sobota, 4 października 2014

Za winem na południe!

Śpieszę z wyjaśnieniami, dlaczego mnie nie było. Otóż ostatnie kilkanaście dni spędziłam trochę bardziej na południe w malowniczym rejonie Francji, który nosi nazwę Burgundia. Oczywiście nie był to wyjazd turystyczny, tylko tak jak ludzie jadą za chlebem na zachód, ja postanowiłam jechać za winem na południe.


Sprawy potoczyły się całkiem gładko, ponieważ przy okazji rekrutacji, razem z kolegą z roku, załapaliśmy się na tłumaczy naszej grupy, dzięki czemu mieliśmy niektóre rzeczy odrobinę taniej.
A jak sam wyjazd? Sama praca nie była specjalnie ciężka, ale całość okazała się być niesamowitym wyzwaniem kondycyjno-emocjonalnym.

Francja oczarowała mnie już w czasie pierwszego postoju na stacji benzynowej, która znajdowała się jakoś zaraz przy granicy z Niemcami (stacja, nie Francja, chociaż nie, Francja też :P). Pogoda była jak kryształ, a światło sprawiało, że wszystkie kolory były jakieś wyraźniejsze.



W ogóle wszystko było bardziej - ludzie byli bardziej uprzejmi, wino lepsze, miasteczka piękniejsze, krowy milsze. Właściwie mogę z ręką na sercu stwierdzić, że to nie był wyjazd do pracy, tylko wakacje, za które mi jeszcze coś tam zapłacą.

Spaliśmy po 4-5 godzin, w wolnych chwilach szwendaliśmy się po miasteczku Arnay Le Duc (no dobra, raz udało mi się namówić towarzystwo na wypad do sklepu połączony ze spacerem :P), a wieczorami prowadziliśmy zawiłe rozmowy o Jungu, akwizycji języków i teorii wielkiego wybuchu.
Pogoda cały czas była piękna, raz tylko, kiedy zapowiedziano burze i dano nam dzień wolny, postanowiliśmy pojechać do Paryża.

Będąc w Paryżu przepadłam w Luwrze na trzy godziny, przez co potem zdążyłam obejrzeć jeszcze tylko katedrę Notre-Dame i, czystym przypadkiem, wieżę Świętego Jacka. Zawsze uważałam się za dyletantkę i osobę niewrażliwą na sztukę, ale błądząc po Luwrze i widząc na własne oczy wszystkie te eksponaty, które wcześniej miałam okazję oglądać jedynie w podręcznikach historii (skupiłam się na świecie antycznym) chciało mi się jednocześnie śmiać i płakać, i jestem prawie pewna, że miałam coś w stylu stanu podgorączkowego, a na pewno dreszcze.

Właściwie pomimo ciągłego niewyspania, które powoli stawało się już groźne dla zdrowia (że o ilościach wypitego wina nie wspomnę), spokojnie mogłabym tam siedzieć jeszcze do zimy, ewentualnie złapać stopa i przemieścić się dalej  na południe.

Najśmieszniejsze jest to, że ja w ogóle nie miałam pojęcia o tym, że lubię podróżować!
Teraz leżę chora, ale już błądzę palcem po mapie i zastanawiam się, co dalej zrobić ze swoim życiem. Mam jedynie nadzieję, że energia, którą dał mi ten wyjazd, nie zostanie wchłonięta przez codzienne pierdoły.

Mój plan jest na razie taki - kończę studia, poznaję język francuski na poziomie C2, doszkalam portugalski (nasi zarządcy był Portugalczykami, więc z ulgą mogłam uzupełniać portugalskim moje braki we francuskim), zaczynam rosyjski (od jakiś dziesięciu lat chcę zobaczyć Bajkał, a nic jeszcze nie zrobiłam w tym kierunku, a potem będę myśleć. Albo działać, bo myślenie w moim przypadku kończy się serią wybuchów i pożarem. ;)

A jak kosmetycznie? Nijak. Serio. Jadąc do Francji postawiłam na całkowity kosmetyczny minimalizm - żel z Facelle do wszystkiego, kawalątek mydła dziegciowego na wszelki wypadek (w razie gdyby moja twarz zareagowała oburzeniem na zmianę wody) i chusteczki z Alterry, które miały pełnić funkcję myjącą i tonizującą. Oprócz tego wrzuciłam do torby żel aloesowy (który powalił mnie swoją zajebistością, serio!), masło shea z trawą cytrynową (okazało się być rewelacyjne na oparzenia słoneczne), a podręcznie wrzuciłam do kosmetyczki malutki suchy szampon, pomadkę z Alterry i coś tam jeszcze. Nie pamiętam. Sprzęt do makijażu wzięłam takoż - w końcu mieliśmy jechać do Paryża! :D W moim podręcznym zestawie małego tynkarza znalazła się miniaturka podkładu z Annabelle Minerals, khol z Catrice (limitka l'Afrique, c'est chique!I), koralowa szminka z limitki Essence oraz mocno sędziwy tusz z jedwabiem z Manhattanu, którego główną zaletą jest to, że nie maże się i mnie nie uczula.


Ok., i to w sumie tyle. :D To do zobaczenia za kwartał! :P

2 komentarze:

  1. Ile Ty znasz języków ! :) Ja ledwie dukam po angielsku i to tyle :( Zazdroszczę wyjazdu, nigdy nie miałam okazji zwiedzić Francji co od dawna mi się marzy ;) Podróże to również moja pasja, namawiam chłopaka na roczny wyjazd po zakończeniu moich studiów :)
    Ale jak to za kwartał ? :(

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mam nadzieję, że to był taki żarcik z mojej strony. :D A co do języków - znam angielski nieźle, francuski na tyle, że przeżyłabym we Francji i portugalski tak na poziomie "kali jeść, kali pić". Uczę się jeszcze włoskiego, ale nie wydaje mi się, żeby skończyło się to sukcesem. ;) W sumie do Francji jest łatwiej pojechać, niż myślałam! :D Teraz mam już kupione bilety do Paryża na grudzień (promocja z Ryanair), jak tylko będziesz miała okazję to polecam. ;)

      Usuń