i nie używam. 

Czym jest zatem ironia? Ironia, moi drodzy, jest środkiem stylistycznym. Pojęcie środka stylistycznego powinniście znać z lekcji polskiego (a przynajmniej uczyli o tym, jak i o rozbiorze logicznym i gramatycznym zdania, za moich szkolnych czasów, kiedy dinozaury biegały zamiast husky w psich zaprzęgach). Słowo ironia pochodzi z greki. Jego przodkiem jest piękny wyraz eironeia, który oznacza "żart, kpinę" (dobre imię dla kota swoją drogą). Definicja ironii brzmi następująco: 

Figura stylistyczna polegająca na sprzeczności między dosłownym znaczeniem wypowiedzi, pozornie naturalnym i serio, a jej znaczeniem intencjonalnym, przeciwstawnym, negującym je i ośmieszającym, zamierzonym przez autora i na ogół rozpoznawalnym dla odbiorcy. Sygnałem ironiczności w akcie mówienia jest zakwestionowanie znaczenia dosłownego przez intonację, gest, mimikę. W tekście na ironię wskazuje kontekst oraz dystans mówiącego wobec jej przedmiotu.
  1. Ironia służy celom satyrycznym, jest formą dowcipu,
elementem parodii. Jest wyrazem poczucia wyższości mówiącego wobec tematu, ale może być też zwrócona przeciw samemu sobie (autoironia).
Słownik terminów literackich
Wiem, jaka może być kontra - w internetowym tekście ciężko posługiwać się gestem lub mimiką. Jednak w trakcie lektury tekstu można posłużyć się czymś zupełnie innym, inteligencją, której to wam i sobie życzę. ;)

piątek, 9 października 2015

O etapach nauki języka (subiektywnie)

Oto X - zupełnie przypadkowy student filologii obcej płci niewiadomej*. X uznał, że w sumie i tak nie ma nic ciekawego do roboty, więc może niegłupio byłoby się nauczyć czegoś pożytecznego, na przykład nowego języka. Nasz X zapisał się więc na pierwszą lepszą filologię, która nie była germańską, i tak odkrył kilka różnych etapów nauki języka obcego.

1) Panika - po pierwszych zajęciach okazuje się, że uczenie się języka od zera jest trudne. Aparat mowy zupełnie nie chce współpracować z nową wymową, a próba przedstawienia się to przyjemność porównywalna z lizaniem papieru ściernego. Biedny X zaczyna poważnie się zastanawiać, na co mu to było oraz że właściwie co mu się nie podobało w tej administracji na WSHŹŻE czy innej kosmetologii z Żaka.
2) Pierwsze postępy - po przyzwyczajeniu buzi i języka zaczynają pojawiać się widoki na przyszłość. Ba, X już całkiem płynnie czyta i potrafi napisać swoją notkę biograficzną, robiąc tylko cztery błędy w jednym wyrazie! Poczucie językowego komfortu wzrasta na tyle, że X postanawia sprawdzić swoich sił w Obcym Kraju i na wakacje znajduje sobie pracę sezonową za granicą.
3) W Obcym Kraju X odkrywa, że nikogo nie rozumie. Stan paniki trwa kilka dni, aż w pewnym momencie X spotyka nejtiwa, który mówi wolno i wyraźnie oraz nie jest pracującym w tym samym miejscu imigrantem, któremu wydaje się, że mówi po obcemu ("Good moaning!"). Motywacja rośnie, poczucie własnej wartości wraca, nie wspominając już o odkryciu, że cała ta udręka ma jakiś nadrzędny sens.
4) X wraca i się uczy. No, powiedzmy. Szuka kontaktu z językiem poza uczelnią, próbuje czytać książki (te dla dzieci, te PROSTSZE), nawet chodzi nieco częściej na zajęcia.
5) Po roku wytężonej pracy X wreszcie rozumie, co nejtiwi do niego mówią. Co więcej, umie im nawet odpowiedzieć!
6) Następuje ten moment, w którym X znów wyjeżdża i odkrywa, że nejtiwi nie radzą sobie z koniugacją, a większość tłumaczeń pisemnych jest robiona na odwal się przy użyciu google translate.
7) X wraca na uczelnię opalony i pewny siebie. Poradzi sobie. Na bank sobie poradzi. Z takim doświadczeniem? Na pierwszych zajęciach z gramatyki odkrywa, że też już nie zna koniugacji, bo przy nejtiwach się uwstecznił.

Miłego powrotu  na uczelnię X!


*Chodzi oczywiście o płeć X, nie filologii. Filologia jest, jak wszyscy wiemy, rodzaju żeńskiego.

środa, 23 września 2015

Pytania, których lepiej nie zadawać copyriterowi

Źródło

Od około trzech lat współpracuję sobie z pewną agencją reklamową w charakterze copywritera. Praca jest dla mnie - wiecznego studenta dziennego - idealna, bo ma charakter zdalny, a przy okazji płacą mi za to, co umiem robić całkiem nieźle, czyli pisanie po polsku. 
Każdy, kto kiedykolwiek zajmował się copywritingiem, wie, że świadomość społeczeństwa o tym, co copywriter właściwie robi, jest co najmniej znikoma. Przy tym istnieje kilka pytań, które potrafią wywołać u osoby, która jest prostu maszynką do tekstów, całkiem realną pianę na pysku - i to wcale nie dlatego, że copywriterzy to aspołeczne potwory nienawidzące ludzi, tylko dlatego, że każda osoba, która robi to co ja, czyli pisze teksty, które mają jedynie pozycjonować treści w internetach, słyszy je przy okazji każdego small talk'u (pol. "gadka szmatka"), który dotyczy pracy. Oto kilka pytań, które można sobie w takiej sytuacji darować (czego i tak nikt nie zrobi i to rozumiem,  bo sama, nie pracując tak, jak pracuję, zadałabym każde z nich):

1) "A o czym piszesz?" - moje ulubione. Niestety, odpowiedź "o wszystkim" jest dla większości ludzi niezadowalająca. Tylko że taki udawany copywriter piszący zapleczówki NAPRAWDĘ pisze o wszystkim, od maszyn CNC po proszki do parania dla dzieci z AZS. Dlatego "o wszystkim" naprawdę jest doskonałą odpowiedzią na to pytanie.
2) "Gdzie można cię poczytać?" - i tutaj na ogół wyczerpująco tłumaczę, dlaczego nigdzie. Zaplecze to zaplecze, tam się ludzi na ogół nie wpuszcza. Osoby, które chcą zobaczyć, jak piszę, odsyłam na ogół do bloga.
3) "Czy da się z tego wyżyć" - podobno się da. Ale ja zarabiam w ten sposób na swoje potrzeby. Współpracuję z jednym klientem, który jest sprawdzony, a z ludźmi z agencji łączą mnie dobre kontakty. Przez jakiś czas szukałam innych zleceniodawców, ale przy studiach i dodatkowych zajęciach nie miałam jednak na to czasu (oprócz copywriting'u param się również dawaniem korepetycji). Dlatego moja odpowiedź w tym momencie brzmi: "Ja nie jestem w stanie, ale są tacy, którzy to potrafią".
4) "Ile tak możesz dziennie napisać?" - a ile dla mnie masz? A tak całkiem serio, to z moich wyliczeń wynika, że w trakcie godziny jestem w stanie popełnić trzy teksty o długości 2000 znaków bez spacji. Reszta zależy od ilości wolnego czasu i bliskości terminu wysyłki.
5) "Skąd ty czerpiesz natchnienie do takiego pisania?! Ja bym tak nie potrafił/ła!" - odpowiedź jest prosta - płacą mi. Głęboko wierzę, że w takich przypadkach wena nie istnieje, jest tylko deadline.

Źródło



Na koniec dodam tylko, że nie, nie mam żalu i jestem jednym wielkim zrozumieniem dla ludzkiej ciekawości, tylko jestem zmęczona.

niedziela, 20 września 2015

Spostrzeżenia po drugiej edycji winobrania


Nie było mnie, bo znów byłam na winobraniu. Znów jako tłumacz, chociaż po przygodach z ubiegłego roku zarzekałam się, że już nigdy więcej, choćby mnie mieli (co wątpliwe) błagać na kolanach. O dziwo, winobranie przebiegło bez zgrzytów, chociaż drugi tydzień był co najmniej traumatyczny (zbieranie winogron w błocie po kolana - raz w życiu byłam tak, za przeproszeniem, upierdolona - kiedy miałam jakieś dziewięć lat i chrzestny wpadł na genialny pomysł, żeby zabrać mnie na ryby w deszczowy dzień). Ten wyjazd jest również dosyć bogaty w różnego rodzaju konkluzje:

1) Dwa lata filologii są jak sześć lat nauki języka  w szkołach niższego stopnia. Dlatego, jak już uporam się z francuskim, startuję z portugalskim lub hiszpańskim, choćby i zaocznie.
2) Uczenie się na własnych błędach naprawdę działa (chociaż na ogół wolę uczyć się na cudzych). 
3) Przekład symultaniczny to wcale nie taka trudna sprawa, jak ma się w szufladzie dyplom z polonistyki - czyli wcale nie zmarnowałam pięciu lat życia!
4) Angielski to naprawdę za mało w niektórych przypadkach.
5) Mogę wrócić do diety wysoko węglowodanowej i chudnąć, ale tylko pod warunkiem, że będę ćwiczyła codziennie przez siedem godzin. Najlepiej z obciążeniem.
6) Kiedy idzie się spać przed 23, wstawanie przed 6 rano jest całkiem znośne (chociaż wciąż wolałabym tego nie robić).
7) Ludzie lubią cię bardziej, kiedy rozumiesz, co do ciebie mówią (patrz znajomość języków obcych).
8) Celnicy to bardzo mili ludzie, z którymi łatwo się porozumieć (no i doceniają znajomość ich ojczystego języka, czyli patrz punkt siódmy).
9) Tłumacze pracujący w terenie powinni dostawać dodatek za pracę w trudnych warunkach. Oraz wcześniejszą emeryturę.
10) Za 20 euro kupi się więcej, niż za sto złotych.
11) Paryż za trzecim razem, i po raz trzeci w deszczu, zaczyna działać na człowieka jak Warszawa.
Przerywnik - sklepik przy Luwrze. Zdjęcie fatalne, ale wydanie małego księcia najlepsze, jakie miałam w rękach! :D Muszę po nie wrócić z pieniędzmi. :<

12) Zawsze warto iść do Luwru.
13) Nigdy nie mów nigdy.
14) Jeżeli wyjeżdżasz skądś po raz drugi i po raz drugi czujesz się, jakbyś miał złamane serce, to znak, że za trzecim razem trzeba będzie tam zostać (za rok - dobra, dwa lata, żeby Misia nie wkurzać - szukam pracy w trójkącie Beaune - Dijon - Lyon, ewentualnie gdzieś bardziej na południu).
15) Żaden normalny Francuz nie używa na co dzień subjonctif. Najlepsza wiadomość EVER! 

A jak Wam minął wrzesień?

czwartek, 3 września 2015

A poza tym uważam, że erystyka powinna zostać wskrzeszona

Chyba już wszyscy się domyślili, ale dopiszę, że obrazek jest z jeja.pl


Ostatnio pokłóciłam się z chłopakiem. Po prostu - nie chciało mi się dalej toczyć jałowej dyskusji, więc wkurzyłam się, rzuciłam książką, a potem na niego nawrzeszczałam. Koniec sporu - on strzelił focha, ja się obraziłam (czy też na odwrót). Dzień zmarnowany, lektura stracona, bo jak tu się skupić na książkowych sprawach, kiedy masz ochotę rozrywać na strzępy małe kaczuszki?

Ostatnio weszłam sobie na komentarze pod jakimś kwejkiem. Ilość hejtu, jadu i bluzgów, którą wionęło na mnie z maleńkiego ekranu tabletu, postawiła mi włosy równolegle do ziemi. Sensowna dyskusja nie istniała. Jeśli ktoś się z kimś nie zgadzał, to był pedałem, cwelem lub ewentualnie ciotą i tyle. Mój argument jest mojszy niż twój twojszy, umrzyj i żryj gruz baranie. 

Ostatnio, a właściwie dzisiaj, trafiłam sobie na ten artykuł i zaczęłam myśleć (miejsce na fanfary, oklaski, konfetti i dotacje); na litość boską, przecież my już w ogóle nie umiemy ze sobą normalnie rozmawiać. Nie chce się nam wyszukiwać argumentów, gromadzić materiałów, zapoznawać z różnymi opiniami. Wolimy na siebie nawrzeszczeć, rzucić bogu ducha winną książką, zostawić nic nie wnoszący do dyskusji komentarz w Internecie, skrytykować i cieszyć się patrząc, jak kolejni "rozmówcy" toną zalani potokami pochodzącymi z wywołanej przez siebie gównoburzy.

Zrobiło mi się smutno, ale chyba wymyśliłam rozwiązanie.

Wspominałam ostatnio o tym, że namiętnie zaczytuję się w Adrianie Mole'u. No to w ostatniej przeczytanej przeze mnie części cyklu (Adrian Mole i broń masowego rażenia, polecam) główny bohater założył klub książkowy. Uczestnicy czytali wybraną pozycję - Rok 1984, Koran, Białe zęby, mniejsza z tym - a potem rozmawiali na temat książek. Czy też inaczej - DYSKUTOWALI. Kulturalnie, bez rzucania w siebie meblami. 

Podobne coś miałam na studiach. Na zajęciach z wypowiedzi ustnej czytaliśmy artykuł, a potem rozmawialiśmy na jego temat. Treści były różne, niekiedy błahe, innym razem kontrowersyjne, ważne było jednak, że dyskutowaliśmy, wyszukiwaliśmy argumenty, poruszaliśmy interesujące nas kwestie. Na początku szło nam topornie, ale z czasem grupa się rozkręcała (chociaż gra w Taboo na koniec wyzwoliła w nas znowu mordercze instynkty :P).

Moja propozycja jest więc następująca - a gdyby zrobić takie coś w szkołach? Obowiązkowo? Pod groźbą odbierania smartphonów?

piątek, 21 sierpnia 2015

Książkowe love

Jak wyglądają czytelnicze statystyki w Polsce, wszyscy wiemy. Większość osób tłumaczy się, że nie ma czasu na książki, że wzrok nie ten, że obrazków brakuje, a w ogóle to książki są nieporęczne i zajmują dużo miejsca. Jest też grupa ludzi - całkiem liczna zresztą - która kocha książki, dałaby sobie za nie wykroić część wątroby, ale wiadomo, jak to w ciągu roku bywa; metro-boulo-dodo, proza życia i kaszanka zamiast magdalenki, ale w wakacje... W wakacje to i Sienkiewicza nadrobią, i Emancypantki, coś z Iwaszkiewicza, coś z Asnyka. A potem może Orwella i Bukowskiego w oryginale, tak dla relaksu.

Zazwyczaj kończy się na Cosmo.

Przyznam się światu do czegoś. Nie jestem specjalną fanką klasyki. Muszę ją cenić i znać, bo takie wykształcenie, ale nie czytuję Tołstoja czy Chateaubriande'a dla odprężenia lub przyjemności. Istnieje jednak kilku pisarzy, którzy sprawiają, że problemy ulatują, życie jest piękne, a ja sama po lekturze nie czuję się, jakbym prostytuowała swoją umiejętność czytania. Zatem skoro jeszcze jest chwilka czasu na zrealizowanie czytelniczych postanowień, zostawcie tego Pudelka i dajcie szansę którejś z poniższych pozycji.

1) Nigdziebądź - czy kiedykolwiek marzyliście o tym, żeby obudzić się w równoległej rzeczywistości, znaleźć w szafie drogę do Narni lub przejść na drugą stronę lustra? Bo Richard, na ten przykład, wcale o tym nie marzył. Próbując pomóc rannej dziewczynie niechcący odkrył, że piekło faktycznie wybrukowane jest dobrymi chęciami. Po kolei stracił pracę, narzeczoną, mieszkanie, by w końcu odkryć, że dla przyjaciół (i reszty świata) stał się niewidzialny, zresztą całkiem dosłownie. Brzmi jak melodramat? To Was zaskoczę - Nigdziebądź to bardzo przyzwoity kawał urban fantasy. Książkę polecam zwłaszcza miłośnikom Londynu i anglofilom oraz tym, którzy nie wyrośli z pukania w tylną ścianę szafy.

2) Dobry omen - jeżeli wciąż nie wiecie, czym jest oksymoron, to ten tytuł stanowi jego doskonały przykład. Dobry omen  to wspólne dziecko wspomnianego już Gaimana oraz mojej literackiej miłości, ś.p. Terry'ego Pratchetta. W powieści jest właściwie wszystko; nie całkiem zły diabeł o doskonałym guście, neurotyczny anioł z własnym antykwariatem, koniec świata i Jeźdźcy Apokalipsy, czy też raczej, w tym przypadku, motocykliści, oraz pewien listonosz o stanowczych poglądach w kwestiach odzieżowych.

3) Pamiętnik Tatusia Muminka - kocham cały cykl o Muminkach, ale to właśnie Pamiętnik jest moją ulubioną częścią. Okazuje się, że Tatuś Muminka to postać wielce nietuzinkowa; wolnomyśliciel, awanturnik i po trosze wynalazca, a kiedy w jego łapki trafia laubzega... No ale o tym, co się wtedy dzieje, musicie doczytać już sami.

4) Dzienniki Adriana Mole'a - jedyny cykl w tej wyliczance. Adrian Mole jest tym, kogo w naszych czasach nazwalibyśmy lamusem. Nie lubi sportu, nosi obciachowe ciuchy i ciągle siedzi z nosem w książkach. No i jest wieczne niezrozumiany przez świat i... Nie sposób go nie lubić, no bo jak można nie darzyć sympatią kogoś, kto nieustająco ma gorzej od nas? Sue Tonwsend, która wykreowała tę postać, była prawdziwą sadystką.

5) Opowiadania Guslarskie - dobre rosyjskie science-fiction. Autor, Kir Bułyczow, stworzył miasto, w którym kosmici są właściwie na porządku dziennym, nie wspominając już o pomniejszych wydarzeniach, jak wódka płynąca z kranów czy prehistoryczne ZOO.
W Guslarze, jak w soczewce, skupiają się wszystkie śmiesznostki, wady (mnóstwo!), zalety (niewiele), pragnienia i lęki naszej cywilizacji. Na szczęście Bułyczow lubi bohaterów swoich opowiadań, więc choć bezlitośnie obnaża ich słabości, to jednak z nich nie kpi, dzięki czemu my, czytelnicy, możemy zachować resztki szacunku dla Homo sapiens.
No to teraz pytanie dla spostrzegawczych; jak myślicie, który z gatunków literackich lubię najbardziej? :P

Morze, plaża i naprawdę duże literki. Życie bywa znośne. ;)





środa, 12 sierpnia 2015

Mogło być lżej, czyli hiszpańska kosmetyczka

Morze, plaża, brak niemieckich turystów i wino za euro. Czy to raj? Nie moi drodzy, to Hiszpania! Nie będę jednak opisywać moich tygodniowych przygód na złotym wybrzeżu czy zniechęcać Was do Barcelony. Uznałam jednak, że podzielę ze światem tym, co zabrałam ze sobą w podręcznej kosmetyczce. Tak, kosmetyczce, w liczbie pojedynczej, bo zapakowałam się do takiej okrągłej, biedronkowej bidy, a gdybym wiedziała, jak moja pielęgnacja będzie wyglądać w praktyce, istnieje spora szansa, że starczyłby mi trochę większy portfel. Zdziwieni? Ja też byłam zdziwiona.

1) Włosy - to był punkt programu, o który postanowiłam najbardziej się zatroszczyć.Włosy, jakie mam, każdy widzi. 
Tak wyglądały w okolicach środy. Ale każdy, patrząc na moje barki, pojmie, że krótka fryzurka jest nie dla mnie. :P Na zdjęciu miałam być ja prowadząca ukochanego do Sagrada Familia. Niestety, ukochany nie pojął koncepcji zdjęcia, w efekcie czego zamiast Sagrady mamy barceloński śmietnik. Historia mojego życia pisana jest ewidentnie prozą. Oraz reprezentuje sobą raczej slapstickowy humor.

Długie, nędzne, obiektywnie i subiektywnie wysokoporowate. w dodatku uparłam się jak Domogarow na Scorupco, że ich nie zetnę, bo je lubię (zresztą, przy mojej budowie, mając krótkie włosy, wyglądam jak G. I. Jane). Dlatego trochę się o nie obawiałam. Postanowiłam jednak nie wariować i do kosmetyczki zapakowałam mini odżywkę z Alterry, odrobinę maski do blond włosów z Biovaxu przegniecionej z saszetki do pudełka po szamponie z Lusha, odżywkę z Jantara przelaną do buteleczki z atomizerem i MASŁO SHEA z Nacomi. Do mycia zamierzałam wykorzystać żelo-szampon dla chłopczyków z Liliputza. 

2) Twarz - postanowiłam zaryzykować i wzięłam ze sobą "tylko" żel rumiankowy z Sylveco, odrobinę hydrolatu oczarowego (naprawdę odrobinę, skończył się po dwóch dniach) i olejek z pestek malin. Do tego dorzuciłam kupiony w ostatniej chwili filtr z Bielendy (i dobrze zrobiłam). Na wszelki wypadek miałam też MASŁO SHEA.

3) Reszta człowieka - nic specjalnego. Liliputz i MASŁO SHEA, do tego oczywiście niezastąpiony ałun w krysztale. No i olejek ze złotymi drobinkami z NUXE, który dostałam od Meg za to, że dopilnowałam, żeby nie uciekła sprzed ołtarza. :*

4) Wszelki wypadek - bo jak wiadomo, wypadki chodzą po ludziach. Na wszelki wypadek zabrałam ze sobą suchy szampon Batiste, chusteczki do demakijażu z Alterry (moja wielka, kosmetyczna miłość <3) oraz mgiełkę z witaminą C z Ziaji.

Zastanawiacie się pewnie, jakim cudem twarz, włosy i resztę człowieka zmieściłam z relatywnie niewielkiej kosmetyczce. Nie odpowiem wam, zdolności do pakowania się odziedziczyłam na drodze genetycznej. Mogę jednak odpowiedzieć na drugie pytanie - czy to wszystko mi się przydało. Otóż nie. Właściwie spokojnie mogłam ograniczyć się do żelu Sylveco, liliputza, filtru do twarzy i MASŁA SHEA (no i wszelkiego wypadku, po 30 godzinach w aucie możliwość odświeżenia włosów i twarzy to kwestia wręcz psychologiczna). Po umyciu się smarowałam całego człowieka masłem shea, dosłownie od stóp do głów z włosami włącznie, i potem byłam piękna. Czy tam ewentualnie nie straszyłam. Włosy właściwie olałam już na drugi dzień. Co bym nie robiła i tak wyglądały, jakby wymagały po powrocie radykalnego cięcia, za to skóra i cera na wilgotno-słoneczny klimat zareagowały wręcz entuzjastycznie - wróciłam bez jednego pryszcza, za to z masą piegów i nawilżona jak po SPA. 

Palmy! Prawie jak w Warszawie!


Tendencja oczywiście już się odwróciła. Okazało się, że włosy wcale nie ucierpiały, a wręcz całe to maszczenie zrobiło im nad wyraz dobrze, za to na czole już mam dwa syfy i znów muszę sięgać po moje masło shea częściej, niż raz na trzy dni, kiedy mnie przypiecze.

Wnioski - przeprowadzam się. Poza tym Hiszpania i tak rozpaczliwie potrzebuje kasjerek ze znajomością angielskiego. A, no i pamiętajcie, masło shea to taki boczek świata kosmetyków.


Źródło



poniedziałek, 27 lipca 2015

Dlaczego wolę słuchać muzyki w domu

Znacie Pendereckiego? - no więc ten Penderecki to właściwie mieszka po sąsiedzku, zwłaszcza, kiedy przebywam na mojej rodzinnej wsi, bo wspomniany Penderecki ma dworek w Lusławicach. W tym Lusławicach w każde wakacje odbywa się seria darmowych koncertów, szerzej znana pod nazwą Emanacje. Bilety  na koncerty można rezerwować przez Internet, później wystarczy tylko na koncercie się pojawić. Proste jak budowa snopowiązałki.

Wczoraj więc, korzystając z okazji, wybrałam się wraz z żeńską częścią rodziny na koncert niejakiego Marcina Dylli, gitarzysty. Koncert był świetny, były bisy i w ogóle wszystko, ale ja nie o tym, bo krytykiem muzycznym nie jestem. Napiszę jednak o paru rzeczach, które mnie w trakcie wczorajszego wieczoru wyjątkowo zaszokowały.

1) Wiedząc o tym, że jadę na koncert, zabrałam z domu koncertowe ubranko - ładna bluzka, jedwabna spódnica, czarne szpilki. Podobnie siostra, podobnie reszta familii. Na koncercie odkryłam, że dress code na tego typu wydarzeniach to już archaizm. Można iść w spranym podkoszulku i podartych dżinsach. Głupia ja.

Chociaż podarte spodnie też bym sobie odpuściła, co poradzę, staroświecka jestem. Źródło


2) Po tym pierwszym szoku kulturowym zauważyłam, że w rzędzie za mną siedzą dwie matki z trójką małych dzieci, takich w wieku około przedszkolnym. Koncert był o godzinie 19, zdecydowanie po dobranocce. Pomyślałam sobie: "Oj, będzie dym". Dzieci były dzielne, wytrzymały jakieś 15 minut. Na szczęście po pierwszej połowie błyskotliwa matka wpadła na to, żeby wyprowadzić z sali dwie młodsze dziewczynki. Ale przecież dzieci trzeba umuzykalniać od najmłodszych lat, prawda?



3) Kiedy ochłonęłam już po podwójnych doznaniach akustycznych, jednych pożądanych, a drugich niekoniecznie, dołączyło do nich delikatne chrapanie starszej pani siedzącej z boku... 

Man asleep in Theatre Źródło

Koncert był doskonały, podobno. Ale ja się nie nadaję na takie kulturalne wydarzenia, bo mam za małą umiejętność skupienia uwagi. No i ubieram się niestosownie.



czwartek, 16 lipca 2015

Dlaczego uważam, że couchsurfing to dobry pomysł

Pozwolę sobie od razu przejść do sedna. Miałam pisać o Pradze i o tym, jaka jest piękna, ale z drugiej strony to jak będziecie chcieli, to sami ją sobie zobaczycie.

O, macie namiastkę.


Couchsurfing - czyli wyraz powstały z połączenia dwóch słów couch - czyli po naszemu kanapa - oraz surfing, którego chyba nie muszę tłumaczyć. Couchsurfing zatem oznacza po prostu surfowanie po kanapach, czy też kanapą. Czyli, pisząc mniej metaforycznie, spanie u obcych ludzi.

"O matko święta, Józefie brodaty! Toż to niebezpieczne! Zgwałcą cię, zabijom na śmierć, a potem umrzesz!" - zakrzykną zapewne niektórzy z Was. 

Owszem, spanie u obcych ludzi może się wydawać nierozsądne, ale twórcy serwisu zadbali o to, żeby ryzyko minimalizować:

1) na stronie możemy przeczytać opis osoby, która chce u nas nocować/u której chcemy nocować - wbrew pozorom taka autoprezentacja jest bardzo ważna. U mnie na tym właśnie polega wstępna selekcja. Sprawdzam, jakie języki zna dana osoba, jak posługuje się językiem angielskim, czy jest osobą wykształconą (tak, jestem snobem pod tym względem), jakie ma zainteresowania oraz jak wyglądają oferowane przez nią warunki mieszkaniowe. W stylu czy ma dach, szyby w oknach i wolny, niezależny kawałek podłogi.
2) Druga sprawa to referencje - wystawiają je zarówno gospodarze jak i goście. Referencji nie możemy moderować. Do wyboru mamy trzy opcje; pozytywną, neutralną i negatywną. W moim przypadku neutral stawia osobę pod znakiem zapytania, a jakikolwiek negatyw ją dyskwalifikuje - fakt, mógł zostać wystawiony przez złośliwość, ale warto pamiętać, że medal ma na ogół dwie strony.
3) Zdjęcia - to niesamowite, ile może powiedzieć o człowieku sposób, w jaki dobiera fotografie.

"Ale jak to tak, u obcych ludzi? No nie wstyd ci?!" - ano nie wstyd. Couchsurfing działa w dwie strony, raz ktoś mnie, raz ja komuś. Zresztą nikt nie zapisuje się na ten serwis z przymusu. Poza tym staram się mieć na uwadze fakt, że większość moich znajomych też była dla mnie obcymi ludźmi, zanim ich poznałam. Nie wiem również, dlaczego poznanie się poprzez trzymanie komuś włosów podczas rzygania na imprezie ma być bardziej nobilitujące, niż skorzystanie z cudzej uprzejmości i kanapy (poza tym ile razy budziłeś się na kacu w cudzym domu, no przyznaj się).

"No ale co pomyśli pani Krysia z gazowni jak usłyszy, że ty tak u obcych ludzi? Jak to będzie w jej oczach wyglądało?!" - jeśli mam być szczera, to ten fakt w jej oczach może wyglądać jak chce. Studiuję i pracuję zdalnie. Gdyby nie CS, prawdopodobnie do emerytury nie miałabym okazji podróżować. Jeżeli ktoś, kto nie opłaca mi podróży, nie mieszka ze mną i od pół roku ze mną nie rozmawiał czuje się zażenowany moimi sposobami spędzania wolnego czasu, to rozpatruję ten problem w kategoriach cudzego, a nie mojego.  

Na koniec dodam jeszcze tylko, że znam przynajmniej kilka osób, które zostały okradzione nocując w hostelach, akademikach czy schroniskach. Na CS problem pewnie też występuje, ale w takim przypadku konfliktowa osoba dostaje bana i wylatuje ze społeczności.

piątek, 3 lipca 2015

Mówię po polsku. A jaka jest twoja supermoc?

Przykład mojej perfidii, K. dostał ten obrazek z nakazem sprawdzenia, czy informacja zawarta
w zdaniu jest prawdziwa. Zrezygnował przy "kiszone".


Za każdym razem, kiedy uczę się kolejnej koniugacji nowego, durnego czasownika, odkrywam nowy francuski tryb (który oczywiście ma zupełnie własną formę wspomnianego czasownika) lub poznaję czas, o którego istnieniu wiedział jedynie Victor Hugo, powtarzam sobie jak mantrę: "Ciesz się, że nie musisz się uczyć polskiego".

Mam kolegę. Kolega jest Francuzem, którego przywiało do naszego pięknego kraju z powodu programu Erazmus+. Kiedyś z kolegą, nazwijmy go K., rozmawiałam sobie o różnych językach; że niemiecki to brzmi tak, angielski tak itp. W końcu spytałam: "K., a jak według ciebie brzmi polski słuchany z boku?", na co biedny K. odparł: "Jak mowa kosmitów" (po francusku brzmi to lepiej). Trochę się zmartwiłam. Bo poza całą naszą koleżeńską relacją z K. łączy mnie jeszcze jedno - uczę go polskiego.

Może nie będę się jakoś specjalnie zagłębiała w problemy natury fleksji i koniugacji polskiej, a poprzestanę na sprawach przyziemnych, takich jak:


  •  Wymowa - wyda się nam to niedorzeczne, ale biedny K. w ogóle nie ogarnia kwestii ś, si, ź, dzi, ż i sz. Dla niego to wszystko jedno i to samo - zmiękczone, frykatywne, spalatalizowane... Za każdym razem, jak robię mu ćwiczenia na oboczności typu: wieś/wiesz, żyć/szyć, biedak wygląda, jakby się miał rozpłakać. Problem ten zresztą doskonale oddaje polski alfabet, rozpisany przez niego znakami francuskimi. Zajął mu trzy strony i, jak widać, pomiędzy większością tych "dziwnych" głosek nie ma dla niego różnicy.



  • Gramatyka - właściwie nie mieliśmy z nią jeszcze problemów, ale też nie zagłębialiśmy się w nią zbytnio. Z kwestii gramatycznych dręczymy na razie koniugację. K. bardzo ładnie radzi sobie z być i mieć oraz czasownikami regularnymi, chociaż wczoraj pojawił się pierwszy problem;

          - Dobra K., patrz na to, tu masz słówko "mówią", która to osoba?
          - Trzecia liczby mnogiej.
          - Ślicznie. Forma bezokolicznikowa to "mówić". Spróbujesz odmienić?
          - Ja mówię, ty mówiesz...
          - Nie "mówiesz".
          - ???

Wyczuwam lingwistyczne schody i w sumie zastanawiam się, co to będzie, jeżeli trafię na ucznia mniej zdolnego niż K...


poniedziałek, 29 czerwca 2015

"Uważaj, tam są schody"*

Jest marzec 2013 roku. Chyba jeden z najzimniejszych marców w historii najnowszej. Śniegi po kolana, mróz, wiosna, która powinna być w drodze, mieszkańcom Polski daje dosyć wyraźnie do zrozumienia, gdzie ona ma pracę w takich warunkach.
Mi z kolei jest smutno. Wyjeżdżam z Łodzi, chociaż wcale nie chcę. Zdenerwowana i w pośpiechu wskakuję do pociągu. Przechodząc z przedziału do przedziału dostaję drzwiami w głowę. Boli, chce mi się płakać, w końcu siadam, sprawdzam telefon - sms. Od koleżanki. Trochę dziwne, bo kontakt mamy ze sobą sporadyczny, ale w sumie nie jakieś nadzwyczajne. No nic, czyta: "Hikar, bo ja mam taką propozycję, i pomyślałam sobie, że akurat ty jesteś na tyle głupia, żeby się zgodzić". W końcu się uśmiechnęłam, a potem spytałam, o co chodzi. Chodziło o Grolscha (później do maja nie będę umiała powtórzyć, w czym właściwie biorę udział), zgodziłam się. Byłam bezrobotnym magistrem polonistyki - niby co lepszego miałam do roboty w danym momencie?

Niedługo później siedzimy u Moniki w pokoju, wciąż jest zimno, ale przynajmniej mamy wino. Monika pokazuje mi zdjęcia z Podgórza - dzielnicy, gdzie mamy dokonać rewolucji. Potem przeglądamy te same miejsca na mapie satelitarnej Google i nagle pojawiają się schody na Tatrzańskiej.

- Ej, może zróbmy schody? Schody są zajebiste. Dzieciaki uwielbiają bawić się na schodach!
- A co niby można zrobić na schodach?
- No, można by je pomalować w tęczę.
- A jak to się ma do tematu Grolscha?*
- No dorzucimy motywujące cytaty i będziemy robiły ze smutnego wesołe!



No i właściwie tak to było. Oczywiście pomysł ulegał ewolucji. Na przykład okazało się, że miałyśmy o dwa schody za dużo (bo jakaś polonistka nie potrafiła liczyć do 55), że brakło nam żółtej farby i w całym Krakowie nie dało się jej dokupić, że jakaś ekipa filmowa miała na schodach kręcić zdjęcia, a my w międzyczasie zrobiłyśmy ich w sumie na tęczowo, ale zabawa była przednia. Właściwie dalej jest, bo schody wciąż stoją i, pomimo obaw niektórych osób zaniepokojonych naszą kolorową inicjatywą, wciąż cieszą i prezentują się całkiem barwnie.


A najfajniejsze w tym wszystkim jest to, że dzięki temu, że Monika miała rację i byłam na tyle głupia, żeby się zgodzić, spotkała mnie cała masa fajnych rzeczy. No i poza tym wiele osób mogło sobie bezkarnie pomaziać szprejami przestrzeń publiczną w Krakowie. :>




 Fot. Paweł Kawa
 

*Tytuł został zapożyczony z powieści Krystyny Siesickiej.
**Temat brzmiał "Odwracanie perspektywy", czy jakoś tak.