poniedziałek, 31 marca 2014

"A home for fleas/A hive for bees/A nest for birds" - z włosem i pod włos

To może na dobry początek się wytłumaczę (sama przed sobą), dlaczego tu nie bywam.
Pracuję zdalnie, a praca ta wymaga ode mnie napisania około 16 pełnowartościowych tekstów po 2000 znaków tygodniowo (ostatnio wymagała napisania dziewiętnastu), często na tematy, o których nie mam bladego pojęcia (choroby skórne wieku niemowlęcego i pranie ubranek dziecięcych), albo które wywołują u mnie nagły atak paniki (testy ciążowe, objawy ciąży, ciąża, ciąża i karmienie piersią). Na szczęście płacą lepiej, niż za godzinę kelnerkowania i mam nienormowany czas pracy w takim pozytywnym sensie (że teksty mają być do czwartku do 13, a pisać mogę, kiedy mam na to ochotę. Na ogół odpowiedzialnie siadam do tego w poniedziałek. Proces twórczy wygląda tak, że gapię się w monitor, tłukę głową w klawiaturę, znowu gapię się w monitor i piszę trzy teksty. I tak do środy. Zdecydowana większość tej "tfurczości" powstaje w nocy ze środy na czwartek. Nie ma weny, jest deadline).

Przejdźmy jednak do meritum notki - włosy. Jakie mam - można zobaczyć po prawej stronie. Dużo tego nie ma, ale są zdrowe. Odcień "wody po myciu naczyń" (litościwie zwany "popielatym blondem") też bardzo lubię. Podejrzewam wręcz, że to dzięki temu, że nigdy nie farbowałam włosów (raz zmywalną pianką, raz sprejem i raz cieniem do oczu w kamieniu. Wszystkie specyfiki miały kolor różowy), są we w miarę dobrej kondycji. Oczywiście nie byłabym kobietą, gdybym nie uznała, że zawsze może być lepiej, prawda?


Ci dwaj panowie (nie wrzucę większego zdjęcia, bo woła wtedy: "Proszę, zabij mnie!") w głównej mierze odpowiadają za moją głowę ostatnimi czasy. Olejek już się skończył, szampon, jak widać, dogorywa. Nie będę wchodzić w szczegóły, napiszę tylko, że jednym i drugim jestem zachwycona. 
Szampon sprawia, że spokojnie mogę myć włosy co drugi dzień. Nie wysusza, nie podrażnia skóry głowy, niepokojąco przyjemnie pachnie (mieszanka ziół, ziemi i syropu na kaszel), jest mocno wydajny. To opakowanie nabyłam (a właściwie Mamusia mi nabyła...) jakoś w połowie lutego przy okazji wizyty w Katowicach (...za to, że tak ładnie poprowadziłam autko aż do Mysłowic i wszyscy przeżyli). Oprócz mnie używała go też moja siostra, która akurat miała ferie (i która też była nim zachwycona). Ilość w butelce spokojnie starczy mi jeszcze na jakiś tydzień bądź dwa. Szampon jest łagodny z natury, więc raz w tygodniu używam czegoś bardziej zjadliwego, żeby dokładnie oczyścić włosy.
Co do olejku miałam na początku mieszane uczucie - pierwsze użycie to był efekt wow, a potem bardziej "noł". W każdym razie zaczęłam kombinować - ostatecznie używałam go tak, że, lekceważąc całkowicie instrukcję obsługi, nakładałam go na zwilżone włosy (woda+butelka z atomizerem), uwzględniając skalp i długość. Zostawiałam na noc, rano podczas mycia najpierw moczyłam, potem nakładałam odżywkę, a potem myłam Fitomedem. Kombinację powtarzałam co 2-3 dni. W tym wydaniu sprawdzał się najlepiej. Po upięciu włosów w luźny kok wyglądam jak mały, puchaty kurczaczek (przez dzidziusiowe włoski ^^). Obecnie jego miejsce zastąpił kuzyn z papryką, do wesołej gromadki dołączyła również morelowa odżywka Garniera i maseczka jajeczna z Joanny. Odżywka ja odżywka - nawilża i (chyba) nie ma silikonów, na czym mi zależało, a o masce prawdopodobnie jeszcze poczytacie (za jakiś miesiąc, może dwa).
A to moje włosy, ninja zasłania ręcznik, który wisi na drążku do podciągania, a który umknął przed mym bystrym wzrokiem (...aż mi żal siebie).


(Nie, nie farbuję włosów. Tak, kolor jest przekłamany, ale w sumie niedużo. Owszem, nie wykluczam, że kiedyś podetnę końcówki. Mam proste włosy, spałam w warkoczu.)

To tyle. Znacie, używacie?

P.S. Wszystkim polecam edytor online pixlr.com, dzięki niemu zdjęcia są złe, a nie beznadziejne!


Proszę, piosenka z ulubionego musicalu ever. Indżoj.

wtorek, 11 marca 2014

Z braku czasu

Nie było mnie, bo przez chwilę miałam studia i dwa zajęcia zarobkowe. Ponieważ w moim życiu pojedyncze wydarzenia nie mają racji bytu.
W każdym razie przez poprzednie dwa tygodnie odkryłam, że jestem istotą słabą, która musi spać minimum siedem godzin dziennie, w związku z czym z jednego zajęcia zarobkowego musiałam zrezygnować. Drugie zajęcie zarobkowe obejmuje pisanie artykułów w ilościach hurtowych, w związku z czym, jak można się z łatwością domyślić, mój mózg, postawiony w obliczu bloggerowego edytora tekstu, zaczynał lekko trzeszczeć, a w powietrzu czułam coś jakby zapach przypalanego jajka.



Z powodu braku czasu i innych takich pomyślałam, że fajnie byłoby stworzyć post o odświeżaniu skóry głowy (w braku czasu). 

Akt I
Pierwszy sposób to, oczywiście, suche szampony. Używałam ich kilka - Isany, Batiste, Radicala, Fructisa, Schwarzkopa i Syossa. Internetu nie odkryję jeśli napiszę, że Batiste najbardziej przypadł mi do gustu (działanie) i mojemu mężczyźnie takoż (zapach gumy balonowej). Tylko suche szampony mają jedną wadę. Nie rosną na półce w łazience, a jakoś mi do Hebe strasznie nie po drodze ostatnio. :(



Akt II

Kiedyś dawno temu przeczytałam, że Angelina Jolie, w przypływie braku czasu, pudruje nasadę włosów (miałam przez pewien czas ilustrowany periodyk Party w toalecie. I zdjęcie Darwina. Taka byłam glamour). Pomysł wydał mi się wart sprawdzenia, ale Angeliną Jolie nie jestem, a puder, podobnie jak suche szampony, nie pojawia się magicznie w kosmetyczce. Postanowiłam zatem wykorzystać talk kosmetyczny. Shit works (pardon mon français), ale jest to metoda raczej dla blondynek, i raczej należy w trakcie zabiegu pochylić głowę i omijać ten łysy pasek zwany przedziałkiem.

Dziki talk kosmetyczny

Akt III

Medycyna ludowa tzw, ewentualnie metody domowe. Mąka ziemniaczana! Stosujemy jak talk. Działa.

Chata Wuja Freda


Do powyższych sproszkowanych substancji możemy dodać również sody oczyszczonej, która, moim skromnym zdaniem, w sumie nie robi nic (ale w Internetach tak pisało). Uczeni w sieci wspominali również coś o płatkach owsianych, u mnie nie podziałały, ale może robiłam coś źle.

Możliwe, że to co napisałam jest semantycznie tyle warte, co stwierdzenie, że niebo jest niebieskie, ale co krok spotykam osoby, które tych sztuczek nie znają. Mi czasami te różne talki i mąki napraaaawdę ratują życie (a przynajmniej wizerunek), to może uratują i Wam (albo przynajmniej robotowi Google, mojemu ulubionemu, regularnemu czytelnikowi. Hej robocie!). ;)