środa, 12 lutego 2014

Ideał sięgnął bruku!

A właściwie dna. Są takie kosmetyki, o których po prostu nie da się za dużo napisać. Robią, co mają robić (i robią to dobrze!), nie robiąc przy tym krzywdy, i tyle.
Jednym z takich kosmetyków jest Inglot Duraline.
Stond.
Przezroczyste olejkowato-silikonowe coś w buteleczce z pipetką, która na pewno do czegoś przydasie*.
Jak każda kosmetykomaniaczka wie (a ja tylko przypomnę), Duralajna można używać jako bazy pod cienie (działa!), bazy pod szminkę (średnio działa, ale coś tam działa, trochę wysusza), cudownego eliksiru do robienia eyelinerów z niczego (jeszcze jak działa! Od listopada zeszłego roku nie kupiłam eyelinera! Nawet jak któryś mnie chwytał za serce, brałam buteleczkę do ręki, oglądałam ze wszystkich stron, po czym pukałam się w czoło i mówiłam sobie: "Kobieto, na co ci to?! Masz cień w tym kolorze!" <<kolorystycznie jestem nudna, mam dwie paletki z cieniami i wystarczają mi do bycia szczęśliwą jak kania w dżdżysty dzień>>), rozrzedzania tuszu do rzęs (np. myślałam, że moja maskara z Bourjois wykonuje dla mnie łabędzi śpiew, a tu psikus, kilka kropel Duralajna i służy mi dalej już miesiąc, maskara, nie Duralajn <<maskary z Bourjois są magiczne, to inwestycja na lata. Ja mojej używam od ponad roku i nic jej, ani mi, nie jest!>>).
Podsumowując - jest to kosmetyk, dzięki któremu możemy nie tylko stworzyć pancerny makijaż, ale również zaoszczędzić miliony monet - moją buteleczkę kupiłam równo rok i trzy miesiące temu za jakieś 20 zł, skończyła się dzisiaj rano (pewnie starczyłaby na dłużej, gdybym 1/3 niechcący nie wylała :<), a, jak już wspomniałam, zaoszczędziłam na wszelkich bazach i mazidłach (na bazach to nie do końca, bo miałam jedną z Heana i oddałam ją siostrze, nie ma co mnożyć bytów ponad potrzebę, bo mnie w końcu zjedzą).

Skład: Isododecane, Bis-vinyl Dimethicone/Dimethicone Copolymer, Capryl Glycol, Phenoxyethanol, Hexylene Glycol. 


Dobrze, że w moim prowincjonalnym małym mieście jest stoisko Inglota, kupię sobie w nagrodę za sesję. <3

Prywata:

A jak już jesteśmy przy sesji, to ja jestem po. W mojej akademickiej karierze (pięć lat studiów, młodość w bibliotece <<spędzona na czytaniu Pratchetta>>, tytuł magistra polonistyki) jest to pierwsza sesja zakończona w terminie (tu zszokowana mina).

Stond.
Już miałam popaść w obłęd z powodu ilości wolnego czasu, ale Karma czuwa. Jeszcze wczoraj odezwała się do mnie znajoma z agencji reklamowej, z którą współpracowałam na ostatnim roku studiów, a dzisiaj zadzwoniła pani z innej agencji, do której jakoś dawno temu (ze dwa miesiące) wysłałam CV. Jeśli jesteś bezrobotnym tekstorobem z jakim takim doświadczeniem to zdecydowanie opłaca się prostytuować swoje dane personalne po obcych ludziach. :D

Pozdrawiam Was serdecznie i idę robić nic, bo dopiero zaczęłam, a chciałabym dokończyć przed jutrem. :)

P.S. Tak mi się przypomniało. Duralajna można też podobno używać do podkładów (również przedłuża trwałość), ale tej opcji nie próbowałam, bo na ogół stosuję kremy BB.

*Przydasie to wszystkie te rzeczy, które na pewno kiedyś się przydadzą, a w końcu zjedzą Cię w nocy. Albo przejmą całą przestrzeń życiową. Ale cóż, przydasie.

wtorek, 4 lutego 2014

Masło kakaowe po raz kolejny

Jestem stworzeniem zdecydowanie ciepłolubnym. W temperaturze 30+ mogę bez większego problemu robić remont, jeździć na rowerze i biegać po górach (przy okazji dementuję plotkę, jakobym posiadała motorek w tyłku <<don't ask...>>). Zimy za to NIE ZNOSZĘ. Cera mi się buntuje, włosy mi się buntują (odżywkę anti-frizz z Isany polecam), skóra na całej powierzchni ciała mi się buntuje (masło z TBS polecam), a organizm stwierdza, że jedzenie jajek na boczku trzy razy dziennie to najlepszy z możliwych pomysłów (nie polecam).
Ale nie ma tego złego. Dzięki zbuntowanej cerze odkryłam, że moje leżakujące w lodówce masło kakaowe z powodzeniem zastępuje krem.

Bałam się dość, bo masło kakaowe uważane jest za substancję komedogenną, ale przyciśnięta perspektywą spędzenia 12 godzin poza domem uznałam, że raz nie zawsze, a poza tym gorsze rzeczy się kładło na twarz. Decyzji nie żałuję, bo masło:
  • nie zapchało;
  • doskonale dogadało się kremem bb;
  • nie przyczyniło się do błyszczenia twarzy w ciągu dnia (a wręcz cera dłużej była mniej więcej matowa);
  • nawilżyło i pomogło utrzymać stopień nawilżenia.

Fot. ZSK
Masła używałam w trochę inny sposób, niż kremu: rano oczyszczałam twarz, następnie psikałam się wodą różaną (zamykanie oczu jest fajne, powinnam częściej o tym pamiętać), potem brałam bryłkę masła, ogrzewałam suszarką i smarowałam tą bryłką buzię, resztę rozcierałam i wklepywałam palcami. Potem zajmowałam się codziennymi, porannymi czynnościami (np. takimi jak bezsensowne bieganie w kółko i wrzeszczenie w panice, że nie mam czasu), po dłuższej chwili ściągałam nadmiar masła chusteczką, a na to robiłam codzienny makijaż, który znów utrwalałam wodą różaną. Makijaż taki wytrzymuje na twarzy cały dzień na uczelni i 1,5 godziny kopania bliźnich.

Teraz mrozy sobie poszły (i znów narzekam, bo już wolę, jak pizga złem, niż jak jest tak byle jak i brejowato :P), a ja zaczynam testować masło w warunkach mniej ekstremalnych. Jestem ciekawa, jak sprawdzi się w wyższych temperaturach.

Dodatek studencki

A jeśli chodzi o życie, to teoretycznie mam sesję, ale praktycznie... Z jednego egzaminu byłam zwolniona (poszłam do pani i powiedziałam, że językoznawstwo jest pasjonujące, ale miałam egzamin ze wstępu do językoznawstwa, językoznawstwa ogólnego i metodologii badań językoznawczych plus ćwiczenia, i naprawdę już nie chce mi się zdawać tego po raz kolejny, nawet jeśli +3 zepsuje mi średnią*), następny z historii literatury francuskiej mam w piątek (pierwszy raz w historii jakichkolwiek moich studiów mam własne notatki! - jednak 12 osób na roku to doskonały sposób na poprawę koncentracji), a ostatni z literaturoznawstwa, 11 lutego (miałam egzamin z poetyki, wykłady z literaturoznawstwa i jakieś ćwiczenia z nowych kierunków krytyczno-literackich, wszelkie sesjowe paniki nie dla nie w tym semestrze). Podsumowując - jeśli czyta to jakiś licealista/licencjat bez pomysłu na dalsze kształcenie, polecam jakąkolwiek filologię romańską. Praca jest, a studia są naprawdę lajtowe.