czwartek, 18 grudnia 2014

"W Paryżu, gdzie najwięcej damy piją kawy"

Wróciłam!
Szczerze mówiąc, to myślałam, że w 2014 już nic ciekawego mnie nie spotka, a tutaj jeszcze w grudniu udało mi się zaliczyć trzy nowe rzeczy: couchsurfing, przejazd blablacarem i pierwszy w moi osiemnastoletnim (no, plus-minus) życiu lot samolotem. Łuhu!
Decyzja o tym, żeby z Beauvais do Paryża zabrać się z jakimś randomowym kierowcą była doskonałym pomysłem - naszym "szoferem" okazał się być cudownie sympatyczny starszy pan, który poza tym, że był cudownie sympatyczny, to jeszcze do tego miał tytuł doktora muzykologii i wykładał na uniwersytecie w Rouen. Rozmawiało się bardzo miło i nawet stanie w (nie)sławnym paryskim korku przez godzinę jakoś specjalnie nas nie zdołowało. Ostatecznie bez większych problemów dotarłyśmy do naszego hosta, który mieszkał jakieś pół godziny metrem od centrum.

Montreuil roboczo zwane Wilusiowem
Naszego hosta (czyli Wilusia) znałam wcześniej, bo odkąd zdecydował się zaadoptować dwie polskie sieroty prowadziliśmy ożywioną konwersację na fb. Wiluś okazał się być absolutnie cudowną osobą - nie tylko użyczył nam swoją bezpretensjonalną kanapę z Ikei, ale w dodatku z własnej i nieprzymuszonej woli nas karmił oraz zostawił nam klucze. Na nasze: "Ale jak to?" spytał, z czego niby chciałybyśmy go okraść (miał dwie szafy figurek do Warhammera, ale fakt, nie ocliłybyśmy tego).

Ponieważ byłyśmy tragicznie niezorganizowane, nie zobaczyłyśmy nawet połowy tego, co planowałyśmy. Ale oczywiście udało nam się polecieć do Lusha i do Sephory i - czystym przypadkiem - zaliczyć Orsay. Z Orsayu wyszłyśmy jednak całkowicie przytłoczone nadmiarem kultury, przez co zrezygnowałyśmy już tego dnia z Luwru.

Przed Orsayem, z nową koleżanką Europą
Jednym z głównych punktów wyprawy do Paryża (oprócz "jakiegoś muzeum" i wielkiej Sephory) była kocia kawiarnia do której, o dziwo, dotarłyśmy. Koty na początku całkowicie nas olewały, ale w momencie, w którym przyniesiono nam zamówienie, postanowiły zamieszkać w naszych talerzach. Pomijając sierść w tarcie cytrynowej i rozlaną czekoladę - miejsce jest absolutnie cudowne, a koty absolutnie kochane. Zresztą sierść spomiędzy zębów się wydłubało, a Meg dostała nową czekoladą gratis.
Karmię kota idiotycznie drogą tartą. Oh well.

Oprócz tego cały czas chodziłyśmy na piechotę. Zwiedzanie Paryża piechotą to bardzo dobry pomysł, a latem byłby wręcz doskonały.

Jedyna rzecz, która lekko nas zdziwiła, to fakt, że w Paryżu nie istnieje instytucja sklepów całodobowych. Jedynym miejscem, w którym po 22 mogłyśmy kupić alkohol, był malutki sklepik orientalny - krótko mówiąc, po dziesiątej zwykłego mleka nie kupisz, ale już kokosowe albo napój z tamaryndowca, jak najbardziej! Nasz host, na nasze pełne dumy obwieszczenie, że co prawda wszystko było zamknięte, ale i tak znalazłyśmy cydr podsumował nas krótko: "To oczywiste, że wszędzie znajdziecie alkohol. Jesteście POLKAMI."

Muszę też zdementować plotki o tym, że Paryżanie są nieuprzejmi. W czasie pobytu zdarzyła się mi w sumie jedna nieprzyjemna sytuacja, ale poza tym wszyscy byli wręcz nienaturalnie mili (a jak pan Cejrowski sądzi inaczej, to niech się nauczy kilku zdań po francusku).

 Paryż jest super! Wrócę jak tylko zrobi się cieplej!

P.S. Tytuł: "W Paryżu, gdzie najwięcej damy piją kawy" (przy czym te damy to raczej nie my, bo my prędzej nie damy, ale oj tam, niż damy, ale oj tam) powered by Józef Dionizy Minasowicz.

czwartek, 4 grudnia 2014

Cztery dni w Paryżu

Nie zgadniecie, co robię w przyszłą środę.
Lecę do Paryża. :D
Wyjazd będzie krótki, intensywny i całkowicie nieprzemyślany, bo chociaż na zorganizowanie wszystkiego miałam prawie trzy miesiące, to ostatecznie czas jakoś mi się rozmył pomiędzy pracą, uczelnią i innymi obowiązkami (samo się nie poćwiczy, samo się nie wypije i samo się nie wyśpi :P).
Bilety kupiłam już jakoś w październiku. Cały proces podejmowania decyzji i moich rozterek związanych z wyjazdem może oddać jeden krótki dialog:

- Ej, na rajanerze są tanie bilety do Paryża.
- Lecimy!

Potem poszło z górki. Po kupieniu biletów uznałam, że fajnie byłoby gdzieś się przespać. Zaczęłam przeglądać oferty hosteli i innych takich, a potem stwierdziłam, że jak się bratać z kulturą romańską, to na całego, i z głupa zamieściłam na stronie couchsurfingowej ogłoszenie o mniej więcej takiej treści:

"Cześć, jesteśmy dwiema ofermami z Polski. W grudniu przylatujemy do Paryża i jak ktoś chciałby nas przygarnąć, to my bardzo chętnie."

Oczywiście to taka parafraza bardziej. 

Odzew przeszedł moje najśmielsze oczekiwania, bo w pewnym momencie miałam prawdziwy problem z wybraniem hosta. Zgłosił się nawet jeden pan z Normandii (w końcu od XVIII wieku wiadomo, że toute la France est un banlieu de Paris) i straszliwie kusił tym, że mieszka niedaleko plaży, na której lądowały alianckie wojska, ale ostatecznie, wraz z moją towarzyszką podróży, uznałyśmy, że cztery dni to trochę za mało, żeby się plątać po kraju. Tym bardziej, że ostatnim razem samo zwiedzanie Luwru zajęło mi trzy godziny, a w tym czasie zdążyłam jedynie przebiec sprintem przez świat antyczny.

Plan zwiedzania wygląda tak - w środę przylatujemy o 15:20 do Beauvais, a potem usiłujemy dostać się do Paryża, autobusem lub za pośrednictwem blablacar. Następnie idziemy do kociej kawiarni, a potem pewnie, o ile nie zgubimy się wcześniej gdzieś po drodze, zgubimy się szukając mieszkania naszego hosta, zwanego pieszczotliwie Wilusiem.

No a na drugi dzień i trzeci dzień Luwr (najlepiej z rana, zanim zlecą się wszyscy Azjaci), Notre Dame, pchli targ, którego nazwy nigdy nie pamiętam, Moulin Rouge, Montmartre i każde inne miejsce, do którego uda nam się dotrzeć.

A tutaj ja, gdzieś w Ogrodach Tuileries. Ja nie umiem pozować do zdjęć, kolega nie umie robić zdjęć. Dobraliśmy się wtedy rewelacyjnie. ;)
Jak przeżyję i wrócę, to się odezwę. Adieu!

sobota, 25 października 2014

Zimnoodporne śniadanie

Pizga złem, nieprawdaż? 
Dlatego też postanowiłam wrzucić na  bloga dość kontrowersyjny przepis na bardzo pyszne coś, co jest idealne na śniadanie w dzień, kiedy pizga złem.
Przepis jest kontrowersyjny, ponieważ składa się głównie z masła. Przy tym ja jestem osobą, która na wszelkie etykietki w stylu "produkt light"reaguje w sposób: "Co?! Nie ma tłuszczu?! I ONI SIĘ TYM CHWALĄ?!". 
Przeczytałam bardzo dużo artykułów o LCHF i paleo, a dodatkowo sama poprzestawiałam parę rzeczy w diecie i jakkolwiek daleko mi do wzorowego, yyy... paleozonina? To mogę ze spokojnym sumieniem i ręką na sercu stwierdzić, że tłuszcze są demonizowane. W tajniki diety się zagłębiać nie będę, bo najbardziej śmieszą mnie notki zaczynające się od frazy: "Lekarzem/dietetykiem/trenerem personalnym/hydraulikiem (niepotrzebne skreślić) nie jestem, ale..." (skoro sama/sam się przyznajesz, że nie jesteś, to po co piszesz o czymś, o czym nie masz zielonego pojęcia?), ale zainteresowanych odsyłam do świetnego wpisu na jednym z moich ulubionych blogów. S'il te plaît, a ja lecę dalej z przepisem na napojo-posiłek o nazwie:

Kuloodporna kawa

Kuloodporna kawa to po prostu kawa z masłem i ewentualnie z dodatkowym tłuszczem roślinnym. Tłuszcz daje kopa i syci, kawa daje kopa, a ja dodatkowo dorzucam do kawy jeszcze cynamon, który reguluje (podobno - ale przeczytałam o tym w Internecie, więc to musi być prawda :P) gospodarkę insulinową organizmu. Przygotowanie jest dziecinnie proste, rozpuszczamy dowolną ilość masła i opcjonalnie tłuszcz (jeżeli na przykład macie w półproduktach masło kakaowe i nie możecie go zużyć, to polecam wypróbować, w oryginalnym przepisie pan używa oleju kokosowego), dodajemy kawę - najlepiej taką pro-eko z ekspresu ciśnieniowego, ale z autopsji wiem, że rozpuszczalna też się sprawdza - i właściwie mamy gotowe śniadanie/posiłek przedtreningowy. Możemy potem dodać do tego jakieś kakao, przyprawy czy co tam w kawie lubimy. Jakoś we Francji oduczyłam się jeść śniadania (absolutnie nie bywałam głodna o 6 rano :<), więc teraz ta kawa ratuje mnie przed spektakularnym zejściem z głodu na uczelni. ;)

Link
 A oto gotowy produkt. Ani trochę nie przeraża. :)

sobota, 18 października 2014

Powtórka z "Testu na inteligencję"

Słowo wstępu:
Kiedyś, dawno temu, prowadziłam bloga na onecie. Dzisiaj sobie o nim przypomniałam, a przy okazji odkryłam, że niektóre ze znajdujących się na nim tekstów do czegoś się nadają! Jak na przykład ten prezentowany poniżej. Ponieważ od czasu jego publikacji minęły już ponad dwa lata, to parę rzeczy się zmieniło - miasto w którym mieszkam, chłopak z którym jestem, grupa w której trenuję oraz staż treningowy. Po drodze przeszłam też lekki, capoeirowy kryzys, a także poszerzyłam sportowe zainteresowania o wspinaczkę. Nie zmienia to jednak  faktu, że sztuki walki były, są i będą ważną częścią mojej, dość nudnej poza tym, egzystencji. ;) Zatem jeżeli ktoś się zastanawia, czym się różnią sztuki walki od basenu, to zapraszam do lektury!

A. D. 06.02.2012

Sztuki walki a basen – znajdź przynajmniej trzy różnice.
Z lekkim wstydem przyznaję, że poszłam na capoeirę, bo nie mogłam na siebie patrzeć w lustrze. Budowę miałam, co prawda, normalną, ale nie czułam się komfortowo ze skórą brzucha wyglądającą jak mandarynka na przecenie.
Basen mnie nudził, siłownia mnie nudziła, bieganie mnie nudziło. Chciałam coś tańczyć, ale ceny kursów są w Łodzi odstraszające dla biednego studenta. Szczęśliwie przypomniało mi się, że kiedyś dawno temu w liceum zakochałam się w Marku Dacascosie, więc jeszcze raz obejrzałam Only the Strong i uznałam, że capoeira może być tym, czego szukam.
I tak już drugi rok chodzę poobijana, mam pozdzierane stopy i znikome życie prywatne bo: „Nie mogę, mam trening”. W zamian mogę nosić co chcę, jeść co chcę (w rozsądnych ilościach), nauczyłam się grać na trzech instrumentach oraz śpiewać i porozumiewać się na poziomie „Kali jeść, Kali pić, Kali później, nie chcieć mu się”  po portugalsku.
Czasem wpadam w głęboką depresję i dochodzę do wniosku, że jestem za stara i to wszystko jest bez sensu, ale wtedy na pomoc przychodzi mi totalny zanik kultury fizycznej wśród młodzieży (czyt. początkujący w wieku licealnym, których koordynację ruchową zdecydowanie przerasta robienie pajacyków).
Dla przykładu; idąc na capoeirę umiałam jako tako zrobić gwiazdę, mostek, szpagat i stanąć na rękach, chociaż mój sportowy duch od dwóch lat znajdował się w totalnej atrofii, truty alkoholem i dymem papierosowym. I zawsze umiejętności te wydawały mi się zupełnie naturalne oraz nie rozumiałam, dlaczego inne dzieci tak nie potrafią. Co ciekawe, z wf-u wcale orłem nie byłam, bo nienawidziłam szczerze wszelkich gier zespołowych, a tak niestety na ogół wf u nas wyglądał* (jedyne co, to do tej pory jestem cennym zawodnikiem w siatkówce, bo umiem wygrać set na samych serwach. Nie serwuję ani wysoko, ani mocno, ani nawet poprawnie, ale za to bardzo chaotycznie). Dopóki nie poszłam do liceum i nie odkryłam sekcji akrobatycznej. 
Gdy rozpoczęłam treningi, z rdzy oskrobałam się po dwóch miesiącach.
I tutaj przechodzimy do meritum. Czym się różnią sztuki walki od basenu? Na basen chodzimy rekreacyjnie, raz na tydzień, raz na dwa, z psiaciółką, żeby pogadać, poblokować tor, a później krzyczeć na wagę, że pokazuje zły wynik.
A sztuka walki, jak każdy rzeczownik z końcówką żeńską, jest wymagająca. Żeby coś osiągnąć w sztukach walki potrzeba CZASU. Oczywiście, żeby osiągnąć coś w czymkolwiek potrzeba czasu, ale sztuki walki, taniec czy akrobatyka są pod tym względem wyjątkowo kapryśne. Na początku nic nie wychodzi, ale jeśli się nie zniechęcimy, to stopniowo pojawi się najpierw koordynacja, później siła, a po niej technika. Jasne, że do tej pory płaczę, kiedy widzę moje nagrania z rodas, ale już nie tak bardzo jak rok czy półtora temu. Przyznaję, że z przygotowaniem baletowym i akrobatycznym (oraz znajomością tematu, jakim jest capoeira) miałam zdecydowanie łatwiejszy start, niż jakieś pisklątko, które całe dzieciństwo miało lewe zwolnienie z wf-u z powodu cefalargii czy jakiejś innej dezynterii. Ale widziałam takie osoby, jak po roku ruszały się już całkiem znośnie, a później wszelkie różnice się wyrównywały i teraz idziemy łeb w łeb. 
Czy raczej szlibyśmy, gdyby się nagle nie zniechęciły.
Patrzę na to i ze smutkiem stwierdzam, że kiedy pojawia się jakaś przeszkoda, coś wymaga zwiększonego wysiłku czy choćby dojechania kawałek dalej w inne miejsce na trening, ludzie rezygnują. Z czegoś, co podobno kiedyś tak strasznie uwielbiali. Można mi zarzucić, że dobrze mi mówić, bo chodzę z trenerem, ale w końcu nie mam teleportu na treningi (a mieszkam tam, gdzie śpi autobus**) i czasem muszę dojechać do Wiśniowej Góry, co zajmuje mi dobre półtora godziny, a już naprawdę często muszę z niej wrócić w niedzielę wieczorem (ile można nadużywać gościnności bogu ducha winnych rodziców AMONSa). Nie przeczę, że posiadanie chłopaka, który w tym siedzi (w dodatku tak dobrego w capoeira) jest dodatkową motywacją, ale samo to uzależnia. W tym momencie jedyną rzeczą, której żałuję, jest to, że nie zaczęłam wcześniej. Ale z drugiej strony wiem, że istnieją osoby, które zaczęły dużo później ode mnie i zaszły naprawdę wysoko. Zdaję sobie sprawę, że kiedyś dopadną mnie ograniczenia (mam wadę stawów i problemy z krążeniem), ale jeszcze nie teraz.
* „Dajcie im jakąś piłkę i chodźmy na kawę do kantorka. Mam zdjęcia Jacusia i Agatki z wczasów w Ciechocinku”.
** Nie, nie na dworcu. Blisko zajezdni czy też przy ‚krańcówce’, jak to się z łódzka mawia.
 
 
P.S. Stwierdziłam, że już nie chcę być blogerką stricte kosmetyczną, a na prowadzenie kilku różnych blogów zwyczajnie nie mam siły. Niech żyje kobieca konsekwencja! :D

sobota, 4 października 2014

Za winem na południe!

Śpieszę z wyjaśnieniami, dlaczego mnie nie było. Otóż ostatnie kilkanaście dni spędziłam trochę bardziej na południe w malowniczym rejonie Francji, który nosi nazwę Burgundia. Oczywiście nie był to wyjazd turystyczny, tylko tak jak ludzie jadą za chlebem na zachód, ja postanowiłam jechać za winem na południe.


Sprawy potoczyły się całkiem gładko, ponieważ przy okazji rekrutacji, razem z kolegą z roku, załapaliśmy się na tłumaczy naszej grupy, dzięki czemu mieliśmy niektóre rzeczy odrobinę taniej.
A jak sam wyjazd? Sama praca nie była specjalnie ciężka, ale całość okazała się być niesamowitym wyzwaniem kondycyjno-emocjonalnym.

Francja oczarowała mnie już w czasie pierwszego postoju na stacji benzynowej, która znajdowała się jakoś zaraz przy granicy z Niemcami (stacja, nie Francja, chociaż nie, Francja też :P). Pogoda była jak kryształ, a światło sprawiało, że wszystkie kolory były jakieś wyraźniejsze.



W ogóle wszystko było bardziej - ludzie byli bardziej uprzejmi, wino lepsze, miasteczka piękniejsze, krowy milsze. Właściwie mogę z ręką na sercu stwierdzić, że to nie był wyjazd do pracy, tylko wakacje, za które mi jeszcze coś tam zapłacą.

Spaliśmy po 4-5 godzin, w wolnych chwilach szwendaliśmy się po miasteczku Arnay Le Duc (no dobra, raz udało mi się namówić towarzystwo na wypad do sklepu połączony ze spacerem :P), a wieczorami prowadziliśmy zawiłe rozmowy o Jungu, akwizycji języków i teorii wielkiego wybuchu.
Pogoda cały czas była piękna, raz tylko, kiedy zapowiedziano burze i dano nam dzień wolny, postanowiliśmy pojechać do Paryża.

Będąc w Paryżu przepadłam w Luwrze na trzy godziny, przez co potem zdążyłam obejrzeć jeszcze tylko katedrę Notre-Dame i, czystym przypadkiem, wieżę Świętego Jacka. Zawsze uważałam się za dyletantkę i osobę niewrażliwą na sztukę, ale błądząc po Luwrze i widząc na własne oczy wszystkie te eksponaty, które wcześniej miałam okazję oglądać jedynie w podręcznikach historii (skupiłam się na świecie antycznym) chciało mi się jednocześnie śmiać i płakać, i jestem prawie pewna, że miałam coś w stylu stanu podgorączkowego, a na pewno dreszcze.

Właściwie pomimo ciągłego niewyspania, które powoli stawało się już groźne dla zdrowia (że o ilościach wypitego wina nie wspomnę), spokojnie mogłabym tam siedzieć jeszcze do zimy, ewentualnie złapać stopa i przemieścić się dalej  na południe.

Najśmieszniejsze jest to, że ja w ogóle nie miałam pojęcia o tym, że lubię podróżować!
Teraz leżę chora, ale już błądzę palcem po mapie i zastanawiam się, co dalej zrobić ze swoim życiem. Mam jedynie nadzieję, że energia, którą dał mi ten wyjazd, nie zostanie wchłonięta przez codzienne pierdoły.

Mój plan jest na razie taki - kończę studia, poznaję język francuski na poziomie C2, doszkalam portugalski (nasi zarządcy był Portugalczykami, więc z ulgą mogłam uzupełniać portugalskim moje braki we francuskim), zaczynam rosyjski (od jakiś dziesięciu lat chcę zobaczyć Bajkał, a nic jeszcze nie zrobiłam w tym kierunku, a potem będę myśleć. Albo działać, bo myślenie w moim przypadku kończy się serią wybuchów i pożarem. ;)

A jak kosmetycznie? Nijak. Serio. Jadąc do Francji postawiłam na całkowity kosmetyczny minimalizm - żel z Facelle do wszystkiego, kawalątek mydła dziegciowego na wszelki wypadek (w razie gdyby moja twarz zareagowała oburzeniem na zmianę wody) i chusteczki z Alterry, które miały pełnić funkcję myjącą i tonizującą. Oprócz tego wrzuciłam do torby żel aloesowy (który powalił mnie swoją zajebistością, serio!), masło shea z trawą cytrynową (okazało się być rewelacyjne na oparzenia słoneczne), a podręcznie wrzuciłam do kosmetyczki malutki suchy szampon, pomadkę z Alterry i coś tam jeszcze. Nie pamiętam. Sprzęt do makijażu wzięłam takoż - w końcu mieliśmy jechać do Paryża! :D W moim podręcznym zestawie małego tynkarza znalazła się miniaturka podkładu z Annabelle Minerals, khol z Catrice (limitka l'Afrique, c'est chique!I), koralowa szminka z limitki Essence oraz mocno sędziwy tusz z jedwabiem z Manhattanu, którego główną zaletą jest to, że nie maże się i mnie nie uczula.


Ok., i to w sumie tyle. :D To do zobaczenia za kwartał! :P

poniedziałek, 4 sierpnia 2014

Z gorąca wyparował

O kremie Nocny Detoks z Baikal Herbals wspominałam między innymi tutaj. Jednak nie planuję pisać pełnej recenzji (niech to, że kupiłam go drugi raz będzie dla Was najlepszą recenzją. Działa cuda i tyle ;)). Chciałam tylko rozprawić się z opakowaniami próżniowymi. A właściwie jednym opakowaniem.

No i rozprawiłam się - nożyczkami do mięs i kombinerkami.

Efekt?

OMÓJBORZETUNICNIEMA!!! :D


Pompka ostatkiem sił coś tam wypluwała, więc zwątpiłam w szczere intencje producenta. Teraz zwracam honor, a po krem z pewnością sięgnę, jak już moja skóra o nim zapomni. ;)

Następcą zostało serum z witaminą C z Avy (15,90 zł w drogerii Wispol), które wygląda jakby luksusowo. :)

Ktoś używał któregoś maściciela? :)

PS Jeśli wciąż ktoś tu jest, to może zerknąć tutaj, gdzie będę wrzucać różne rzeczy z równie zmienną regularnością. :P

czwartek, 31 lipca 2014

Wakacyjny (niebezpieczny?) minimalizm

Kocham upały. Serio. Kiedy temperatura rośnie powyżej 25°C czuję się jak królowa życia, ewentualnie salamandra czy inny gad, który lubi biegać po nagrzanych kamieniach. ;)
Niestety moja twarz nie do końca podziela mój entuzjazm dla upałów. W zeszłym roku udało mi się nad tym zapanować dzięki świetnemu filtrowi z SVR [klik], ale jednak całkowity brak opalenizny (spf 50) i pytanie lekarza, czy czasami nie mam anemii sprawiły, że w tym roku postanowiłam sięgnąć po lżejszy kaliber.

Moją bronią są (a raczej były) dwa kremy bb - bardzo dobry kremik z Bielendy i odrobinę rozczarowujący kremik ze Skinfooda (seria herbaciana):

Fota ekspert <3


Wszystko szło dobrze do wspomnianych 25 stopni, ale kiedy temperatura wzrosła, moja twarz ogłosiła strajk i bunt. Stwierdziłam zatem, że nie ma co się męczyć, odstawiłam oba kremy i ograniczyłam się do pielęgnacji całkowicie bezsilikonowej.*

Obecnie co rano zwilżam buzia wodą Evian, a potem maszczę olejkiem jojoba pomieszanym z kwasem hialuronowym (proporcje 3:1). Na to, jeżeli wychodzę do ludzi, nakładam podkład mineralny mineralny od Annabelle.

Dobrze, że nie pracuję w branży fotograficznej, btw, polećcie jakąś przyzwoitą małpę


I tak -według internetów olej jojoba zapewnia ochronę na poziomie 4 spf (trochę śmiesznie, ale zawsze coś), a podkład mineralny podobno też coś tam daje. Ze swojej strony mogę dodać tyle, że do biegania po mieście to wystarczy. Kiedy mam się udać gdzieś, gdzie może mnie przypiec, używam albo Skinfooda (spf 20), albo Bielendy (spf 15). Jeszcze mnie nie spaliło. Do tego kapelusz z szerokim rondem, bo lubię opalać się aktywnie (w sensie w czasie czytania książki).

A to ja i mój aktywny wypoczynek, cellulit i świecący nos gratis (a świecę się, bo wcześniej oberwałam hektar fasolki) :P
 Miłych wakacji!

*Tak swoją drogą to filtr z SVR nie robił mi żadnej krzywdy, chociaż teoretycznie powinien. Czary. :P

wtorek, 15 lipca 2014

Jak zostać goblinem i zrazić do siebie ludzi

Wracam między żywych!

Dzisiaj będzie krótko - kilka słów na temat mojej ulubionej maseczki oczyszczającej, która zdetronizwała wszystkie inne maseczki (no dobra, po prostu nie chce mi się iść do drogerii po Himalaye :P).

UWAGA! W trakcie notki uprasza się o niejedzenie i odłożenie wszelkich napojów! Zawarte w niej materiały mogą zawierać sceny drastyczne!

Maseczką jest mieszanka czarnej glinki i spiruliny z ZSK. Nie wiem, co ona robi, ale robi to genialnie (znaczy wiem - oczyszcza, ściąga, rozjaśnia i łagodzi, ale ogólny "efekt wow" na twarzy sprawia, że w maseczkowym peletonie zostawia daleko za sobą wszelkie oczyszczające propozycje innych marek czy glinki sauté).

Moją maseczkę przygotowuję metodą 1:1 - czyli równe proporcje glinki i alg. Na początku była to czarna glinka rosyjska (którą moja mieszana cera bardzo polubiła), obecnie używam glinki zielonej, której działanie algi podbijają również. Do ciapaji dodaję jeszcze oleju jojoba i kwasu hialuronowego, no i wody przegotowanej. :)

  Całość wygląda tak. Przy okazji warto dodać, że glinka częściowo zabija smró... specyficzny aromat alg.
Przed nałożeniem brei na twarz zawsze wykonuję dodatkowo OCM oraz mocniejszy peeling - miodowo solny lub, ostatnio, mikrodermabrazję od Bielendy (o którym kilka słów kiedy indziej, prawdopodobnie za jakiś kwartał, bo wcześniej znowu popadnę w blogowe limbo).
A całość wygląda tak:
Aaaaa! Zabijcie to zanim złoży jaja! Swoją drogą ten odcień zielonego ładnie podbija kolor oczu ^^

Do maski, którą mam na twarzy, dodałam jeszcze ekstraktu z młodej pszenicy, ale ten o wiele lepiej sprawdza się w kremie.
Całość nakładam na twarz na jakieś 30 minut lub godzinę, a w trakcie sprzątam, tańczę, gotuję obiad i straszę domowników, zwilżając fizjonomię wodą Evian. Zdecydowanie taki zabieg raz w tygodniu bardzo mojej cerze służy. :)

Ameryki tym postem prawdopodobnie nie odkryłam, ale może ktoś rozważał zakup alg czy coś.

Przy okazji zapomniałam się pochwalić tutaj (bo chwaliłam się na fb) - udało mi się zostać ambasadorką LPM. :) Zdjęć materiałów poglądowych w sieci jest już tyle, że moje trzy grosze sobie daruję, ale z pewnością za jakiś czas pojawi się recenzja płynu i mleczka. Na razie używam produktu Isany z mocznikiem i nawet skarby Prowansji nie dały rady go zdetronizować. ;)

A teraz kieunkek Kraków!

niedziela, 15 czerwca 2014

Trivia

Kochany pamiętniczku. Nie ma mnie, bo mam sesję, a że tydzień, w którym miałam odrobić wszystkie zaległe (czyli całe jedno) zaliczenia przechorowałam, to z jednego zaliczenia zrobiło mi się sześć, w efekcie czego przez ostatnie dwa tygodnie spałam po 5 godzin. Dobrze, że romanistyka jest w miarę lajtowa, bo inaczej nie spałabym w ogóle.

Mimo wszystko jakoś radzę sobie i ze zleceniami, i utrzymywaniem aktywności fizycznej na właściwym poziomie (bez tego spałabym po 8 godzin, ale lubię czasem pożyć). Wczoraj nawet (o zgrozo!) dałam się namówić chłopakowi na bieganie. Wciąż czuję lekki wstręt do siebie (nie zmieniłam opinii, że bieganie jest dla zwierząt), ale gps w moim telefonie twierdzi, że zrobiłam prawie 5,5 km w 30 minut, co wydaje mi się być wynikiem całkiem zadowalającym i napawającym mnie lekką dumą. Uczucie porównywalne do tego, kiedy dotknęłam żywej ryby (czyli odraza i refleksja w stylu "na ch*j mi to, przemieszana z dumą. Mam ichtiofobię). Tym bardziej, że z powrotem też wracaliśmy truchtem (to znaczy Misieł wracał truchtem, albo i nawet kłusem, a ja za nim usiłowałam nadążyć kurcgalopkiem. Po tym doświadczeniu nie mówię bieganiu "nie", ale wolałabym poczekać do momentu, aż w końcu kupię sobie to -

- oraz sztuczne rany, żeby móc przynajmniej siać ferment i popłoch wśród przechodniów).

Jak tylko uznam, że wariuję, postaram się opisać mojego kosmetycznego Graala z Fitomedu. :) A na razie - je vous souhaite bonne chance! No w każdym razie tym, którzy, jako i ja, zmagają się z sesją. :P

piątek, 23 maja 2014

Lek na większość zła tego świata - mydło dziegciowe

W zeszłym roku moja twarz (praktycznie jak każdego lata) ogłosiła bunt. Trochę mi było smutno, bo ja tu się staram, pielęgnuję, oczyszczam, nawilżam, a ona do mnie jak do wroga. Stwierdziłam w końcu, że trzeba chyba sięgnąć po coś bardziej zniewalającego, wybrałam się do ulubionego rosyjskiego sklepiku (który nie wytrzymał czynszu przy głównej ulicy i jest już świętej pamięci), i wróciłam stamtąd z mydłem dziegciowym, poleconym mi przez miłą panią ekspedientkę.

fot. kalina.pl



Tak i w tym roku, kiedy zrobiło się ciepło, a moja twarz zaczęła wyglądać coraz mniej wyjściowo, postanowiłam po mydło wrócić. Do sklepiku (który miesiąc temu jeszcze istniał). Żeby wspierać lokalny biznes. Od progu pytam jakiejś zupełnie nowej pani, czy mają może mydło dziegciowe, a pani na to odpowiedziała mi uprzejmym "hę?". Odwróciłam się i uciekłam, a mydło w końcu zamówiłam na kalinie, dołączając do niego znany i lubiany BioDetox.

Co to jest dziegieć, to się rozpisywać nie będę, bo kompetentni ludzi umieścili tę informację na wikipedii. Od siebie napiszę tyle, że dziegieć pachnie jak ubranie po nocy spędzonej bardzo blisko ogniska. Zapach jest na tyle specyficzny, że przez kilka dni całkiem realnie groziła mi eksmisja (razem z cholernym mydłem). Mydło nie jest też jakieś strasznie piękne wizualnie, bo wygląda jak bura kupa. Ale mydło ma dwie zalety - jest tanie i działa. 

O, a to się dzieje, jeżeli do zdjęcia dodamy kilka filtrów. Nawet mydło z dziegcia znalazłoby męża dzięki nim. :D

Po pierwszym użyciu rok temu popatrzyłam na drugi dzień rano do lustra, podrapałam się po głowie i autentycznie zadałam sobie pytanie: "A gdzie są moje pryszcze?". Paskudy co prawda nie zniknęły całkowicie, ale z fazy "jestem śliczny i różowy" przeszły do fazy bycia zasuszonymi. Przy dalszym używaniu cera będzie utrzymana w ryzach. 

W tym roku efekt nie był już tak spektakularny, ale dalej był dużo lepszy niż po wszystkim, co do tej pory stosowałam (wszystkie biodermy i iwostiny mogą wykopać sobie dołeczek i się w nim pogrzebać). Dodatkowo odkryłam inne zastosowanie mydła - wylazło mi jakieś uczulenie czy inna wysypka na szyi przy węzłach chłonnych. Już prawie szłam do dermatologa, ale stwierdziłam, że wcześniej pomiziam mydłem. Większość paskuda zniknęła po tygodniu, po dwóch tygodniach nic ciekawego w tym miejscu nie było. Mydło z powodzeniem stosuję również na wszelkie podrażnienia po goleniu, krostki na ramionach i inne apetyczne rzeczy.

Jedyne, o czym musimy pamiętać, to to, że mydło jest zasadowe, dlatego po jego użyciu przecieram każdą część człowieka tonikiem albo psikam mgiełką z Fitomedu (którą zamówiłam po roku modlenia się do niej. Po trzech dniach kocham ją miłością szczerą i pierwszą. Dam znać po miesiącu, czy nasz związek wskoczył poziom wyżej <<ślub, rodzina, takie tam...>>). Oprócz tego trochę mocniej nawilżam twarz (rano jojoba + kwas hialuronowy, wieczorem niesławne serum, któremu daję drugą szansę + biodetox + kwas + ziaja oliwkowa pod oczy). No i to się sprawdza - rano używam facelka wymiennie z żelem do cery wrażliwej z Synergen. Mydło wypróbowałam na włosy, ale jakoś efekt mnie nie porwał.

Mydło jest mega wydajne, siostra odrąbała sobie ogromny kawał i wywiozła do Krakowa, a ja wciąż zużywam maleńki kwadracik, który odcięłam sobie w kwietniu.

Skład: Sodium Tallowate, Sodium Cocoate, Sodium Palmate, Aqua, Betula Tar, Triethanolamine, Diethylene Glycol, PEG-9, Disodium EDTA, Citric Acid, Cellulose Gum, Benzoic Acid, Sodium chloride.

Opis producenta na stronie kalina.pl

wtorek, 13 maja 2014

Myślała Sowa o niedzieli... BACH - wtorek!

Jak można zauważyć po prawej stronie - biorę udział w akcji Maj miesiącem maseczek. Docelowo miałam mieć niedzielę dla włosów. Plany sobie a życie sobie - w niedzielę miałam jedynie nawał pracy (i kaca, takiego o, tyciutkiego). W związku z tym moja akcja włosowa przeniosła się na dzisiaj - czego to człowiek nie zrobi, żeby się nie uczyć. :)

Dodatkowego zdjęcia włosów nie będę zamieszczać, można je znaleźć tutaj, dużej zmianie nie uległy (tylko w końcu podcięłam nieszczęsne końcówki), a jak myślę o dokumentowaniu stanu włosów telefonem po raz kolejny, to mi słabo (nie mam w domu zwykłej małpy! Mam lustrzankę Minolty, która jest święta!).

Na włosy nałożyłam to:

Ponieważ zdjęcie znowu woła o pomstę, postanowiłam wzbogacić je efektami specjalnymi. Patrzcie jakie ładne kwiatuszki! <3





Maski Biovaxu starczają mi na ogół na trzy aplikacje, więc przełożyłam moją do pudełeczka po Nivei. Może się nie zepsuje. W zapasie czeka jeszcze maska z jedwabiem i keratyną (kreatyna robi mi cuda z włosami, ale takie dobre cuda! Kiedyś napiszę o genialnej odżywce za śmieszne pieniądze, ale to nie dzisiaj).

Włosy umyłam szamponem Palmolive (bo tylko on miał mocny detergent), na osuszone nałożyłam olejek, na olejek maskę, a na to foliową reklamówkę i czapkę-uszatkę (taka moja wariacja na temat turbanu z mikrofibry).

Jak na razie siedzę z tą konstrukcją na głowie i oglądam nowy odcinek Gry o Tron (lubię sprawdzać, co zmienili scenarzyści <3), jak skończę i to zmyję to dam znać, czy nie wyłysiałam. ;)

EDIT!

Wbrew obawom mamy i nadziejom taty (coś mówił o czystej oszczędności i używaniu wilgotnej szmatki) nie wyłysiałam! Maskę zmyłam szamponem dla księżniczek z Liliputz (proszę mnie nie oceniać!), a na koniec spsikałam psikaczem z rumiankiem z Green Pharmacy, co do którego nie jestem pewna, czy coś robi.
Włosy nie są mięciutkie, ale mięsiste i lekko uniesione. Wydaje się, jakby było ich mega dużo. Tak że aprobuję. :)

poniedziałek, 5 maja 2014

Sól ziemi! - w dezodorancie

Na początek kilka słów wyjaśnienia - nie jestem eko-maniaczką (chyba, że chodzi o twarz. Twarz jest święta), a do pewnego momentu używanie naturalnych dezodorantów kojarzyło mi się jedynie z tą hipiską z Dyktatora, ale cóż, tylko krowa zdania nie zmienia. ;) 

Odkąd pamiętam nie służyły mi antyperspiranty, zawsze coś było nie tak, a użycie tego typu specyfiku - nawet na drugi dzień po goleniu - kończyło się zawsze podrażnioną skórą i jakąś wysypką. Przez długi czas myślałam, że tak musi być, no bo przecież jak to tak, śmierdzę więc jestem? Nie, nie, dziękuję. 

Ale nadszedł pewien przełomowy dzień i pielęgnacja pod tym względem zmieniła się drastycznie, kiedy przeczytałam na jakimś forum, że zawarte w antyperspirantach składniki blokujące wydzielanie potu (enyłej wiecie, że antyperspiranty są klasyfikowane jako leki?) mogą wzmagać bolesność piersi w czasie PMSu (każda kobieta, która zna problem, wie, jakie to koszmarnie upierdliwe doświadczenie. W moim przypadku może trwać ponad dwa tygodnie, a potem wszyscy koledzy się dziwią, czemu taka najeżona chodzę. Każdy by chodził najeżony, gdyby go przez dwa tygodnie k…olano na przykład bolało). Rozważywszy za i przeciw uznałam, że może jednak bez przesady, aż tak społeczna nie jestem i nie mam problemów z nadpotliwością, a potem zaczęłam szukać alternatywy wśród dezodorantów.

Poguglawszy i poczytawszy postanowiła dać szansę powszechnie znanemu i ogólnie dostępnemu Crystalowi. Świetny skład, niezaporowa cena, no czego więcej chcieć? Okazało się, że niczego, ale pierwsze spotkanie wywołało u mnie lekki szok.

Drodzy przerzucający się na naturalny dezodorant - zanim się przerzucie przygotujcie się na to, że będziecie śmierdzieć. Jak męska szatnia. W moim przypadku organizm "przestawiał się" prawie miesiąc (spoko, Crystal to wydajne bydlę, więc nic to). Omal mnie szlag nie trafił, bo był maj, rekordowe temperatury, a ja sześć razy w tygodniu musiałam być na treningu (złote czasy <3, w obecnej grupie bym zbankrutowała). Ale poradziłam sobie w sposób następujący - zainwestowałam w chusteczki myjące i nosząc ze sobą wszędzie i chusteczki, i Crystalka jakoś temat ogarnęłam nie otruwszy nikogo oparami. Po tym czasie Crystal sprawował się lepiej niż niejeden antyperspirant. 

A co z tym mitycznym PMSem i tymi innymi, spyta ktoś? Szczerze mówiąc, to niewiele. Trochę pomógł, fakt (za to jak zdarzy mi się użyć czegoś innego - z blokera raz niebacznie skorzystałam - to jest miliard razy gorzej), ale złotym środkiem okazał się być zwykły tran z Gala łykany regularnie. :P Jednak moja skóra pod pachami odetchnęła z ulgą. Nic mnie nie wysypało od nie pamiętam kiedy, a co ciekawsze - w ogóle nie żółkną mi koszulki pod pachami. o_O W związku z czym...

...W związku z czym Crystal zaczął znikać z rossmannowych półek, a w Hebe został tylko najmniej przeze mnie ulubiony granat i wersja bezzapachowa.

Ubi sunt?! Wielkieście mi uczyniły (rumiankowy zwłaszcza) pustki w łazience mojej :(


Podsumowując - dezodorant jest wydajny, skuteczny, nie podrażnia, ładnie pachnie (nawet ten nieszczęsny granat). Jest 50% szans, że nie sprawdzi się u osób z nadpotliwością i innymi atrakcjami - przetestowałam na bracie wersję bezzapachową. Brat był zachwycony brakiem podrażnień, jednak otoczenie bratem już zdecydowanie mniej, z kolei moja siostra, która do tej pory używała blokera, jest z niego bardzo zadowolona.

Na pewno warto spróbować! - ja, w bliżej nieokreślonej przyszłości (jak już NIGDZIE nie będzie mojego Crystalka), zamierzam wypróbować ałun w krysztale.

Na koniec mogę tylko dorzucić radę od siebie, żeby tego rodzaju rewolucje przeprowadzać jednak zimą. :P A, no i jeszcze skład dla zainteresowanych:

Purified Water (Aqua), Natural Mineral Salts (Potassium Alum), Cellulose, Natural Fragrance Made with Pomegranate Essential Oils and Extracts.

sobota, 3 maja 2014

Takie śmieszne niekosmetyczne spostrzeżenie

Miałam dzisiaj zaplanowany trening, ale ciągle coś było nie tak. Ktoś coś non stop chciał, mi się z kolei nie chciało, pogoda nie nastrajała, nie mogłam się zdecydować na filmik... I nagle bęc! Motywacja uderzyła mnie jak grom z jasnego nieba! Katalizatorem było zdjęcie.... Dziewczyny z "krągłościami" (takiej co to "facet nie sikorka").

Spostrzeżeniem podzieliłam się z przedstawicielami płci obojga:

- Właśnie coś odkryłam! Piękne osoby wcale nie motywują! Brzydkie i grube osoby motywują!

Reakcje też były dwie:

Pełć (pełć brzmi zabawnie) męski: "Ja tak nie mam. Widzę koksa i myślę: <<O ja jebe, ale jestem małym robaczkiem, idę na siłownię. Jak widzę grubasa to myślę <<Hahah, leniwa buło>>" (jak widać nie tylko ja mam w tym związku paskudny charakter <<masz bardziej paskudny - Misieł>>).



Pełć żeński: "Zgadzam się. jak widzisz kogoś brzydkiego to myślisz <<Mogę zrobić to, to i to, żeby nie wyglądać jak to coś>>, a przy super lasce jest motyw: <<E, nigdy nie będę tak wyglądać, więc mam to w dupie>>" (jak widać wszyscy powinniśmy popracować nad przymiotami charakteru :P).



Oczywiście post ma charakter żartobliwy, ale różnica w postrzeganiu świata wydała mi się być na tyle interesująca, że postanowiłam się nią podzielić.

A Was co motywuje dziewczęta (i najlepiej chłopcy też, bo pasowałoby wyciągnąć jakąś średnią)? :D

P.S. Pro forma dodam, że nie chciałam nikogo obrazić, nie wyśmiewam się z osób z problemami zdrowotnymi, nie jestem Alfą i Omegą i nie mam sześciopaka (mam czteropak, w lodówce). Jeśli ktoś poczuł się tym tekstem urażony tooo... Nic na to nie poradzę. <3 

P.P.S. Ode mnie, mój (yyyy.... mobilny? - no dobra, sylwetką też bym nie wzgardziła :P) ideał, professora Gata Brava z grupy Morro Verde. ^^




wtorek, 29 kwietnia 2014

O twarzy jak kalafior - post emocjonalny

Taki kwejk był ostatnio:



Parsknęłam śmiechem i przewijałam dalej, ale dzisiaj niebacznie postanowiłam sprawdzić komentarze. Powiew świętego oburzenia internautów omal nie zmiótł mnie z krzesła.

Pierwszy z brzegu komentarz (pisownia oryginalna + moja cenzura): A co mają k**wa robić? Zakładać torby na głowę? Autorze kwejka, pie*dol się skur*ielino :).

Drugi komentarz: X. X. no przepraszam bardzo , jednak ja sobie twarz przemywam alkoholem ( spirytusem kosmetycznym ) po wyciśnięciu , i nadal mnie wysyfia , nie dotykam twarzy ani nic , więc może to tylko ja .

Reszty komentarzy już nie przytaczam, jak ktoś chce, może je sobie poczytać tutaj.

Ja ogólnie jestem załamana - ręce mi opadły, cycki na szczęście nie, ale tylko dzięki temu, że mam dobry stanik. 
Wszystkie mity i przesądy, które z mojej wczesnej młodości gimnazjalnej uczyniły małe piekło, mają się dobrze nie niepokojone przez nikogo. Według większości społeczeństwa - pryszcza należy wycisnąć, twarz przemyć spirytusem, a potem na całość walnąć tapetę. Ludzie wciąż wolą wywalić ciężkie pieniądze na podkłady i różnego autoramentu maści od dermatologa, niż najpierw spróbować samemu rozwiązać problem. Naprawdę! - raz głęboko wzruszyła mnie wiara znajomej, która uważała, że do zmycia pełnej tapety wystarczy TONIK (a oprócz toniku w kosmetyczce ze cztery maści na receptę <<tak, jestem wścibska>>).

Przez ponad dwadzieścia lat mojego życia borykałam się z problematyczną cerą, przełom nastąpił właściwie dopiero wtedy, gdy odkryłam blog Cukierka i wieloetapowe oczyszczanie. Wcześniej próbowałam wszystkiego - nawet absolutnego minimalizmu opartego na kremie bambino i szarym mydle.

O mojej pielęgnacji pisała tutaj - zmieniają się produkty oczyszczające, zmieniają się kremy, jedno się nie zmienia - demakijaż robiony olejami. Dorzuciwszy do niego "prawdziwe" OCM i maskę oczyszczającą raz w tygodniu mogę cieszyć się cerą bez większych niespodzianek.


Błagam, niech w końcu jakiś autorytet uświadomi ludziom, że makijaż ma PODKREŚLAĆ i dyskretnie tuszować, a nie ZASŁANIAĆ wyglądać, jakby nałożono go przy pomocy kielni i szpachelki.

P.S. Ponieważ wywołałam niezamierzoną kontrowersję, wprowadziłam drobne zmiany w tekście. Oczywiście zdaję sobie sprawę z faktu, że na świecie istnieją osoby, które naprawdę mają PRAWDZIWE problemy z cerą (błąd językowy zamierzony). Tekst nie miał na celu żadnej z nich obrazić (chociaż wciąż uważam, że kombinacja baza+korektor+lekki podkład jest lepszym rozwiązaniem, niż centymetrowa warstwa kleju do tapet z bazarku, pod warunkiem, że się tę kombinacją później zmyje). Tekst miał na celu wyrazić MOJĄ BARDZO SUBIEKTYWNĄ opinię na temat ignorancji kosmetycznej, która dotyka 70% społeczeństwa.

wtorek, 15 kwietnia 2014

"Będę żarła tynk" vol. 1

Powinno się mi zakazać wychodzenia z domu i odciąć dostęp do Internetu (albo przynajmniej poblokować niektóre strony). 
Poszłam sobie do Rossmanna. Po szamponik (dosłownie kupiłam szamponik, jest różowy i się błyszczy) i facelka (bo chciałam być uniwersalna i opędzić twarz i ciało za jednym razem, poza tym żel do twarzy z Avy <o którym może wkrótce coś napiszę, chociaż nie będzie to dytyramb> już jest na finiszu). Do koszyka wskoczył mi jednak jeszcze olejek, bo miał taaaaaki ładny skład.
A wcześniej weszłam sobie na stronę marki Calaya, po czym na chwilę mnie zamroczyło i teraz jestem szczęśliwą posiadaczką masła shea z olejkiem jojoba i trawą cytrynową oraz olejku awokado.

Zdjęcie jak zwykle woła: "Proszę, zabij mnie!".

Zacznijmy od lewej, rzeczony olejek o ślicznym składzie:
Carthamus Tinktorius Seed Oil (olej z nasion krokosza barwierskiego), Helianthus Annuus Seed Oil (olej słonecznikowy po prostu), Sesamum Indicum Oil (mądre jesteście, domyślcie się), Vanilia Planifolia Fruit Extract (gdyby nie dalszy ciąg to uznałabym, że olejek jest świetnym dodatkiem do ciast i deserów), Polysorbate 20, Parfum, Tocopherol (witamina E), Tocopheryl Acetate (antyoksydant <jak witamina E>, więcej tu).

No i co Wy na to? No jak ja go miałam tam zostawić? Jedno jest pewne - będę olejek stosowała na włosy i jako zabezpieczacz do końcówek, bo do kąpieli zwyczajnie mi go żal! Kosztował 7,50 zł. 

Olejek z awokado - kazałam kupić siostrze, bo ma właściwości naprawcze, jeśli chodzi o naskórek. Po jednokrotnym użyciu uznałam, że ja też chcę (tym bardziej, że moje masło kakaowe prawdopodobnie w końcu zjem). Nabytek ze strony Calaya (kosztował niecałe 5 zł).

Szampon Liliputz - był różowy i się świecił! I jest dla księżniczek! Poza tym miałam wcześniej uniwersalny płyn dla chłopców i sprawdzał się świetnie (skubani, a dla dziewczynek jest szampon i płyn osobno. Nie ma, że gender, czysty marketing!).

Masło shea z olejkiem jojoba i trawą cytrynową - to na moje łydki. Pachnie jak landrynki. Mam nadzieję, że to będzie dobra znajomość. W zeszłym roku masło shea sprawdziło się na mojej skórze rewelacyjnie.

Za przesyłkę z Calayi zapłaciłam, łącznie z przesyłką, 30 zł z groszami. Uważam, że to całkiem niezła cena. Do tego zamówienie złożyłam w niedzielę, a paczka dotarła do mnie już dzisiaj. :D

Coś kogoś zainteresowało?

P.S. Tak naprawdę tylko dwie z tych rzeczy były mi potrzebne, ale to zaskakujące, ile wydatków człowiek jest w stanie usprawiedliwić urodzinami... A teraz wybaczcie, idę sobie odłupać trochę tynku na obiad.

poniedziałek, 31 marca 2014

"A home for fleas/A hive for bees/A nest for birds" - z włosem i pod włos

To może na dobry początek się wytłumaczę (sama przed sobą), dlaczego tu nie bywam.
Pracuję zdalnie, a praca ta wymaga ode mnie napisania około 16 pełnowartościowych tekstów po 2000 znaków tygodniowo (ostatnio wymagała napisania dziewiętnastu), często na tematy, o których nie mam bladego pojęcia (choroby skórne wieku niemowlęcego i pranie ubranek dziecięcych), albo które wywołują u mnie nagły atak paniki (testy ciążowe, objawy ciąży, ciąża, ciąża i karmienie piersią). Na szczęście płacą lepiej, niż za godzinę kelnerkowania i mam nienormowany czas pracy w takim pozytywnym sensie (że teksty mają być do czwartku do 13, a pisać mogę, kiedy mam na to ochotę. Na ogół odpowiedzialnie siadam do tego w poniedziałek. Proces twórczy wygląda tak, że gapię się w monitor, tłukę głową w klawiaturę, znowu gapię się w monitor i piszę trzy teksty. I tak do środy. Zdecydowana większość tej "tfurczości" powstaje w nocy ze środy na czwartek. Nie ma weny, jest deadline).

Przejdźmy jednak do meritum notki - włosy. Jakie mam - można zobaczyć po prawej stronie. Dużo tego nie ma, ale są zdrowe. Odcień "wody po myciu naczyń" (litościwie zwany "popielatym blondem") też bardzo lubię. Podejrzewam wręcz, że to dzięki temu, że nigdy nie farbowałam włosów (raz zmywalną pianką, raz sprejem i raz cieniem do oczu w kamieniu. Wszystkie specyfiki miały kolor różowy), są we w miarę dobrej kondycji. Oczywiście nie byłabym kobietą, gdybym nie uznała, że zawsze może być lepiej, prawda?


Ci dwaj panowie (nie wrzucę większego zdjęcia, bo woła wtedy: "Proszę, zabij mnie!") w głównej mierze odpowiadają za moją głowę ostatnimi czasy. Olejek już się skończył, szampon, jak widać, dogorywa. Nie będę wchodzić w szczegóły, napiszę tylko, że jednym i drugim jestem zachwycona. 
Szampon sprawia, że spokojnie mogę myć włosy co drugi dzień. Nie wysusza, nie podrażnia skóry głowy, niepokojąco przyjemnie pachnie (mieszanka ziół, ziemi i syropu na kaszel), jest mocno wydajny. To opakowanie nabyłam (a właściwie Mamusia mi nabyła...) jakoś w połowie lutego przy okazji wizyty w Katowicach (...za to, że tak ładnie poprowadziłam autko aż do Mysłowic i wszyscy przeżyli). Oprócz mnie używała go też moja siostra, która akurat miała ferie (i która też była nim zachwycona). Ilość w butelce spokojnie starczy mi jeszcze na jakiś tydzień bądź dwa. Szampon jest łagodny z natury, więc raz w tygodniu używam czegoś bardziej zjadliwego, żeby dokładnie oczyścić włosy.
Co do olejku miałam na początku mieszane uczucie - pierwsze użycie to był efekt wow, a potem bardziej "noł". W każdym razie zaczęłam kombinować - ostatecznie używałam go tak, że, lekceważąc całkowicie instrukcję obsługi, nakładałam go na zwilżone włosy (woda+butelka z atomizerem), uwzględniając skalp i długość. Zostawiałam na noc, rano podczas mycia najpierw moczyłam, potem nakładałam odżywkę, a potem myłam Fitomedem. Kombinację powtarzałam co 2-3 dni. W tym wydaniu sprawdzał się najlepiej. Po upięciu włosów w luźny kok wyglądam jak mały, puchaty kurczaczek (przez dzidziusiowe włoski ^^). Obecnie jego miejsce zastąpił kuzyn z papryką, do wesołej gromadki dołączyła również morelowa odżywka Garniera i maseczka jajeczna z Joanny. Odżywka ja odżywka - nawilża i (chyba) nie ma silikonów, na czym mi zależało, a o masce prawdopodobnie jeszcze poczytacie (za jakiś miesiąc, może dwa).
A to moje włosy, ninja zasłania ręcznik, który wisi na drążku do podciągania, a który umknął przed mym bystrym wzrokiem (...aż mi żal siebie).


(Nie, nie farbuję włosów. Tak, kolor jest przekłamany, ale w sumie niedużo. Owszem, nie wykluczam, że kiedyś podetnę końcówki. Mam proste włosy, spałam w warkoczu.)

To tyle. Znacie, używacie?

P.S. Wszystkim polecam edytor online pixlr.com, dzięki niemu zdjęcia są złe, a nie beznadziejne!


Proszę, piosenka z ulubionego musicalu ever. Indżoj.

wtorek, 11 marca 2014

Z braku czasu

Nie było mnie, bo przez chwilę miałam studia i dwa zajęcia zarobkowe. Ponieważ w moim życiu pojedyncze wydarzenia nie mają racji bytu.
W każdym razie przez poprzednie dwa tygodnie odkryłam, że jestem istotą słabą, która musi spać minimum siedem godzin dziennie, w związku z czym z jednego zajęcia zarobkowego musiałam zrezygnować. Drugie zajęcie zarobkowe obejmuje pisanie artykułów w ilościach hurtowych, w związku z czym, jak można się z łatwością domyślić, mój mózg, postawiony w obliczu bloggerowego edytora tekstu, zaczynał lekko trzeszczeć, a w powietrzu czułam coś jakby zapach przypalanego jajka.



Z powodu braku czasu i innych takich pomyślałam, że fajnie byłoby stworzyć post o odświeżaniu skóry głowy (w braku czasu). 

Akt I
Pierwszy sposób to, oczywiście, suche szampony. Używałam ich kilka - Isany, Batiste, Radicala, Fructisa, Schwarzkopa i Syossa. Internetu nie odkryję jeśli napiszę, że Batiste najbardziej przypadł mi do gustu (działanie) i mojemu mężczyźnie takoż (zapach gumy balonowej). Tylko suche szampony mają jedną wadę. Nie rosną na półce w łazience, a jakoś mi do Hebe strasznie nie po drodze ostatnio. :(



Akt II

Kiedyś dawno temu przeczytałam, że Angelina Jolie, w przypływie braku czasu, pudruje nasadę włosów (miałam przez pewien czas ilustrowany periodyk Party w toalecie. I zdjęcie Darwina. Taka byłam glamour). Pomysł wydał mi się wart sprawdzenia, ale Angeliną Jolie nie jestem, a puder, podobnie jak suche szampony, nie pojawia się magicznie w kosmetyczce. Postanowiłam zatem wykorzystać talk kosmetyczny. Shit works (pardon mon français), ale jest to metoda raczej dla blondynek, i raczej należy w trakcie zabiegu pochylić głowę i omijać ten łysy pasek zwany przedziałkiem.

Dziki talk kosmetyczny

Akt III

Medycyna ludowa tzw, ewentualnie metody domowe. Mąka ziemniaczana! Stosujemy jak talk. Działa.

Chata Wuja Freda


Do powyższych sproszkowanych substancji możemy dodać również sody oczyszczonej, która, moim skromnym zdaniem, w sumie nie robi nic (ale w Internetach tak pisało). Uczeni w sieci wspominali również coś o płatkach owsianych, u mnie nie podziałały, ale może robiłam coś źle.

Możliwe, że to co napisałam jest semantycznie tyle warte, co stwierdzenie, że niebo jest niebieskie, ale co krok spotykam osoby, które tych sztuczek nie znają. Mi czasami te różne talki i mąki napraaaawdę ratują życie (a przynajmniej wizerunek), to może uratują i Wam (albo przynajmniej robotowi Google, mojemu ulubionemu, regularnemu czytelnikowi. Hej robocie!). ;)


środa, 12 lutego 2014

Ideał sięgnął bruku!

A właściwie dna. Są takie kosmetyki, o których po prostu nie da się za dużo napisać. Robią, co mają robić (i robią to dobrze!), nie robiąc przy tym krzywdy, i tyle.
Jednym z takich kosmetyków jest Inglot Duraline.
Stond.
Przezroczyste olejkowato-silikonowe coś w buteleczce z pipetką, która na pewno do czegoś przydasie*.
Jak każda kosmetykomaniaczka wie (a ja tylko przypomnę), Duralajna można używać jako bazy pod cienie (działa!), bazy pod szminkę (średnio działa, ale coś tam działa, trochę wysusza), cudownego eliksiru do robienia eyelinerów z niczego (jeszcze jak działa! Od listopada zeszłego roku nie kupiłam eyelinera! Nawet jak któryś mnie chwytał za serce, brałam buteleczkę do ręki, oglądałam ze wszystkich stron, po czym pukałam się w czoło i mówiłam sobie: "Kobieto, na co ci to?! Masz cień w tym kolorze!" <<kolorystycznie jestem nudna, mam dwie paletki z cieniami i wystarczają mi do bycia szczęśliwą jak kania w dżdżysty dzień>>), rozrzedzania tuszu do rzęs (np. myślałam, że moja maskara z Bourjois wykonuje dla mnie łabędzi śpiew, a tu psikus, kilka kropel Duralajna i służy mi dalej już miesiąc, maskara, nie Duralajn <<maskary z Bourjois są magiczne, to inwestycja na lata. Ja mojej używam od ponad roku i nic jej, ani mi, nie jest!>>).
Podsumowując - jest to kosmetyk, dzięki któremu możemy nie tylko stworzyć pancerny makijaż, ale również zaoszczędzić miliony monet - moją buteleczkę kupiłam równo rok i trzy miesiące temu za jakieś 20 zł, skończyła się dzisiaj rano (pewnie starczyłaby na dłużej, gdybym 1/3 niechcący nie wylała :<), a, jak już wspomniałam, zaoszczędziłam na wszelkich bazach i mazidłach (na bazach to nie do końca, bo miałam jedną z Heana i oddałam ją siostrze, nie ma co mnożyć bytów ponad potrzebę, bo mnie w końcu zjedzą).

Skład: Isododecane, Bis-vinyl Dimethicone/Dimethicone Copolymer, Capryl Glycol, Phenoxyethanol, Hexylene Glycol. 


Dobrze, że w moim prowincjonalnym małym mieście jest stoisko Inglota, kupię sobie w nagrodę za sesję. <3

Prywata:

A jak już jesteśmy przy sesji, to ja jestem po. W mojej akademickiej karierze (pięć lat studiów, młodość w bibliotece <<spędzona na czytaniu Pratchetta>>, tytuł magistra polonistyki) jest to pierwsza sesja zakończona w terminie (tu zszokowana mina).

Stond.
Już miałam popaść w obłęd z powodu ilości wolnego czasu, ale Karma czuwa. Jeszcze wczoraj odezwała się do mnie znajoma z agencji reklamowej, z którą współpracowałam na ostatnim roku studiów, a dzisiaj zadzwoniła pani z innej agencji, do której jakoś dawno temu (ze dwa miesiące) wysłałam CV. Jeśli jesteś bezrobotnym tekstorobem z jakim takim doświadczeniem to zdecydowanie opłaca się prostytuować swoje dane personalne po obcych ludziach. :D

Pozdrawiam Was serdecznie i idę robić nic, bo dopiero zaczęłam, a chciałabym dokończyć przed jutrem. :)

P.S. Tak mi się przypomniało. Duralajna można też podobno używać do podkładów (również przedłuża trwałość), ale tej opcji nie próbowałam, bo na ogół stosuję kremy BB.

*Przydasie to wszystkie te rzeczy, które na pewno kiedyś się przydadzą, a w końcu zjedzą Cię w nocy. Albo przejmą całą przestrzeń życiową. Ale cóż, przydasie.

wtorek, 4 lutego 2014

Masło kakaowe po raz kolejny

Jestem stworzeniem zdecydowanie ciepłolubnym. W temperaturze 30+ mogę bez większego problemu robić remont, jeździć na rowerze i biegać po górach (przy okazji dementuję plotkę, jakobym posiadała motorek w tyłku <<don't ask...>>). Zimy za to NIE ZNOSZĘ. Cera mi się buntuje, włosy mi się buntują (odżywkę anti-frizz z Isany polecam), skóra na całej powierzchni ciała mi się buntuje (masło z TBS polecam), a organizm stwierdza, że jedzenie jajek na boczku trzy razy dziennie to najlepszy z możliwych pomysłów (nie polecam).
Ale nie ma tego złego. Dzięki zbuntowanej cerze odkryłam, że moje leżakujące w lodówce masło kakaowe z powodzeniem zastępuje krem.

Bałam się dość, bo masło kakaowe uważane jest za substancję komedogenną, ale przyciśnięta perspektywą spędzenia 12 godzin poza domem uznałam, że raz nie zawsze, a poza tym gorsze rzeczy się kładło na twarz. Decyzji nie żałuję, bo masło:
  • nie zapchało;
  • doskonale dogadało się kremem bb;
  • nie przyczyniło się do błyszczenia twarzy w ciągu dnia (a wręcz cera dłużej była mniej więcej matowa);
  • nawilżyło i pomogło utrzymać stopień nawilżenia.

Fot. ZSK
Masła używałam w trochę inny sposób, niż kremu: rano oczyszczałam twarz, następnie psikałam się wodą różaną (zamykanie oczu jest fajne, powinnam częściej o tym pamiętać), potem brałam bryłkę masła, ogrzewałam suszarką i smarowałam tą bryłką buzię, resztę rozcierałam i wklepywałam palcami. Potem zajmowałam się codziennymi, porannymi czynnościami (np. takimi jak bezsensowne bieganie w kółko i wrzeszczenie w panice, że nie mam czasu), po dłuższej chwili ściągałam nadmiar masła chusteczką, a na to robiłam codzienny makijaż, który znów utrwalałam wodą różaną. Makijaż taki wytrzymuje na twarzy cały dzień na uczelni i 1,5 godziny kopania bliźnich.

Teraz mrozy sobie poszły (i znów narzekam, bo już wolę, jak pizga złem, niż jak jest tak byle jak i brejowato :P), a ja zaczynam testować masło w warunkach mniej ekstremalnych. Jestem ciekawa, jak sprawdzi się w wyższych temperaturach.

Dodatek studencki

A jeśli chodzi o życie, to teoretycznie mam sesję, ale praktycznie... Z jednego egzaminu byłam zwolniona (poszłam do pani i powiedziałam, że językoznawstwo jest pasjonujące, ale miałam egzamin ze wstępu do językoznawstwa, językoznawstwa ogólnego i metodologii badań językoznawczych plus ćwiczenia, i naprawdę już nie chce mi się zdawać tego po raz kolejny, nawet jeśli +3 zepsuje mi średnią*), następny z historii literatury francuskiej mam w piątek (pierwszy raz w historii jakichkolwiek moich studiów mam własne notatki! - jednak 12 osób na roku to doskonały sposób na poprawę koncentracji), a ostatni z literaturoznawstwa, 11 lutego (miałam egzamin z poetyki, wykłady z literaturoznawstwa i jakieś ćwiczenia z nowych kierunków krytyczno-literackich, wszelkie sesjowe paniki nie dla nie w tym semestrze). Podsumowując - jeśli czyta to jakiś licealista/licencjat bez pomysłu na dalsze kształcenie, polecam jakąkolwiek filologię romańską. Praca jest, a studia są naprawdę lajtowe.

piątek, 31 stycznia 2014

Patrz pod nogi!

Ej, a tak z ciekawości i dla rozluźnienia w czasie sesji spytam, zna ktoś te schody?

Obręcz barkowa sama się nie zrobi. http://on.fb.me/1elLBpx

To taki chyba mój największy projekt DIY, który razem z koleżanką (i za namową koleżanki) realizowałam na ubiegłorocznym Grolsch Artboom Festival w Krakowie. :) Fajna zabawa, przekonanie się, że ludzie są dobrzy i zdecydowanie 8/10 osób jeśli nie pomoże, to na pewno nie zaszkodzi. Dodatkowo, co najważniejsze, uwierzyłam we własne siły (polonistka w konkursie dla architektów i artystów). Jak ktoś jest z Krakowa i jeszcze nie widział, to zapraszam, Tatrzańska 5, "Patrz pod nogi!". :)

czwartek, 30 stycznia 2014

Odżywka "out of the box"

Najpierw nie miałam komputera (naprawianie systemu, które miało zająć "dwie chwile" zajęło trzy dni), potem przywlokło się jakieś zatrucie pokarmowe (a w listopadzie była grypa żołądkowa. Czy te wszystkie dysfunkcje nie mogą zaczekać do lata? Przynajmniej byłabym lżejsza o te dwa kilo wody, a tak to mogę co najwyżej wyłysieć), no i w tle sesja oczywiście (pamiętam, jak w październiku 2012 roku cieszyłam się, że nigdy więcej sesji. Oj naiwna, naiwna...). Ale już jestem. :) A dzisiaj będzie o włosach.

Fot. o-feminin
Włosy, jakie mam, można zobaczyć na zdjęciu profilowym. Dużo ich nie mam, ale to, co mam, mam raczej zdrowe, więc dbam, żeby takie pozostało. Przy okazji są niezakręcalne. NIE-ZA-KRĘ-CAL-NE. I zawsze usiłują zabić mojego chłopaka. I jak na tak nikłą ilość, to wszędzie ich pełno.

Co do odżywki - moja ocena działa trochę na zasadzie jak ocena tych nauczycieli, którzy znali Twoje wybitne starsze rodzeństwo i uważają, że jakiś pierwiastek geniuszu tego rodzeństwa musiał Ci się udzielić, więc przez całą edukację podnoszą ci ocenę o pół stopnia. No to ja strasznie lubię kakaowe masło do ciała Ziaji, a odżywka ma dzięki temu słabe 4. Ładnie pachnie, ma odpowiednią konsystencję, ułatwia rozczesywanie. Oczywiście obciąża, ale stosuję ją do OM'a (takie zubożałe OMO) oraz jako zabezpieczenie końcówek. Nadaje się też do zakręcania loków "na odżywkę"* (u mnie na jakąś godzinę. W porywach do dwóch, jeśli nie wychodzę z domu). Ale jest jedna rola, w której sprawdza się rewelacyjnie - odżywka Masło Kakaowe z Ziaji jest najlepszą pianką do golenia, jaką w życiu miałam!** I jeśli nie zużyję jej do włosów (bo w sumie ostatnio eksperymentuję z olejkiem łopianowym Green Pharmacy), to i tak się nie zmarnuje.

Podsumowując - jeśli ktoś nie ma bardzo suchych włosów to polecam (chociaż niby odżywka jest do włosów suchych i zniszczonych), zwłaszcza zimą, jako łazienkowy umilacz. Tym bardziej, że kosztuje toto 4,5 zł. 
Skład jest tak do bólu trywialny, że go sobie tym razem podaruję. Tytułowe masło kakaowe błąka się gdzieś przy końcu INCI.

* Nakłada się odrobinę odżywki na suche włosy, a potem robi koczek albo warkocz.
** Obok czerwonego balsamu Garniera.

P.S. A od cudownej i niezastąpionej Meg dostałam moje pierwsze w życiu masło z TBS. Nie rozumiałam fenomenu. Już rozumiem. Masła z TBS to moja nowa, absolutnie warunkowa miłość.

Plus perfumy. Bez próbki perfum Meg nie byłaby Meg. :3