piątek, 23 maja 2014

Lek na większość zła tego świata - mydło dziegciowe

W zeszłym roku moja twarz (praktycznie jak każdego lata) ogłosiła bunt. Trochę mi było smutno, bo ja tu się staram, pielęgnuję, oczyszczam, nawilżam, a ona do mnie jak do wroga. Stwierdziłam w końcu, że trzeba chyba sięgnąć po coś bardziej zniewalającego, wybrałam się do ulubionego rosyjskiego sklepiku (który nie wytrzymał czynszu przy głównej ulicy i jest już świętej pamięci), i wróciłam stamtąd z mydłem dziegciowym, poleconym mi przez miłą panią ekspedientkę.

fot. kalina.pl



Tak i w tym roku, kiedy zrobiło się ciepło, a moja twarz zaczęła wyglądać coraz mniej wyjściowo, postanowiłam po mydło wrócić. Do sklepiku (który miesiąc temu jeszcze istniał). Żeby wspierać lokalny biznes. Od progu pytam jakiejś zupełnie nowej pani, czy mają może mydło dziegciowe, a pani na to odpowiedziała mi uprzejmym "hę?". Odwróciłam się i uciekłam, a mydło w końcu zamówiłam na kalinie, dołączając do niego znany i lubiany BioDetox.

Co to jest dziegieć, to się rozpisywać nie będę, bo kompetentni ludzi umieścili tę informację na wikipedii. Od siebie napiszę tyle, że dziegieć pachnie jak ubranie po nocy spędzonej bardzo blisko ogniska. Zapach jest na tyle specyficzny, że przez kilka dni całkiem realnie groziła mi eksmisja (razem z cholernym mydłem). Mydło nie jest też jakieś strasznie piękne wizualnie, bo wygląda jak bura kupa. Ale mydło ma dwie zalety - jest tanie i działa. 

O, a to się dzieje, jeżeli do zdjęcia dodamy kilka filtrów. Nawet mydło z dziegcia znalazłoby męża dzięki nim. :D

Po pierwszym użyciu rok temu popatrzyłam na drugi dzień rano do lustra, podrapałam się po głowie i autentycznie zadałam sobie pytanie: "A gdzie są moje pryszcze?". Paskudy co prawda nie zniknęły całkowicie, ale z fazy "jestem śliczny i różowy" przeszły do fazy bycia zasuszonymi. Przy dalszym używaniu cera będzie utrzymana w ryzach. 

W tym roku efekt nie był już tak spektakularny, ale dalej był dużo lepszy niż po wszystkim, co do tej pory stosowałam (wszystkie biodermy i iwostiny mogą wykopać sobie dołeczek i się w nim pogrzebać). Dodatkowo odkryłam inne zastosowanie mydła - wylazło mi jakieś uczulenie czy inna wysypka na szyi przy węzłach chłonnych. Już prawie szłam do dermatologa, ale stwierdziłam, że wcześniej pomiziam mydłem. Większość paskuda zniknęła po tygodniu, po dwóch tygodniach nic ciekawego w tym miejscu nie było. Mydło z powodzeniem stosuję również na wszelkie podrażnienia po goleniu, krostki na ramionach i inne apetyczne rzeczy.

Jedyne, o czym musimy pamiętać, to to, że mydło jest zasadowe, dlatego po jego użyciu przecieram każdą część człowieka tonikiem albo psikam mgiełką z Fitomedu (którą zamówiłam po roku modlenia się do niej. Po trzech dniach kocham ją miłością szczerą i pierwszą. Dam znać po miesiącu, czy nasz związek wskoczył poziom wyżej <<ślub, rodzina, takie tam...>>). Oprócz tego trochę mocniej nawilżam twarz (rano jojoba + kwas hialuronowy, wieczorem niesławne serum, któremu daję drugą szansę + biodetox + kwas + ziaja oliwkowa pod oczy). No i to się sprawdza - rano używam facelka wymiennie z żelem do cery wrażliwej z Synergen. Mydło wypróbowałam na włosy, ale jakoś efekt mnie nie porwał.

Mydło jest mega wydajne, siostra odrąbała sobie ogromny kawał i wywiozła do Krakowa, a ja wciąż zużywam maleńki kwadracik, który odcięłam sobie w kwietniu.

Skład: Sodium Tallowate, Sodium Cocoate, Sodium Palmate, Aqua, Betula Tar, Triethanolamine, Diethylene Glycol, PEG-9, Disodium EDTA, Citric Acid, Cellulose Gum, Benzoic Acid, Sodium chloride.

Opis producenta na stronie kalina.pl

wtorek, 13 maja 2014

Myślała Sowa o niedzieli... BACH - wtorek!

Jak można zauważyć po prawej stronie - biorę udział w akcji Maj miesiącem maseczek. Docelowo miałam mieć niedzielę dla włosów. Plany sobie a życie sobie - w niedzielę miałam jedynie nawał pracy (i kaca, takiego o, tyciutkiego). W związku z tym moja akcja włosowa przeniosła się na dzisiaj - czego to człowiek nie zrobi, żeby się nie uczyć. :)

Dodatkowego zdjęcia włosów nie będę zamieszczać, można je znaleźć tutaj, dużej zmianie nie uległy (tylko w końcu podcięłam nieszczęsne końcówki), a jak myślę o dokumentowaniu stanu włosów telefonem po raz kolejny, to mi słabo (nie mam w domu zwykłej małpy! Mam lustrzankę Minolty, która jest święta!).

Na włosy nałożyłam to:

Ponieważ zdjęcie znowu woła o pomstę, postanowiłam wzbogacić je efektami specjalnymi. Patrzcie jakie ładne kwiatuszki! <3





Maski Biovaxu starczają mi na ogół na trzy aplikacje, więc przełożyłam moją do pudełeczka po Nivei. Może się nie zepsuje. W zapasie czeka jeszcze maska z jedwabiem i keratyną (kreatyna robi mi cuda z włosami, ale takie dobre cuda! Kiedyś napiszę o genialnej odżywce za śmieszne pieniądze, ale to nie dzisiaj).

Włosy umyłam szamponem Palmolive (bo tylko on miał mocny detergent), na osuszone nałożyłam olejek, na olejek maskę, a na to foliową reklamówkę i czapkę-uszatkę (taka moja wariacja na temat turbanu z mikrofibry).

Jak na razie siedzę z tą konstrukcją na głowie i oglądam nowy odcinek Gry o Tron (lubię sprawdzać, co zmienili scenarzyści <3), jak skończę i to zmyję to dam znać, czy nie wyłysiałam. ;)

EDIT!

Wbrew obawom mamy i nadziejom taty (coś mówił o czystej oszczędności i używaniu wilgotnej szmatki) nie wyłysiałam! Maskę zmyłam szamponem dla księżniczek z Liliputz (proszę mnie nie oceniać!), a na koniec spsikałam psikaczem z rumiankiem z Green Pharmacy, co do którego nie jestem pewna, czy coś robi.
Włosy nie są mięciutkie, ale mięsiste i lekko uniesione. Wydaje się, jakby było ich mega dużo. Tak że aprobuję. :)

poniedziałek, 5 maja 2014

Sól ziemi! - w dezodorancie

Na początek kilka słów wyjaśnienia - nie jestem eko-maniaczką (chyba, że chodzi o twarz. Twarz jest święta), a do pewnego momentu używanie naturalnych dezodorantów kojarzyło mi się jedynie z tą hipiską z Dyktatora, ale cóż, tylko krowa zdania nie zmienia. ;) 

Odkąd pamiętam nie służyły mi antyperspiranty, zawsze coś było nie tak, a użycie tego typu specyfiku - nawet na drugi dzień po goleniu - kończyło się zawsze podrażnioną skórą i jakąś wysypką. Przez długi czas myślałam, że tak musi być, no bo przecież jak to tak, śmierdzę więc jestem? Nie, nie, dziękuję. 

Ale nadszedł pewien przełomowy dzień i pielęgnacja pod tym względem zmieniła się drastycznie, kiedy przeczytałam na jakimś forum, że zawarte w antyperspirantach składniki blokujące wydzielanie potu (enyłej wiecie, że antyperspiranty są klasyfikowane jako leki?) mogą wzmagać bolesność piersi w czasie PMSu (każda kobieta, która zna problem, wie, jakie to koszmarnie upierdliwe doświadczenie. W moim przypadku może trwać ponad dwa tygodnie, a potem wszyscy koledzy się dziwią, czemu taka najeżona chodzę. Każdy by chodził najeżony, gdyby go przez dwa tygodnie k…olano na przykład bolało). Rozważywszy za i przeciw uznałam, że może jednak bez przesady, aż tak społeczna nie jestem i nie mam problemów z nadpotliwością, a potem zaczęłam szukać alternatywy wśród dezodorantów.

Poguglawszy i poczytawszy postanowiła dać szansę powszechnie znanemu i ogólnie dostępnemu Crystalowi. Świetny skład, niezaporowa cena, no czego więcej chcieć? Okazało się, że niczego, ale pierwsze spotkanie wywołało u mnie lekki szok.

Drodzy przerzucający się na naturalny dezodorant - zanim się przerzucie przygotujcie się na to, że będziecie śmierdzieć. Jak męska szatnia. W moim przypadku organizm "przestawiał się" prawie miesiąc (spoko, Crystal to wydajne bydlę, więc nic to). Omal mnie szlag nie trafił, bo był maj, rekordowe temperatury, a ja sześć razy w tygodniu musiałam być na treningu (złote czasy <3, w obecnej grupie bym zbankrutowała). Ale poradziłam sobie w sposób następujący - zainwestowałam w chusteczki myjące i nosząc ze sobą wszędzie i chusteczki, i Crystalka jakoś temat ogarnęłam nie otruwszy nikogo oparami. Po tym czasie Crystal sprawował się lepiej niż niejeden antyperspirant. 

A co z tym mitycznym PMSem i tymi innymi, spyta ktoś? Szczerze mówiąc, to niewiele. Trochę pomógł, fakt (za to jak zdarzy mi się użyć czegoś innego - z blokera raz niebacznie skorzystałam - to jest miliard razy gorzej), ale złotym środkiem okazał się być zwykły tran z Gala łykany regularnie. :P Jednak moja skóra pod pachami odetchnęła z ulgą. Nic mnie nie wysypało od nie pamiętam kiedy, a co ciekawsze - w ogóle nie żółkną mi koszulki pod pachami. o_O W związku z czym...

...W związku z czym Crystal zaczął znikać z rossmannowych półek, a w Hebe został tylko najmniej przeze mnie ulubiony granat i wersja bezzapachowa.

Ubi sunt?! Wielkieście mi uczyniły (rumiankowy zwłaszcza) pustki w łazience mojej :(


Podsumowując - dezodorant jest wydajny, skuteczny, nie podrażnia, ładnie pachnie (nawet ten nieszczęsny granat). Jest 50% szans, że nie sprawdzi się u osób z nadpotliwością i innymi atrakcjami - przetestowałam na bracie wersję bezzapachową. Brat był zachwycony brakiem podrażnień, jednak otoczenie bratem już zdecydowanie mniej, z kolei moja siostra, która do tej pory używała blokera, jest z niego bardzo zadowolona.

Na pewno warto spróbować! - ja, w bliżej nieokreślonej przyszłości (jak już NIGDZIE nie będzie mojego Crystalka), zamierzam wypróbować ałun w krysztale.

Na koniec mogę tylko dorzucić radę od siebie, żeby tego rodzaju rewolucje przeprowadzać jednak zimą. :P A, no i jeszcze skład dla zainteresowanych:

Purified Water (Aqua), Natural Mineral Salts (Potassium Alum), Cellulose, Natural Fragrance Made with Pomegranate Essential Oils and Extracts.

sobota, 3 maja 2014

Takie śmieszne niekosmetyczne spostrzeżenie

Miałam dzisiaj zaplanowany trening, ale ciągle coś było nie tak. Ktoś coś non stop chciał, mi się z kolei nie chciało, pogoda nie nastrajała, nie mogłam się zdecydować na filmik... I nagle bęc! Motywacja uderzyła mnie jak grom z jasnego nieba! Katalizatorem było zdjęcie.... Dziewczyny z "krągłościami" (takiej co to "facet nie sikorka").

Spostrzeżeniem podzieliłam się z przedstawicielami płci obojga:

- Właśnie coś odkryłam! Piękne osoby wcale nie motywują! Brzydkie i grube osoby motywują!

Reakcje też były dwie:

Pełć (pełć brzmi zabawnie) męski: "Ja tak nie mam. Widzę koksa i myślę: <<O ja jebe, ale jestem małym robaczkiem, idę na siłownię. Jak widzę grubasa to myślę <<Hahah, leniwa buło>>" (jak widać nie tylko ja mam w tym związku paskudny charakter <<masz bardziej paskudny - Misieł>>).



Pełć żeński: "Zgadzam się. jak widzisz kogoś brzydkiego to myślisz <<Mogę zrobić to, to i to, żeby nie wyglądać jak to coś>>, a przy super lasce jest motyw: <<E, nigdy nie będę tak wyglądać, więc mam to w dupie>>" (jak widać wszyscy powinniśmy popracować nad przymiotami charakteru :P).



Oczywiście post ma charakter żartobliwy, ale różnica w postrzeganiu świata wydała mi się być na tyle interesująca, że postanowiłam się nią podzielić.

A Was co motywuje dziewczęta (i najlepiej chłopcy też, bo pasowałoby wyciągnąć jakąś średnią)? :D

P.S. Pro forma dodam, że nie chciałam nikogo obrazić, nie wyśmiewam się z osób z problemami zdrowotnymi, nie jestem Alfą i Omegą i nie mam sześciopaka (mam czteropak, w lodówce). Jeśli ktoś poczuł się tym tekstem urażony tooo... Nic na to nie poradzę. <3 

P.P.S. Ode mnie, mój (yyyy.... mobilny? - no dobra, sylwetką też bym nie wzgardziła :P) ideał, professora Gata Brava z grupy Morro Verde. ^^