poniedziałek, 6 stycznia 2014

Himalaya Herbals, maska z miodlą indyjską (z bajkowych księżniczek najbardziej lubię Fionę)

To tak żeby nie zaczynać tego początku końca świątecznego nic nie robienia (chociaż ja się po świętach czuję wykończona i z radością wrócę na uczelnię) pesymistycznie, napiszę o kosmetyku z którym lubimy się i rozumiemy.
Jako osoba z cerą mieszaną muszę dbać o oczyszczanie. Długo stosowałam czarną glinkę, ale jestem zbyt leniwa, żeby rozrabiać ją z wodą, a poza tym - ile można używać w kółko tego samego? Pewnie ją wykończę, jak już dobiję do dna maski z miodlą indyjską z Himalaya Herbals (tada!).

Gość dzisiejszego wpisu prezentuje się następująco. Wygląda jak bagienne błoto a śmierdzi jeszcze gorzej. Gdybym była producentem, określiłabym ten aromat jako intensywny roślinny zapach. Ale nie jestem producentem, więc napiszę tylko, że w swym średnio długim życiu spotykałam środki do czyszczenia kuchenek, które pachniały zdecydowanie przyjemniej. Druga sprawa to kolor. Jakby coś zielonego zdechło nam na ręce.
Trzecia sprawa to działanie, za które wybaczam jej wszystko, i czwarta - łatwość aplikacji, po której uznaję, że kandydat co prawda jest jak Quasimodo świata maseczek ale, podobnie jak Quasimodo, ma dobre serce, wspaniały charakter i robi śliczne figurki z drewna.

Producent zaleca zostawić maskę na 10 do 20 minut. Ja to 10 minut traktuję jako minimum, kiedy nie mam czasu biegać z maską po domu. A właśnie - najlepsze efekty stosowania maski zauważyłam wtedy, kiedy zostawiałam ją na jakąś godzinę. Wyciągnęła więcej, niż myślałam, że mam. Wypadkowa stosowania wygląda tak - warto stosować maskę dwa razy w tygodniu, raz na to 10-20 minut, a raz na dłużej. Druga sprawa, producent zaleca, żeby maska zaschła, i w tym punkcie się z producentem zgadzam. Robię peeling, oczyszczam twarz, wrzucam maseczkę, a potem idę sprzątać dom, siejąc przy okazji grozę i popłoch wśród domowników. Po godzinie zmywam shreka, ochlapuję twarz zimną wodą, a reszta jak zwykle. Skóra świetnie wchłania po masce krem.
Maska zdecydowanie nie nadaje się dla osób z cerą suchą, z wrażliwą - trzeba wypróbować. Mi krzywdy nie zrobiła.

Maskę kupiłam za 10,50, gratis był krem do rąk. Dostępność może być problemem, ja znalazłam kosmetyki Himalayi w drogerii Wispol, występują chyba też w aptekach DOZ i małych, nieoszyldowanych drogeriach.

Polecam, do zapachu można przywyknąć. :)

Zdjęcia do notki W KOŃCU udało mi się wykonać samodzielnie. Wygląda na to, że jeśli jest się fotograficznie nieobdarzonym (jak ja) to najlepiej robić sweet focie na białym tle, bez kombinowania.

2 komentarze:

  1. Interesująca. Co prawda moja cera jest ostatnio przesuszona, ale jak doprowadzę ją do porządku to może spróbuję :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Witam :-)

    Nominowałem ten blog do Liebster Award. Więcej informacji pod tym linkiem -> http://vitkacypisze.blogspot.com/2014/01/leibster-award.html#more

    Zapraszam do wzięcia udziału :-)

    OdpowiedzUsuń