niedziela, 24 lutego 2013

Nie bój się, złotko, że wpadniesz w błotko!

Dawno temu byłam sobie u chłopaka (byłego już, chlip, chlip), który mieszka w podłódzkiej miejscowości (asfalt rozwijany tylko na Wielkanoc, zawracające ptaki i diabeł, który nie mówi dobranoc, bo się zgubił w okolicznym lesie). Przy okazji wizyty postanowiłam zahaczyć o drogerię Jasmin. A potem postanowiłam w niej zamieszkać. Ale, niestety, zostałam siłą wyprowadzona na zewnątrz.* Jednak podczas tej krótkiej wizyty udało mi się tam kupić maskę, o której mogę powiedzieć, że jest prawdopodobnie produktem mojego życia. Jest to miłość od pierwszego użycia, a związek przebiega wzorcowo. Mowa tutaj o masce błotnej marki Bingo Spa. Sięgnęłam po produkt zaciekawiona dobrym składem (rzeczone błoto z Morza Martwego na drugim miejscu, a zaraz po niej glinka kaolinowa, potem cynk, potem długo długo nic i olejek miętowy), dodatkowo miałam jakieś trzy minuty na zakupy, więc działałam impulsywnie. I absolutnie nie żałuję.

Kosmetyk jest zamknięty w plastikowym słoiczku z białą etykietą typową dla produktów marki Bingo spa. Maska ma postać musu. Jest bardzo przyjemna we współpracy, bezproblemowo się nakłada i, o dziwo, równie bezproblemowo zmywa. Nie zasycha jak glinki, dodatkowo, prawdopodobnie ze względu na olejek miętowy, producent zaleca trzymać ją od 10-15 minut. Można zatem bez problemu nałożyć cudo na twarz, transportować się pod prysznic, a na zakończenie codziennych ablucji cudo zmyć. 
Zapach... Co do zapachu - producent zapewnia, że kosmetyk pachnie miętą. Dla mnie pachnie głównie błotem, chociaż jakieś świeże coś (bardziej ogólny zapach zielska, niż mięta) jest tam wyczuwalne. Aromat jednak zupełnie mi nie przeszkadza.

Działanie - zasługuje ono na odę. Mam cerę mieszaną w kierunku tłustej, podatną na działanie składników komedogennych. Co zatem idzie - skłonną do wyprysków, zapchanych i rozszerzonych porów i takich tam. Maska fantastycznie radzi sobie z pryszczami, ładnie oczyszcza i ściąga pory. Przy stosowaniu raz - dwa razy w tygodniu nie wysusza, a podejrzewam, że i trzy razy w tygodniu nie zrobiłyby krzywdy (oczywiście mi! Nie chcę być odpowiedzialna za cudze podrażnienia!). Jest przy tym wydajna (po prawie dwóch miesiącach w miarę regularnego stosowania wciąż mam ponad 2/3 opakowania) i do tego tania (11 zł. za tak dobry kosmetyk to żadne pieniądze). Jest niemal tak dobra, jak "męska" glinka z Dermaglinu, ale, jak wspomniałam, nie zasycha i cenowo wypada zdecydowanie korzystniej. Jedynym jej minusem jest słaba dostępność. Poza Jasminem nigdzie jej nie widziałam, podobno widywano ją w supermarkecie Auchan, poza tym można ją dostać na stronie producenta. Osobiście - polecam!

Jak się zrobi zeza, to nawet można odczytać. :D



*Nigdy nie bierzcie chłopaka na zakupy, nawet, jeśli sam chce iść.

czwartek, 21 lutego 2013

Trochę kosmetycznych nowości i szalenie kobiece buty

To fascynujące, że kosmetyki kończą się wszystkie naraz. Z tego też powodu wybrałam się wczoraj na kosmetyczne zakupy. W moim posiadaniu znalazły się praktycznie same nowości.


Od lewej:
1) Olejek antycellulitowy z Green Pharmacy - to akurat nie jest nowość. Bardzo się z tym produktem lubimy, ma cudowny, cytrusowo-ziołowy zapach, ładnie nawilża, faktycznie robi COŚ z cellulitem (ale ciężko mi powiedzieć, jak sprawdziłby się w przypadku kogoś innego, bo szczęśliwie cellulit nie jest moim największym problemem na świecie), no i kosztuje niecałe 10 złotych (i ponieważ bardzo go kocham, to dzisiaj prawie 2/3 butelki wylało mi się w kanał. Życie). Z pewnością jak tylko skończę tę butelkę (czyli niebawem), to pokicam po kolejną.

2) Osławiony balsam do mycia BDFM. Postanowiłam kupić sobie coś, co  mnie nie będzie wysuszać. W domu remont, ciągle jestem utytłana farbą i wapnem, to i skóra się buntuje. Po pierwszym użyciu muszę stwierdzić, że nasza współpraca zapowiada się obiecująco. :)

3) Krem od babuszki Agafii do 35 lat na noc (żeby nie było, poszłam po serum :P). Kremik bardzo miły, w slepiku stacjonarnym kosztował 27,90 zł. (NIE WIEM jak ta dziewczyna na tym zarabia o.O), na razie użyłam go raz. Rano cera była, no, śliczna. Ma w składzie oliwe z oliwek, który to dodatek w kremach z Alterry robił mi straszną rzeź na twarzy, no ale zobaczymy. Na razie jestem zadowolona.

4) Mydełko błotno-solne. Totalna nowość na mojej półce. Do tej pory korzystałam z płynu Facelle i Białego Jelenia (warianty owsiany i z czarnego bzu), ale jakiś czas temu nabyłam maskę z bingo spa, która składa się właśnie z błota i soli, i ta maska robi mi, najoględniej rzecz ujmując, dobrze (a także posiada już własną recenzję, która nabiera mocy urzędowej gdzieś w czeluściach bloggera). Po pierwszym użyciu jestem zadowolona, zobaczymy co dalej. :)

I na końcu zakup roku. Korzystając z uroczych zimowych przecen nabyłam sobie buty godne aury za oknem. Moje śliczne kamaszki, chociaż wciąż są śliczne, to jednak zaczęły przemakać, dlatego uznałam, że, skoro i tak ostatnie dwa miesiące przechodziłam w górskich trekach, to warto zakupić coś podobnego (tylko w moim rozmiarze i ocieplane >treki należą do taty i są w rozmiarze 41, podczas gdy ja mam rozmiar 38, takie tam, problemy pierwszego świata<). I oto one! :)


Butki są marki Łukbut, w większości składają się ze zwierzątka. Jak widać posiadają arcykobiecy fason. Ale, no cóż. Ja dużo chodzę, często jestem spóźniona, irytuje mnie czekanie na autobusy. Po prostu kozaczki na szpilce są dla mnie pierwszą pozycją na mojej nie-chciej liście. A te butki są cudownie leciutkie, cieplutkie i w ogóle śliczne, dziś przejdą chrzest bojowy, kiedy pokonam w nich całe miasto podczas wyprawy na siłownię. :) Kosztowały coś w stylu 200 zł., co wydało mi się kwotą więcej niż rozsądną za tego typu obuw. Mam maleńką nadzieję, że wytrzymają przynajmniej trzy sezony.

No i to by było na tyle. W niedługim czasie zamierzam nawiedzić po raz kolejny rosyjski sklepik z nadzieją, że będą mieli "moje" serum. :P