czwartek, 4 grudnia 2014

Cztery dni w Paryżu

Nie zgadniecie, co robię w przyszłą środę.
Lecę do Paryża. :D
Wyjazd będzie krótki, intensywny i całkowicie nieprzemyślany, bo chociaż na zorganizowanie wszystkiego miałam prawie trzy miesiące, to ostatecznie czas jakoś mi się rozmył pomiędzy pracą, uczelnią i innymi obowiązkami (samo się nie poćwiczy, samo się nie wypije i samo się nie wyśpi :P).
Bilety kupiłam już jakoś w październiku. Cały proces podejmowania decyzji i moich rozterek związanych z wyjazdem może oddać jeden krótki dialog:

- Ej, na rajanerze są tanie bilety do Paryża.
- Lecimy!

Potem poszło z górki. Po kupieniu biletów uznałam, że fajnie byłoby gdzieś się przespać. Zaczęłam przeglądać oferty hosteli i innych takich, a potem stwierdziłam, że jak się bratać z kulturą romańską, to na całego, i z głupa zamieściłam na stronie couchsurfingowej ogłoszenie o mniej więcej takiej treści:

"Cześć, jesteśmy dwiema ofermami z Polski. W grudniu przylatujemy do Paryża i jak ktoś chciałby nas przygarnąć, to my bardzo chętnie."

Oczywiście to taka parafraza bardziej. 

Odzew przeszedł moje najśmielsze oczekiwania, bo w pewnym momencie miałam prawdziwy problem z wybraniem hosta. Zgłosił się nawet jeden pan z Normandii (w końcu od XVIII wieku wiadomo, że toute la France est un banlieu de Paris) i straszliwie kusił tym, że mieszka niedaleko plaży, na której lądowały alianckie wojska, ale ostatecznie, wraz z moją towarzyszką podróży, uznałyśmy, że cztery dni to trochę za mało, żeby się plątać po kraju. Tym bardziej, że ostatnim razem samo zwiedzanie Luwru zajęło mi trzy godziny, a w tym czasie zdążyłam jedynie przebiec sprintem przez świat antyczny.

Plan zwiedzania wygląda tak - w środę przylatujemy o 15:20 do Beauvais, a potem usiłujemy dostać się do Paryża, autobusem lub za pośrednictwem blablacar. Następnie idziemy do kociej kawiarni, a potem pewnie, o ile nie zgubimy się wcześniej gdzieś po drodze, zgubimy się szukając mieszkania naszego hosta, zwanego pieszczotliwie Wilusiem.

No a na drugi dzień i trzeci dzień Luwr (najlepiej z rana, zanim zlecą się wszyscy Azjaci), Notre Dame, pchli targ, którego nazwy nigdy nie pamiętam, Moulin Rouge, Montmartre i każde inne miejsce, do którego uda nam się dotrzeć.

A tutaj ja, gdzieś w Ogrodach Tuileries. Ja nie umiem pozować do zdjęć, kolega nie umie robić zdjęć. Dobraliśmy się wtedy rewelacyjnie. ;)
Jak przeżyję i wrócę, to się odezwę. Adieu!

1 komentarz: