czwartek, 18 grudnia 2014

"W Paryżu, gdzie najwięcej damy piją kawy"

Wróciłam!
Szczerze mówiąc, to myślałam, że w 2014 już nic ciekawego mnie nie spotka, a tutaj jeszcze w grudniu udało mi się zaliczyć trzy nowe rzeczy: couchsurfing, przejazd blablacarem i pierwszy w moi osiemnastoletnim (no, plus-minus) życiu lot samolotem. Łuhu!
Decyzja o tym, żeby z Beauvais do Paryża zabrać się z jakimś randomowym kierowcą była doskonałym pomysłem - naszym "szoferem" okazał się być cudownie sympatyczny starszy pan, który poza tym, że był cudownie sympatyczny, to jeszcze do tego miał tytuł doktora muzykologii i wykładał na uniwersytecie w Rouen. Rozmawiało się bardzo miło i nawet stanie w (nie)sławnym paryskim korku przez godzinę jakoś specjalnie nas nie zdołowało. Ostatecznie bez większych problemów dotarłyśmy do naszego hosta, który mieszkał jakieś pół godziny metrem od centrum.

Montreuil roboczo zwane Wilusiowem
Naszego hosta (czyli Wilusia) znałam wcześniej, bo odkąd zdecydował się zaadoptować dwie polskie sieroty prowadziliśmy ożywioną konwersację na fb. Wiluś okazał się być absolutnie cudowną osobą - nie tylko użyczył nam swoją bezpretensjonalną kanapę z Ikei, ale w dodatku z własnej i nieprzymuszonej woli nas karmił oraz zostawił nam klucze. Na nasze: "Ale jak to?" spytał, z czego niby chciałybyśmy go okraść (miał dwie szafy figurek do Warhammera, ale fakt, nie ocliłybyśmy tego).

Ponieważ byłyśmy tragicznie niezorganizowane, nie zobaczyłyśmy nawet połowy tego, co planowałyśmy. Ale oczywiście udało nam się polecieć do Lusha i do Sephory i - czystym przypadkiem - zaliczyć Orsay. Z Orsayu wyszłyśmy jednak całkowicie przytłoczone nadmiarem kultury, przez co zrezygnowałyśmy już tego dnia z Luwru.

Przed Orsayem, z nową koleżanką Europą
Jednym z głównych punktów wyprawy do Paryża (oprócz "jakiegoś muzeum" i wielkiej Sephory) była kocia kawiarnia do której, o dziwo, dotarłyśmy. Koty na początku całkowicie nas olewały, ale w momencie, w którym przyniesiono nam zamówienie, postanowiły zamieszkać w naszych talerzach. Pomijając sierść w tarcie cytrynowej i rozlaną czekoladę - miejsce jest absolutnie cudowne, a koty absolutnie kochane. Zresztą sierść spomiędzy zębów się wydłubało, a Meg dostała nową czekoladą gratis.
Karmię kota idiotycznie drogą tartą. Oh well.

Oprócz tego cały czas chodziłyśmy na piechotę. Zwiedzanie Paryża piechotą to bardzo dobry pomysł, a latem byłby wręcz doskonały.

Jedyna rzecz, która lekko nas zdziwiła, to fakt, że w Paryżu nie istnieje instytucja sklepów całodobowych. Jedynym miejscem, w którym po 22 mogłyśmy kupić alkohol, był malutki sklepik orientalny - krótko mówiąc, po dziesiątej zwykłego mleka nie kupisz, ale już kokosowe albo napój z tamaryndowca, jak najbardziej! Nasz host, na nasze pełne dumy obwieszczenie, że co prawda wszystko było zamknięte, ale i tak znalazłyśmy cydr podsumował nas krótko: "To oczywiste, że wszędzie znajdziecie alkohol. Jesteście POLKAMI."

Muszę też zdementować plotki o tym, że Paryżanie są nieuprzejmi. W czasie pobytu zdarzyła się mi w sumie jedna nieprzyjemna sytuacja, ale poza tym wszyscy byli wręcz nienaturalnie mili (a jak pan Cejrowski sądzi inaczej, to niech się nauczy kilku zdań po francusku).

 Paryż jest super! Wrócę jak tylko zrobi się cieplej!

P.S. Tytuł: "W Paryżu, gdzie najwięcej damy piją kawy" (przy czym te damy to raczej nie my, bo my prędzej nie damy, ale oj tam, niż damy, ale oj tam) powered by Józef Dionizy Minasowicz.

czwartek, 4 grudnia 2014

Cztery dni w Paryżu

Nie zgadniecie, co robię w przyszłą środę.
Lecę do Paryża. :D
Wyjazd będzie krótki, intensywny i całkowicie nieprzemyślany, bo chociaż na zorganizowanie wszystkiego miałam prawie trzy miesiące, to ostatecznie czas jakoś mi się rozmył pomiędzy pracą, uczelnią i innymi obowiązkami (samo się nie poćwiczy, samo się nie wypije i samo się nie wyśpi :P).
Bilety kupiłam już jakoś w październiku. Cały proces podejmowania decyzji i moich rozterek związanych z wyjazdem może oddać jeden krótki dialog:

- Ej, na rajanerze są tanie bilety do Paryża.
- Lecimy!

Potem poszło z górki. Po kupieniu biletów uznałam, że fajnie byłoby gdzieś się przespać. Zaczęłam przeglądać oferty hosteli i innych takich, a potem stwierdziłam, że jak się bratać z kulturą romańską, to na całego, i z głupa zamieściłam na stronie couchsurfingowej ogłoszenie o mniej więcej takiej treści:

"Cześć, jesteśmy dwiema ofermami z Polski. W grudniu przylatujemy do Paryża i jak ktoś chciałby nas przygarnąć, to my bardzo chętnie."

Oczywiście to taka parafraza bardziej. 

Odzew przeszedł moje najśmielsze oczekiwania, bo w pewnym momencie miałam prawdziwy problem z wybraniem hosta. Zgłosił się nawet jeden pan z Normandii (w końcu od XVIII wieku wiadomo, że toute la France est un banlieu de Paris) i straszliwie kusił tym, że mieszka niedaleko plaży, na której lądowały alianckie wojska, ale ostatecznie, wraz z moją towarzyszką podróży, uznałyśmy, że cztery dni to trochę za mało, żeby się plątać po kraju. Tym bardziej, że ostatnim razem samo zwiedzanie Luwru zajęło mi trzy godziny, a w tym czasie zdążyłam jedynie przebiec sprintem przez świat antyczny.

Plan zwiedzania wygląda tak - w środę przylatujemy o 15:20 do Beauvais, a potem usiłujemy dostać się do Paryża, autobusem lub za pośrednictwem blablacar. Następnie idziemy do kociej kawiarni, a potem pewnie, o ile nie zgubimy się wcześniej gdzieś po drodze, zgubimy się szukając mieszkania naszego hosta, zwanego pieszczotliwie Wilusiem.

No a na drugi dzień i trzeci dzień Luwr (najlepiej z rana, zanim zlecą się wszyscy Azjaci), Notre Dame, pchli targ, którego nazwy nigdy nie pamiętam, Moulin Rouge, Montmartre i każde inne miejsce, do którego uda nam się dotrzeć.

A tutaj ja, gdzieś w Ogrodach Tuileries. Ja nie umiem pozować do zdjęć, kolega nie umie robić zdjęć. Dobraliśmy się wtedy rewelacyjnie. ;)
Jak przeżyję i wrócę, to się odezwę. Adieu!