wtorek, 31 grudnia 2013

2014, módl się, żebym była dla Ciebie dobra...

O Jezusie, wszyscy coś podsumowują, to może i ja, tak na szybko.

2013
  • skończone studia - jedne
  • zaczęte studia - jedne
  • skończone prace - dwie (trzy, wliczając, hue, hue, magisterkę)
  • zaczęte prace - moje animowanie i doraźne prowadzenie zajęć plastycznych raczej ciężko uznać za pracę... Zero.
  • skończone związki - jeden
  • zaczęte związki - jeden. I lepiej, żeby ten był już ostatni, za stara jestem na takie zabawy -.-'
Co by tam jeszcze... A, zaczęłam trenować wspinaczkę, nie przestałam trenować Capoeiry (sem capoeira nao posso viver <3, ale bez tyld i tych innych już jak najbardziej), coraz częściej bywam na siłowni i, co najlepsze, POLUBIŁAM (chociaż wciąż bez żalu wymieniłabym na drugi trening na ścianie). Sportowo się zrobiło...

Cele na najbliższy rok to:
  • ZNALEŹĆ PRACĘ, najlepiej w zawodzie i z dala od dzieci
  • uregulować mój stosunek do snu (ghy...)
  • zrobić coś z moim odżywianiem (GHY!)
  • w razie gdybym nie znalazła pracy skończyć pierwszy rok romanistyki
  • nie zacząć znowu palić
  • trochę rzadziej wpędzać chłopaka w stany przedzawałowe
  • nie zacząć brać środków uspokajających (nawet tych z Labofarmu)
  • akcja "30 minut dziennie dla portugalskiego" (a przynajmniej dwa razy w tygodniu, bądźmy realistami)
  • no i planuję w końcu rozruszać bloga, że tak się posłużę cytatą: "Zacznę wpuszczać klientów do środka i otwierać przed 12".
No to dobra, piżama się suszy, 2014 może nadciągać! <3


piątek, 20 grudnia 2013

Niecodzienny dzienniak

Tak na szybko. Na tapecie - kreska na powiece. Wszyscy znamy i wiemy, że może być kolorowa. Dzisiaj rano musiałam przyspieszyć makijaż, więc uznałam, że kreska będzie ok. A potem popatrzyłam w lustro i stwierdziłam, że wyglądam jak grafika w odcieniach szarości...

To zrobiłam czerwoną kreskę! :D

Zdjęcia jak zwykle nieprofesjonalne, a brwi niewyregulowane. <3 No i przez to robienie nieprofesjonalnych zdjęć niewyregulowanym brwiom spóźniłam się na zajęcia, no ale sztuka wymaga ofiar (antysztuka też).

Oko przymknięte.
Oko nieprzymknięte.


Oba oka. Zdjęcia są dziwnawe, ale dobrze oddają kolory.


Na oba oka nałożyłam Inglot Duraline jako bazę, potem ściętym pędzelkiem (pierwotne przeznaczenie pędzelka - zdobienie paznokci) zrobiłam na górnej i dolnej linii rzęs cieniutkie czarne kreski cieniem z paletki Sleeka, które to kreski bardzo mocno roztarłam, tak, że zostało tylko echo kresek, a potem tym samym UMYTYM pędzelkiem zrobiłam kreski z czerwonego pigmentu Kobo wymieszanym z duralajnem. Cholery trochę się poodbijały na górnej powiece, więc potraktowałam je transparentnym pudrem z My Secret (trochę pomogło). Ja się w tym makijażu czułam dobrze i pewnie będę do niego wracać.

Wszystkich wymienionych produktów do makijażu używam już chwilę, a duralajn to nawet uskutecznia już łabędzi śpiew. Chce ktoś, żebym coś opisała?

REKLAMA

Przy okazji biorę udział w rozdaniu u Chocolatte Monster. Do wygrania same zdrowości. :)

wtorek, 10 grudnia 2013

Kobieta w kuchni

Moje przygody z kuchnią może nie obfitują w wybuchy, pościgi i łzy rozpaczy, niemniej jednak staram się je ograniczać do niezbędnego minimum. Za gotowaniem nie przepadam, za jedzeniem przepadam dość umiarkowanie (w dobie pędu do zdrowego żywienia moje Żywienie w Ogóle powinno sobie przytrzasnąć głowę drzwiami od lodówki. Za karę.*). Przez to wszystko w kuchni bywam przelotem. No chyba, że akurat... SKOŃCZY MI SIĘ PEELING! :D

Zacznijmy od początku. Jakoś we wrześniu przy okazji wizyty w moim rosyjskim sklepiku nabyłam sobie czyste masło kakaowe. Masło kakaowe od tamtego czasu leży w lodówce. Niestety - to, co rewelacyjnie działa na moją skórę w przeróżnych mieszankach, w czystych postaciach nie sprawdziło się już tak dobrze. I pewnie to masło tak by sobie leżało, dopóki w końcu bym go nie zjadła, gdybym, oczywiście pod wpływem lektury blogów, nie wpadła na genialny pomysł, żeby je z czymś wymieszać.

Tak powstał balsam, który się nie sprawdził, bo dodałam za mało innych olei (masło kakaowe prosto z lodówki mogłoby z powodzeniem zastąpić tłuczek do mięsa), a potem peeling do ciała. Peeling do ciała był strzałem w dziesiątkę. :)

Nie jestem specjalną fanką kupnych peelingów, bo po co wydawać pieniądze, skoro wystarczy wymieszać ze sobą kilka zawsze będących w domu składników. Z podobnego założenia wyszłam i tym razem, ale, po naczytaniu się pozytywnych opinii o składach peelingów Pat & Rub, postanowiłam zrobić sobie wersję "na bogato".

Użyłam do tego:
  • kawy;
  • masła kakaowego;
  • olejku pomarańczowego z Avy (o którym za niedługo napiszę);
  • trzy kapsułki Dermogalu A+E (o którym nie napiszę, no bo kurde bez jaj, wszyscy znają).
Proporcje oczywiście na oko.

Kawę zaparzyłam w minimalnej ilości wody, masło kakaowe rozpuściłam w kąpieli wodnej (czyli w rondelku bez wody wsadzonym do rondelka z wodą, bo tak rozumiem kąpiel wodną, a możliwe, że jest to coś zupełnie innego), potem odcedziłam kawowe fusy, wymieszałam z roztopionym masłem, olejkiem z Avy i zawartością kapsułek. Całość czarów wykonałam w plastikowym pojemniku po maśle do ciała i wsadziłam do lodówki. Przy okazji odkryłam, że połączenie zapachu kawy i pomarańczy jest CUDOWNE! Jadłabym. :)

A to ja o 7 rano w Polsce. <3 Stond.**

Mały drań oczywiście lekko skamieniał w tej lodówce (NIE WIEM ile tych innych olejków powinnam dodać. Po prostu NIE WIEM) jednak nie tak bezwzględnie, jak wcześniej popełniony balsam zaczepno-obronny. Przejdźmy jednak do uzusu. Po zastosowaniu peelingu skóra jest, oczywiście, gładka, ale przy tym idealnie nawilżona! :D No i pachnąca. Po wyjściu spod prysznica na zmianę się macam i wącham, a jeśli nie golę nóg to zupełnie odpada używanie balsamu (łydki zimą to osobna, bardzo smutna i jałowa <<dosłownie!>> historia). No w każdym razie jeśli macie w domu jakieś wolnostojące i marnujące się nawilżająco-natłuszczające półprodukty to polecam taki sposób ich zutylizowania. :)

*Ale jak to: "Ketchup to nie warzywo"?!
** Miałam zacząć uczyć się robić zdjęcia, ale ponieważ rano kleiłam plakat, a potem od 9:30 do 21 byłam poza domem to wyszło jak zwykle. :<

sobota, 7 grudnia 2013

DIY - wpis samochwalczy

Jak już wspominałam (milion razy), zdjęć robić nie umiem. Ale umiem robić inne fajne rzeczy! 
  • Potrafię stanąć na głowie 







  • Zrobić mostek 








  • Queda de rins






A oprócz tego czasami popełnię jakieś rękodzieło. :) Dlatego dzisiaj, odbiegając od tematyki kosmetycznej, przedstawiam wszystkim Kartka z Ciastkiem.

Kartek powstał pod wpływem oglądania obrazków ze scrapbookową twórczością, w trakcie którego oglądania pomyślałam: "Hej, też tak umiem!". Części składowe to materiał z rękawa jakiejś zapomnianej koszuli, kawałek tekturki, papier kolorowy, koronka, kartonik po macy i złote gwiazdki dostępne wszędzie.

Co sądzicie o Kartku?

O dziwo i dla odmiany wszystkie zdjęcia zamieszczone w notce są moje albo mnie.