wtorek, 15 lipca 2014

Jak zostać goblinem i zrazić do siebie ludzi

Wracam między żywych!

Dzisiaj będzie krótko - kilka słów na temat mojej ulubionej maseczki oczyszczającej, która zdetronizwała wszystkie inne maseczki (no dobra, po prostu nie chce mi się iść do drogerii po Himalaye :P).

UWAGA! W trakcie notki uprasza się o niejedzenie i odłożenie wszelkich napojów! Zawarte w niej materiały mogą zawierać sceny drastyczne!

Maseczką jest mieszanka czarnej glinki i spiruliny z ZSK. Nie wiem, co ona robi, ale robi to genialnie (znaczy wiem - oczyszcza, ściąga, rozjaśnia i łagodzi, ale ogólny "efekt wow" na twarzy sprawia, że w maseczkowym peletonie zostawia daleko za sobą wszelkie oczyszczające propozycje innych marek czy glinki sauté).

Moją maseczkę przygotowuję metodą 1:1 - czyli równe proporcje glinki i alg. Na początku była to czarna glinka rosyjska (którą moja mieszana cera bardzo polubiła), obecnie używam glinki zielonej, której działanie algi podbijają również. Do ciapaji dodaję jeszcze oleju jojoba i kwasu hialuronowego, no i wody przegotowanej. :)

  Całość wygląda tak. Przy okazji warto dodać, że glinka częściowo zabija smró... specyficzny aromat alg.
Przed nałożeniem brei na twarz zawsze wykonuję dodatkowo OCM oraz mocniejszy peeling - miodowo solny lub, ostatnio, mikrodermabrazję od Bielendy (o którym kilka słów kiedy indziej, prawdopodobnie za jakiś kwartał, bo wcześniej znowu popadnę w blogowe limbo).
A całość wygląda tak:
Aaaaa! Zabijcie to zanim złoży jaja! Swoją drogą ten odcień zielonego ładnie podbija kolor oczu ^^

Do maski, którą mam na twarzy, dodałam jeszcze ekstraktu z młodej pszenicy, ale ten o wiele lepiej sprawdza się w kremie.
Całość nakładam na twarz na jakieś 30 minut lub godzinę, a w trakcie sprzątam, tańczę, gotuję obiad i straszę domowników, zwilżając fizjonomię wodą Evian. Zdecydowanie taki zabieg raz w tygodniu bardzo mojej cerze służy. :)

Ameryki tym postem prawdopodobnie nie odkryłam, ale może ktoś rozważał zakup alg czy coś.

Przy okazji zapomniałam się pochwalić tutaj (bo chwaliłam się na fb) - udało mi się zostać ambasadorką LPM. :) Zdjęć materiałów poglądowych w sieci jest już tyle, że moje trzy grosze sobie daruję, ale z pewnością za jakiś czas pojawi się recenzja płynu i mleczka. Na razie używam produktu Isany z mocznikiem i nawet skarby Prowansji nie dały rady go zdetronizować. ;)

A teraz kieunkek Kraków!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz