wtorek, 23 kwietnia 2013

Nowości na wiosnę

Piszę, bo się musze pochwalić nowościami, które wpadły do mojej kosmetyczki - znaczy dużo ich nie ma, bo całe trzy, ale za to najwyższej jakości.


Foto wizaż.pl


Pierwszą z nich jest filtr Lysalphy SVR. Z właściwą kobietom logiką całą zimę używałam kremów bb nie schodząc z filtrem poniżej 20. Zaczęła się wiosna, słońce, wyjazdy na działkę, kremy bb się skończyły, a ja uznałam, że jakoś się fluktuacje w kontinuum czasoprzestrzennym nie składają tak, żeby martwić się o kupno nowego, dopóki mnie setnie nie przyjarało. Z dziecka SVR jestem jak na razie bardzo zadowolona, świetnie matuje, wystarczająco nawilża, zobaczymy, jak dalej będzie układała się nasza współpraca.





Mydlarnia Franciszka


Drugim nabytkiem jest osławione czarne mydło (savon noir, że tak błysnę fachowym słownictwem) z wyciągiem z eukaliptusa. Mydło z błotem z morza martwego ostatecznie i nieodwołalnie mi się skończyło (ktoś chce recenzję? Nic mi nie urwało, ale produkt całkiem sympatyczny), a ja chciałam kupić jakiś zamiennik w moim ulubionym, rosyjskim sklepiku. Niestety - ulubiony rosyjski sklepik w sobotę się na mnie wypiął i o 14 był już zamknięty na glucho, więc udałam się do Mydlarni Franciszka, gdzie pani wcisnęła mi owo czarne mydło (chociaż w tym wypadku określiłabym je jako zgniłozielone. Jak to będzie - vert pourri?) no i, jak wyżej, jestem zadowolona. Siedzę i się głaskam po buzi od trzech dni. :D Niestety nie jestem pewna, czy mnie mydło nie ususzy na dłuższą metę. No ale czas pokaże.

 . 

Last but not the least. Na odchodnym pani w Mydlarni wcisnęła mi kosteczkę balsamu z masła shea, wariant zapachowy grecki. Nie mam pojęcia, czemu on jest grecki (pachnie trochę jak kosmetyki z pretensjami do bycia kosmetykami o zapachu poziomkowym), ale jestem nim bardzo zachwycona. SKUBANIEC NAWILŻYŁ MI PIĘTY! MOJE PIĘTY! A ja - wiadomo, zazwyczaj ćwiczę boso na dechach,  a jak ostatnio Nowy Chłopak zobaczył odcisk na mym lewym arystokratycznym podbiciu to podsumował go słowami: "Mówiłaś, że masz odcisk, a nie że ci u*ebało pół stopy!".

***UWAGA, DRASTYCZNY OPIS***

Śmieszniej było, jak mi ten odcisk zlazł w trakcie treningu, a ja miałam zagwozdkę, co zrobić z taką płachtą skóry.

Dodatkowo pani w Mydlarni ślicznie mi balsam zapakowała, przez co towarzysząca mi siostra, która śpieszyła się do fryzjera, dostała lekkiego udaru. Wychodząc Młoda podsumowała: "To było tak bardzo jak scena z Love Actually!". Próbki balsamu do wypróbowania nie chciała - pewnie się na niego obraziła, ale fryzjer został zaliczony. :) W przenośni oczywiście...

No, to tyle z mojej strony, życzę miłego dnia i do poczytania za miesiąc. Nestępnym razem spróbuję w końcu napisać coś o kosmetykach, których używam dłużej, lub które zużyłam. :P

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz