czwartek, 21 lutego 2013

Trochę kosmetycznych nowości i szalenie kobiece buty

To fascynujące, że kosmetyki kończą się wszystkie naraz. Z tego też powodu wybrałam się wczoraj na kosmetyczne zakupy. W moim posiadaniu znalazły się praktycznie same nowości.


Od lewej:
1) Olejek antycellulitowy z Green Pharmacy - to akurat nie jest nowość. Bardzo się z tym produktem lubimy, ma cudowny, cytrusowo-ziołowy zapach, ładnie nawilża, faktycznie robi COŚ z cellulitem (ale ciężko mi powiedzieć, jak sprawdziłby się w przypadku kogoś innego, bo szczęśliwie cellulit nie jest moim największym problemem na świecie), no i kosztuje niecałe 10 złotych (i ponieważ bardzo go kocham, to dzisiaj prawie 2/3 butelki wylało mi się w kanał. Życie). Z pewnością jak tylko skończę tę butelkę (czyli niebawem), to pokicam po kolejną.

2) Osławiony balsam do mycia BDFM. Postanowiłam kupić sobie coś, co  mnie nie będzie wysuszać. W domu remont, ciągle jestem utytłana farbą i wapnem, to i skóra się buntuje. Po pierwszym użyciu muszę stwierdzić, że nasza współpraca zapowiada się obiecująco. :)

3) Krem od babuszki Agafii do 35 lat na noc (żeby nie było, poszłam po serum :P). Kremik bardzo miły, w slepiku stacjonarnym kosztował 27,90 zł. (NIE WIEM jak ta dziewczyna na tym zarabia o.O), na razie użyłam go raz. Rano cera była, no, śliczna. Ma w składzie oliwe z oliwek, który to dodatek w kremach z Alterry robił mi straszną rzeź na twarzy, no ale zobaczymy. Na razie jestem zadowolona.

4) Mydełko błotno-solne. Totalna nowość na mojej półce. Do tej pory korzystałam z płynu Facelle i Białego Jelenia (warianty owsiany i z czarnego bzu), ale jakiś czas temu nabyłam maskę z bingo spa, która składa się właśnie z błota i soli, i ta maska robi mi, najoględniej rzecz ujmując, dobrze (a także posiada już własną recenzję, która nabiera mocy urzędowej gdzieś w czeluściach bloggera). Po pierwszym użyciu jestem zadowolona, zobaczymy co dalej. :)

I na końcu zakup roku. Korzystając z uroczych zimowych przecen nabyłam sobie buty godne aury za oknem. Moje śliczne kamaszki, chociaż wciąż są śliczne, to jednak zaczęły przemakać, dlatego uznałam, że, skoro i tak ostatnie dwa miesiące przechodziłam w górskich trekach, to warto zakupić coś podobnego (tylko w moim rozmiarze i ocieplane >treki należą do taty i są w rozmiarze 41, podczas gdy ja mam rozmiar 38, takie tam, problemy pierwszego świata<). I oto one! :)


Butki są marki Łukbut, w większości składają się ze zwierzątka. Jak widać posiadają arcykobiecy fason. Ale, no cóż. Ja dużo chodzę, często jestem spóźniona, irytuje mnie czekanie na autobusy. Po prostu kozaczki na szpilce są dla mnie pierwszą pozycją na mojej nie-chciej liście. A te butki są cudownie leciutkie, cieplutkie i w ogóle śliczne, dziś przejdą chrzest bojowy, kiedy pokonam w nich całe miasto podczas wyprawy na siłownię. :) Kosztowały coś w stylu 200 zł., co wydało mi się kwotą więcej niż rozsądną za tego typu obuw. Mam maleńką nadzieję, że wytrzymają przynajmniej trzy sezony.

No i to by było na tyle. W niedługim czasie zamierzam nawiedzić po raz kolejny rosyjski sklepik z nadzieją, że będą mieli "moje" serum. :P

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz