wtorek, 10 grudnia 2013

Kobieta w kuchni

Moje przygody z kuchnią może nie obfitują w wybuchy, pościgi i łzy rozpaczy, niemniej jednak staram się je ograniczać do niezbędnego minimum. Za gotowaniem nie przepadam, za jedzeniem przepadam dość umiarkowanie (w dobie pędu do zdrowego żywienia moje Żywienie w Ogóle powinno sobie przytrzasnąć głowę drzwiami od lodówki. Za karę.*). Przez to wszystko w kuchni bywam przelotem. No chyba, że akurat... SKOŃCZY MI SIĘ PEELING! :D

Zacznijmy od początku. Jakoś we wrześniu przy okazji wizyty w moim rosyjskim sklepiku nabyłam sobie czyste masło kakaowe. Masło kakaowe od tamtego czasu leży w lodówce. Niestety - to, co rewelacyjnie działa na moją skórę w przeróżnych mieszankach, w czystych postaciach nie sprawdziło się już tak dobrze. I pewnie to masło tak by sobie leżało, dopóki w końcu bym go nie zjadła, gdybym, oczywiście pod wpływem lektury blogów, nie wpadła na genialny pomysł, żeby je z czymś wymieszać.

Tak powstał balsam, który się nie sprawdził, bo dodałam za mało innych olei (masło kakaowe prosto z lodówki mogłoby z powodzeniem zastąpić tłuczek do mięsa), a potem peeling do ciała. Peeling do ciała był strzałem w dziesiątkę. :)

Nie jestem specjalną fanką kupnych peelingów, bo po co wydawać pieniądze, skoro wystarczy wymieszać ze sobą kilka zawsze będących w domu składników. Z podobnego założenia wyszłam i tym razem, ale, po naczytaniu się pozytywnych opinii o składach peelingów Pat & Rub, postanowiłam zrobić sobie wersję "na bogato".

Użyłam do tego:
  • kawy;
  • masła kakaowego;
  • olejku pomarańczowego z Avy (o którym za niedługo napiszę);
  • trzy kapsułki Dermogalu A+E (o którym nie napiszę, no bo kurde bez jaj, wszyscy znają).
Proporcje oczywiście na oko.

Kawę zaparzyłam w minimalnej ilości wody, masło kakaowe rozpuściłam w kąpieli wodnej (czyli w rondelku bez wody wsadzonym do rondelka z wodą, bo tak rozumiem kąpiel wodną, a możliwe, że jest to coś zupełnie innego), potem odcedziłam kawowe fusy, wymieszałam z roztopionym masłem, olejkiem z Avy i zawartością kapsułek. Całość czarów wykonałam w plastikowym pojemniku po maśle do ciała i wsadziłam do lodówki. Przy okazji odkryłam, że połączenie zapachu kawy i pomarańczy jest CUDOWNE! Jadłabym. :)

A to ja o 7 rano w Polsce. <3 Stond.**

Mały drań oczywiście lekko skamieniał w tej lodówce (NIE WIEM ile tych innych olejków powinnam dodać. Po prostu NIE WIEM) jednak nie tak bezwzględnie, jak wcześniej popełniony balsam zaczepno-obronny. Przejdźmy jednak do uzusu. Po zastosowaniu peelingu skóra jest, oczywiście, gładka, ale przy tym idealnie nawilżona! :D No i pachnąca. Po wyjściu spod prysznica na zmianę się macam i wącham, a jeśli nie golę nóg to zupełnie odpada używanie balsamu (łydki zimą to osobna, bardzo smutna i jałowa <<dosłownie!>> historia). No w każdym razie jeśli macie w domu jakieś wolnostojące i marnujące się nawilżająco-natłuszczające półprodukty to polecam taki sposób ich zutylizowania. :)

*Ale jak to: "Ketchup to nie warzywo"?!
** Miałam zacząć uczyć się robić zdjęcia, ale ponieważ rano kleiłam plakat, a potem od 9:30 do 21 byłam poza domem to wyszło jak zwykle. :<

4 komentarze:

  1. całość brzmi mega aromatycznie :) chętnie bym wypróbowała takiego peelingu

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W razie braku olejku pomarańczowego można przygotować opcję z cynamonem, imbirem i miodem. ;) Pro-turbo świątecznie. :)

      Usuń