wtorek, 31 grudnia 2013

2014, módl się, żebym była dla Ciebie dobra...

O Jezusie, wszyscy coś podsumowują, to może i ja, tak na szybko.

2013
  • skończone studia - jedne
  • zaczęte studia - jedne
  • skończone prace - dwie (trzy, wliczając, hue, hue, magisterkę)
  • zaczęte prace - moje animowanie i doraźne prowadzenie zajęć plastycznych raczej ciężko uznać za pracę... Zero.
  • skończone związki - jeden
  • zaczęte związki - jeden. I lepiej, żeby ten był już ostatni, za stara jestem na takie zabawy -.-'
Co by tam jeszcze... A, zaczęłam trenować wspinaczkę, nie przestałam trenować Capoeiry (sem capoeira nao posso viver <3, ale bez tyld i tych innych już jak najbardziej), coraz częściej bywam na siłowni i, co najlepsze, POLUBIŁAM (chociaż wciąż bez żalu wymieniłabym na drugi trening na ścianie). Sportowo się zrobiło...

Cele na najbliższy rok to:
  • ZNALEŹĆ PRACĘ, najlepiej w zawodzie i z dala od dzieci
  • uregulować mój stosunek do snu (ghy...)
  • zrobić coś z moim odżywianiem (GHY!)
  • w razie gdybym nie znalazła pracy skończyć pierwszy rok romanistyki
  • nie zacząć znowu palić
  • trochę rzadziej wpędzać chłopaka w stany przedzawałowe
  • nie zacząć brać środków uspokajających (nawet tych z Labofarmu)
  • akcja "30 minut dziennie dla portugalskiego" (a przynajmniej dwa razy w tygodniu, bądźmy realistami)
  • no i planuję w końcu rozruszać bloga, że tak się posłużę cytatą: "Zacznę wpuszczać klientów do środka i otwierać przed 12".
No to dobra, piżama się suszy, 2014 może nadciągać! <3


piątek, 20 grudnia 2013

Niecodzienny dzienniak

Tak na szybko. Na tapecie - kreska na powiece. Wszyscy znamy i wiemy, że może być kolorowa. Dzisiaj rano musiałam przyspieszyć makijaż, więc uznałam, że kreska będzie ok. A potem popatrzyłam w lustro i stwierdziłam, że wyglądam jak grafika w odcieniach szarości...

To zrobiłam czerwoną kreskę! :D

Zdjęcia jak zwykle nieprofesjonalne, a brwi niewyregulowane. <3 No i przez to robienie nieprofesjonalnych zdjęć niewyregulowanym brwiom spóźniłam się na zajęcia, no ale sztuka wymaga ofiar (antysztuka też).

Oko przymknięte.
Oko nieprzymknięte.


Oba oka. Zdjęcia są dziwnawe, ale dobrze oddają kolory.


Na oba oka nałożyłam Inglot Duraline jako bazę, potem ściętym pędzelkiem (pierwotne przeznaczenie pędzelka - zdobienie paznokci) zrobiłam na górnej i dolnej linii rzęs cieniutkie czarne kreski cieniem z paletki Sleeka, które to kreski bardzo mocno roztarłam, tak, że zostało tylko echo kresek, a potem tym samym UMYTYM pędzelkiem zrobiłam kreski z czerwonego pigmentu Kobo wymieszanym z duralajnem. Cholery trochę się poodbijały na górnej powiece, więc potraktowałam je transparentnym pudrem z My Secret (trochę pomogło). Ja się w tym makijażu czułam dobrze i pewnie będę do niego wracać.

Wszystkich wymienionych produktów do makijażu używam już chwilę, a duralajn to nawet uskutecznia już łabędzi śpiew. Chce ktoś, żebym coś opisała?

REKLAMA

Przy okazji biorę udział w rozdaniu u Chocolatte Monster. Do wygrania same zdrowości. :)

wtorek, 10 grudnia 2013

Kobieta w kuchni

Moje przygody z kuchnią może nie obfitują w wybuchy, pościgi i łzy rozpaczy, niemniej jednak staram się je ograniczać do niezbędnego minimum. Za gotowaniem nie przepadam, za jedzeniem przepadam dość umiarkowanie (w dobie pędu do zdrowego żywienia moje Żywienie w Ogóle powinno sobie przytrzasnąć głowę drzwiami od lodówki. Za karę.*). Przez to wszystko w kuchni bywam przelotem. No chyba, że akurat... SKOŃCZY MI SIĘ PEELING! :D

Zacznijmy od początku. Jakoś we wrześniu przy okazji wizyty w moim rosyjskim sklepiku nabyłam sobie czyste masło kakaowe. Masło kakaowe od tamtego czasu leży w lodówce. Niestety - to, co rewelacyjnie działa na moją skórę w przeróżnych mieszankach, w czystych postaciach nie sprawdziło się już tak dobrze. I pewnie to masło tak by sobie leżało, dopóki w końcu bym go nie zjadła, gdybym, oczywiście pod wpływem lektury blogów, nie wpadła na genialny pomysł, żeby je z czymś wymieszać.

Tak powstał balsam, który się nie sprawdził, bo dodałam za mało innych olei (masło kakaowe prosto z lodówki mogłoby z powodzeniem zastąpić tłuczek do mięsa), a potem peeling do ciała. Peeling do ciała był strzałem w dziesiątkę. :)

Nie jestem specjalną fanką kupnych peelingów, bo po co wydawać pieniądze, skoro wystarczy wymieszać ze sobą kilka zawsze będących w domu składników. Z podobnego założenia wyszłam i tym razem, ale, po naczytaniu się pozytywnych opinii o składach peelingów Pat & Rub, postanowiłam zrobić sobie wersję "na bogato".

Użyłam do tego:
  • kawy;
  • masła kakaowego;
  • olejku pomarańczowego z Avy (o którym za niedługo napiszę);
  • trzy kapsułki Dermogalu A+E (o którym nie napiszę, no bo kurde bez jaj, wszyscy znają).
Proporcje oczywiście na oko.

Kawę zaparzyłam w minimalnej ilości wody, masło kakaowe rozpuściłam w kąpieli wodnej (czyli w rondelku bez wody wsadzonym do rondelka z wodą, bo tak rozumiem kąpiel wodną, a możliwe, że jest to coś zupełnie innego), potem odcedziłam kawowe fusy, wymieszałam z roztopionym masłem, olejkiem z Avy i zawartością kapsułek. Całość czarów wykonałam w plastikowym pojemniku po maśle do ciała i wsadziłam do lodówki. Przy okazji odkryłam, że połączenie zapachu kawy i pomarańczy jest CUDOWNE! Jadłabym. :)

A to ja o 7 rano w Polsce. <3 Stond.**

Mały drań oczywiście lekko skamieniał w tej lodówce (NIE WIEM ile tych innych olejków powinnam dodać. Po prostu NIE WIEM) jednak nie tak bezwzględnie, jak wcześniej popełniony balsam zaczepno-obronny. Przejdźmy jednak do uzusu. Po zastosowaniu peelingu skóra jest, oczywiście, gładka, ale przy tym idealnie nawilżona! :D No i pachnąca. Po wyjściu spod prysznica na zmianę się macam i wącham, a jeśli nie golę nóg to zupełnie odpada używanie balsamu (łydki zimą to osobna, bardzo smutna i jałowa <<dosłownie!>> historia). No w każdym razie jeśli macie w domu jakieś wolnostojące i marnujące się nawilżająco-natłuszczające półprodukty to polecam taki sposób ich zutylizowania. :)

*Ale jak to: "Ketchup to nie warzywo"?!
** Miałam zacząć uczyć się robić zdjęcia, ale ponieważ rano kleiłam plakat, a potem od 9:30 do 21 byłam poza domem to wyszło jak zwykle. :<

sobota, 7 grudnia 2013

DIY - wpis samochwalczy

Jak już wspominałam (milion razy), zdjęć robić nie umiem. Ale umiem robić inne fajne rzeczy! 
  • Potrafię stanąć na głowie 







  • Zrobić mostek 








  • Queda de rins






A oprócz tego czasami popełnię jakieś rękodzieło. :) Dlatego dzisiaj, odbiegając od tematyki kosmetycznej, przedstawiam wszystkim Kartka z Ciastkiem.

Kartek powstał pod wpływem oglądania obrazków ze scrapbookową twórczością, w trakcie którego oglądania pomyślałam: "Hej, też tak umiem!". Części składowe to materiał z rękawa jakiejś zapomnianej koszuli, kawałek tekturki, papier kolorowy, koronka, kartonik po macy i złote gwiazdki dostępne wszędzie.

Co sądzicie o Kartku?

O dziwo i dla odmiany wszystkie zdjęcia zamieszczone w notce są moje albo mnie.

sobota, 16 listopada 2013

Elfa, Green Pharmacy, Olejek do kąpieli 2w1 `Pomarańcza bergamota, limonka`

Pisząc, że myć się trzeba, sekretu raczej nie zdradzę. Nie jestem specjalną fanką żeli pod prysznic, całość dziennych ablucji jestem w stanie z powodzeniem wykonać płynem Facelle. Denerwuje mnie przede wszystkim to, że większość kosmetyków tego typu dość szybko mnie wysusza.
Co zatem skłoniło mnie do zakupu olejku? Po pierwsze - właśnie słowo "olejek" w nazwie (cechy wspólne tego cudaka i olejku to już zupełnie inny problem), po drugie - pomarańcza bergamota. Od dłuższego czasu z powodzeniem psikam się CK One, a mój nos i aromat bergamotki dogadują się wyjątkowo dobrze i tworzą szczęśliwy, kochający się związek. Po trzecie - olejek akurat był na promocji w Hebe, więc mój rozum uznał, że nic tu po nim, i właściwie od tamtego momentu widuję go rzadko i na chwilę.

Link - butelka uległa zagładzie, no i wciąż nie umiem robić zdjęć.
Zapach na początku mnie rozczarował, był jakiś dziwnie ziołowy, ale później przekonałam się do niego i z radością używałam "żelojejku" zarówno w charakterze żelu pod prysznic, jak i olejku do kąpieli. Tym bardziej, że kosmetyk robił naprawdę śliczną piankę. Konsystencja kosmetyku jest bardziej żelowa, niż olejkowa, a z tym nawilżaniem to też bym nie szalała, niemniej jednak cudaczek nie wysuszał skóry, a cytrusowo-ziołowy aromat doskonale relaksował podczas wieczornego prysznica. Tutaj muszę napomknąć również, że niezależnie od wszystkiego staram się używać balsamu co drugi-trzeci dzień. 

Podsumowując - polubiliśmy się, pomimo slesa gdzieś na początku składu. Jeszcze do tego dochodzi całkiem urocze opakowanie i ładny projekt etykietki. Do kosmetyku z pewnością wrócę, tym bardziej, że istnieje jeszcze kilka innych ciekawych wariantów zapachowych. :) Tylko muszę zużyć paskudę z Avonu, którą nawet moja siostra-uboga-studentka wzgardziła...

A wy znacie żelojejki Green Pharmacy? :)

niedziela, 3 listopada 2013

Helołinowe-lowe

Osobiście uważam, że helołin jest całkiem spoko (jak na komercyjną tradycję zgniłego zachodu oczywiście). Korzystając z tego, że wszyscy moi bliżsi znajomi zjechali do rodzinnego miasta uczcić pamięć przodków, postanowiłam zorganizować przebieraną imprezę - ot tak, żeby napić się trochę inaczej niż zwykle. :) A ponieważ blog jest kosmetyczny, postanowiłam pochwalić się makijażem, który zdobił (czy też raczej szpecił) moją twarz w czasie imprezy.


Makijaż stworzyła Meg, osobiście jestem z efektu bardzo zadowolona. Chciałam przebrać się za przerażającą dziewczynkę z horroru, ale, niestety, wiek i biust już nie te. :P Sukienka kupiłam za 15 złotych w szmateksie z zamiarem lekkiego sponiewierania jej i oczywiście okazało się, że to jedwab. -.-' Będzie nowa spódniczka!
Makijaż oka to taki szybki codzienniak. 

Makijaż:
  • Szrama - farbki do ciała "Jovi";
  • Essence, 2 in 1 makeup powder;
  • Essence, Circus Circus, Longlasting Eyeshadow (dopadnięty na wyprzedaży w naturze);
  • Bourjois, Beauty Full Volume Mascara;
  • Bourjois, Khol & Contour, czarna.
Edit:

Grzechem byłoby nie wspomnieć, że makijaż został zainspirowany tym zdjęciem:

Creepy Doll Make Up

piątek, 25 października 2013

Demon znad Bajkału



Fota: Wizaż
Czyli serum zwężające pory marki Pervoe Reshenie (czy jakoś tak). Serum, jak zwykle, kupiłam w moim ulubionym rosyjskim sklepiku. Akurat nie było bezkonkurencyjnego detoxa tej samej marki, więc stwierdziłam, że a co mi tam. Ale, szczerze mówiąc, na tej zamianie wyszłam raczej tak sobie.

Zacznijmy może od rzeczy przyjemnych, czyli w tym wypadku opakowania. Osobiście uważam, że jest ono perłą wchodnioeuropejskiego designu. Nie wiem, co prawda, jaka synestezja czy inna korespondencja sztuk tu zaszła, ale najważniejsze jest to, że opakowanie jest estetyczne i cieszy oko (kartonik po serum przez miesiąc walał mi się po biurku, bo nie miałam serca go wyrzucić).

Druga przyjemna rzecz - skład (zapożyczony z Wizażu): Aqua with infusions of: Salix Nigra (Willow) Bark Extract, Hamamelis Virginiana (Witch Hazel) Leaf Extract, Organic Leptospermum Scoparium Oil, Organic Melaleuea Alternifolia (Tea Tree) Leaf Oil, Organic Crithmum Maritimum Extract, Glicerin, Zinc PCA, Coco-Glucoside, Glyceryl Oleate, Xantan Gum, Chondrus Crispus (Carrageenan), Phospholipids, Salicylic Acid, Parfum, Sodium Benzoate, Potasium Sorbate, Citric Acid. 
Same naturalne ekstrakty i inne dobrodziejstwa natury. Od biedy można to jeść.

Serum ma też całkiem sympatyczny, orzeźwiający, ziołowy zapach. Jest przezroczyste, o żelowej, dość rzadkiej konsystencji. A działanie?

No działanie właśnie mnie osobiście rozczarowało. Naczytałam się różnych pozytywnych opinii na temat owego cudu kosmetyki naturalnej, w związku z czym postanowiłam przeboleć te 33 złote, skoro miałam być po nim jak pupa niemowlaka czy coś. No i powiem tak, serum nie zapycha, nie wysusza, nie uczula... Właściwie to nie robi nic. Pory, które po stosowaniu biodetoxu były praktycznie niewidoczne, obecnie są widoczne praktycznie doskonale i mają się świetnie nie niepokojone. Cera sama w sobie jest w miarę ok (minus lekki wysyp, o który podejrzewam żółty krem z Garniera) ale, szczerze mówiąc, ma się nieźle od czasu, kiedy wprowadziłam wieloetapowe oczyszczanie. Podsumowując - serum użyte na noc nie ściąga porów, po użyciu go na dzień, pod makijaż, świecę się jak Gwiazda Polarna. Kiedy używam go jako samodzielny kosmetyk jest ok, ale na litość boską nie będę paradowała przy obecnej pogodzie wysmarowana mazidłem, które ma w składzie kwas salicylowy.

Jeśli chodzi o całokształt - mam bardzo mieszane uczucia. Zużyję tę opakowanie, ale bez entuzjazmu (przy okazji - serum jest baaaardzo wydajne. Szczęśliwa ja!), po czym na kolanach, posypując głowę popiołem, udam się po Biodetox.

Prywata:

A takie leginsy kupiłam sobie z myślą o ściance i wf-ie. ^^
Dzięki rozpoczęciu nowych studiów wróciłam do zdrowej i rozsądnej ilości treningów tygodniowo. W ramach zajęć mam fitness (co do którego nie byłam przekonana, ale pani prowadząca okazała się być zabójcą z twarzą dziecka), a oprócz tego zapisałam się na zajęcia wpinaczki z ramienia AZS. :D Do tego oczywiście dochodzi moja ukochana capoeira. :) Jedyny minus - oprócz obitych nóg będę miała jeszcze pozdzierane ręce. :P
Co do studiów - stwierdziłam, że skoro szukanie pracy wychodzi mi dość żałośnie, to zapiszę się na romanistykę. Po ponad trzech tygodniach nauki stwierdzam, że wybór był dobry, a tym samym utwierdzam się w przekonaniu, że kierunek dalszego kształcenia powinno się wybierać po 23 roku życia.

piątek, 30 sierpnia 2013

Pielęgnacja twarzy

I oto przybywam z kolejnym radośnie regularnym wpisem! ... Oj tam...

W każdym razie wpis ten ma dotyczyć mojej ogólnie pojętej pielęgnacji twarzy, którą zmieniłam dość drastycznie jakiś rok temu dowiedziawszy się o wieloetapowym oczyszczaniu cery.

Nigdy nie byłam specjalną fanką podkładów ani mocnego makijażu, a malować się tak "na serio" zaczęłam w okolicy pierwszego roku studiów, problemy z cerą miałam jednak praktycznie od gimnazjum (ciekawe jak moje życie wyglądałoby, gdybym wiedziała to, co wiem teraz :P). Scenariusz ten sam, co u większości ludzi - inwazyjne drogeryjne myjadła, przemywanie twarzy spirytusem salicylowym, itp itd. Oczywiście po osiągnięciu bardziej zaawansowanego wieku z twarzą było lepiej, ale wciąż bez rewelacji. Przełom nastąpił latem ubiegłego roku wraz z kremami bb oraz postem o tym, jak je usuwać (dostępnym gdzieś na blogu Azjatycki Cukier). Wtedy w moim życiu i demakijażu pojawiły się oleje, OCM (na chwilę, bo jestem leniwa), peeling w codziennym użyciu i inne ciekawe rzeczy, w punktach wyglądało to tak:

1) DEMAKIJAŻ - na ogół jest to olej i płyn micelarny, w zimie stosowałam micel z biodermy (Sebium), obecnie stosuję micelek z Biedronki i, szczerze mówiąc, nie widzę specjalnej różnicy. :P Po wstępnym zmyciu tapety płynem biorę olej (obecnie jest to oliwka z Babydream) i nacieram nią twarz jak żelem.

2) OCZYSZCZANIE - włażę z tym olejem na twarzy pod prysznic, dokonuję zwyczajowych ablucj, po czym biorę myjadło (obecnie jest to mydło dziegciowe, które nabyłam za zawrotną sumę 10 złotych, i które byłoby bardzo wydajne, gdybym go ciągle nie cięła na turystyczne kawałki, które następnie beztrosko gubiłam) i, uwaga, szczoteczkę do mycia twarzy, wcześniej była to gąbeczka, a jeszcze wcześniej używałam peelingów. Szczoteczką kolistymi ruchami myję twarz ze szczególnym uwzględnieniem strefy T, potem to spłukuję i domywam resztki oleju, już bez szczoteczki.

3) KROPKA NAD "I" - z tym jest różnie, wcześniej przemywałam twarz hydrolatem, kładłam jakiś nawilżacz i szłam spać, obecnnie na noc używam kremu Nocny Detox z Baikal Herbals, do którego wkropuję KROPLĘ koncentratu z aloesu (chyba z zsk, ten taki 200%) i kroplę olejku z grejpfruta, i żel z bławatkiem z Flos Leku pod oczy.

Rano myję buzię wspomnianym mydłem, spsikuję roztworem z aloesu (kropla na 5 ml. wody) i smaruję olejkiem z pestek malin (przy czym zauważyłam, że im lepiej zwilżona twarz tym dokładniej olejek się wchłania, wcześniej całe lato stosowałam świetny filtr Lysalpha SVR, o którym napomykałam tutaj), no i na koniec wspomniany żel.

Raz w tygodniu staram się popełnić maseczkę z czarnej glinki albo z czystego miodu.

Efekt jest mniej więcej taki:

Proszę nie sugerować się miną, właśnie wyszłam pod jakąś górę.
A tak sprawa się ma po całym dniu, powrocie naszym
pięknym PKP z Krakowa, dwóch dniach picia
i animowaniu imprezy dla dzieci.
Podsumowując: ja - 25 lat, odżywianie takie sobie, aktywność fizyczna przynajmniej raz w tygodniu (w porywach do czterech) i pielęgnacja, dość rygorystyczna, chociaż wcale nie taka czasochłonna. :)

No i na koniec mój zestaw kosmetyczny:

Wciąż nie umiem robić zdjęć.

wtorek, 23 kwietnia 2013

Nowości na wiosnę

Piszę, bo się musze pochwalić nowościami, które wpadły do mojej kosmetyczki - znaczy dużo ich nie ma, bo całe trzy, ale za to najwyższej jakości.


Foto wizaż.pl


Pierwszą z nich jest filtr Lysalphy SVR. Z właściwą kobietom logiką całą zimę używałam kremów bb nie schodząc z filtrem poniżej 20. Zaczęła się wiosna, słońce, wyjazdy na działkę, kremy bb się skończyły, a ja uznałam, że jakoś się fluktuacje w kontinuum czasoprzestrzennym nie składają tak, żeby martwić się o kupno nowego, dopóki mnie setnie nie przyjarało. Z dziecka SVR jestem jak na razie bardzo zadowolona, świetnie matuje, wystarczająco nawilża, zobaczymy, jak dalej będzie układała się nasza współpraca.





Mydlarnia Franciszka


Drugim nabytkiem jest osławione czarne mydło (savon noir, że tak błysnę fachowym słownictwem) z wyciągiem z eukaliptusa. Mydło z błotem z morza martwego ostatecznie i nieodwołalnie mi się skończyło (ktoś chce recenzję? Nic mi nie urwało, ale produkt całkiem sympatyczny), a ja chciałam kupić jakiś zamiennik w moim ulubionym, rosyjskim sklepiku. Niestety - ulubiony rosyjski sklepik w sobotę się na mnie wypiął i o 14 był już zamknięty na glucho, więc udałam się do Mydlarni Franciszka, gdzie pani wcisnęła mi owo czarne mydło (chociaż w tym wypadku określiłabym je jako zgniłozielone. Jak to będzie - vert pourri?) no i, jak wyżej, jestem zadowolona. Siedzę i się głaskam po buzi od trzech dni. :D Niestety nie jestem pewna, czy mnie mydło nie ususzy na dłuższą metę. No ale czas pokaże.

 . 

Last but not the least. Na odchodnym pani w Mydlarni wcisnęła mi kosteczkę balsamu z masła shea, wariant zapachowy grecki. Nie mam pojęcia, czemu on jest grecki (pachnie trochę jak kosmetyki z pretensjami do bycia kosmetykami o zapachu poziomkowym), ale jestem nim bardzo zachwycona. SKUBANIEC NAWILŻYŁ MI PIĘTY! MOJE PIĘTY! A ja - wiadomo, zazwyczaj ćwiczę boso na dechach,  a jak ostatnio Nowy Chłopak zobaczył odcisk na mym lewym arystokratycznym podbiciu to podsumował go słowami: "Mówiłaś, że masz odcisk, a nie że ci u*ebało pół stopy!".

***UWAGA, DRASTYCZNY OPIS***

Śmieszniej było, jak mi ten odcisk zlazł w trakcie treningu, a ja miałam zagwozdkę, co zrobić z taką płachtą skóry.

Dodatkowo pani w Mydlarni ślicznie mi balsam zapakowała, przez co towarzysząca mi siostra, która śpieszyła się do fryzjera, dostała lekkiego udaru. Wychodząc Młoda podsumowała: "To było tak bardzo jak scena z Love Actually!". Próbki balsamu do wypróbowania nie chciała - pewnie się na niego obraziła, ale fryzjer został zaliczony. :) W przenośni oczywiście...

No, to tyle z mojej strony, życzę miłego dnia i do poczytania za miesiąc. Nestępnym razem spróbuję w końcu napisać coś o kosmetykach, których używam dłużej, lub które zużyłam. :P

niedziela, 3 marca 2013

I ty możesz zostać hinduskim zapaśnikiem!

Tradycyjne pompki można kochać lub nienawidzić, jednak niezależnie od naszych uczuć względem nich jedno jest pewne, mogą się po prostu znudzić.

Ostatnio na treningu miłościwie nas trenujący Coral zapodał nam coś, co w mrocznych czasach mojej edukacji nosiło miano ścieżki zdrowia - czyli kilka stanowisk, gdzie robiło się ćwiczenia na różne partie ciała. Jednym z ćwiczeń było między innymi to:

Pompka na wszystko, pracują ramiona, plecy, pośladki, uda, łydki i grzbiet (czyli jak przy tradycyjnej pompce :P), ale moim zdaniem pompka ta jest o wiele przyjemniejsza i prostsza w wykonaniu.

Co to przypomina? A no, do złudzenia przypomina dwa psy z jogi - psa z głową w dół i psa z głową do góry. Zastanawiałam się, o co chodzi, po czym mój brat mnie oświecił, że te pompki były elementem treningów hinduskich zapaśników, wg brata ćwiczenie nazywa się danda, jutub twierdzi, że hindu push up, jakkolwiek by się nie nazywało, zapałałam do niego ogromną miłością. :) Jak ktoś lubi, jak jest trudniej, to między jedną a drugą dandą może sobie przytrzymac planka (ew. "pozycję kija" -.-').

Żeby nie było tak całkiem nie kosmetycznie to się jeszcze na koniec pochwalę, że odkryłam (w końcu!) olejek z wiesiołka. Suplementuję się nim od środka i od wierzchu. Moja kapryśna cera już go pokochała, a reszta człowieka pewnie będzie potrzebować jeszcze jakiś miesiąc, zanim cudaczek zadziała. Po cichu liczę na to, że wiesiołek wspomoże moją trudną i nierówną walkę z panowaniem nad PMSem (znanym też jako Prehistoric Monster Syndrome), bo jak nie dźwiedź to już sama nie wiem. :<

No chyba, że prawda jest dużo bardziej okrutna, niż mi się wydaje...
Wtedy pozostają już tylko elektrowstrząsy.

niedziela, 24 lutego 2013

Nie bój się, złotko, że wpadniesz w błotko!

Dawno temu byłam sobie u chłopaka (byłego już, chlip, chlip), który mieszka w podłódzkiej miejscowości (asfalt rozwijany tylko na Wielkanoc, zawracające ptaki i diabeł, który nie mówi dobranoc, bo się zgubił w okolicznym lesie). Przy okazji wizyty postanowiłam zahaczyć o drogerię Jasmin. A potem postanowiłam w niej zamieszkać. Ale, niestety, zostałam siłą wyprowadzona na zewnątrz.* Jednak podczas tej krótkiej wizyty udało mi się tam kupić maskę, o której mogę powiedzieć, że jest prawdopodobnie produktem mojego życia. Jest to miłość od pierwszego użycia, a związek przebiega wzorcowo. Mowa tutaj o masce błotnej marki Bingo Spa. Sięgnęłam po produkt zaciekawiona dobrym składem (rzeczone błoto z Morza Martwego na drugim miejscu, a zaraz po niej glinka kaolinowa, potem cynk, potem długo długo nic i olejek miętowy), dodatkowo miałam jakieś trzy minuty na zakupy, więc działałam impulsywnie. I absolutnie nie żałuję.

Kosmetyk jest zamknięty w plastikowym słoiczku z białą etykietą typową dla produktów marki Bingo spa. Maska ma postać musu. Jest bardzo przyjemna we współpracy, bezproblemowo się nakłada i, o dziwo, równie bezproblemowo zmywa. Nie zasycha jak glinki, dodatkowo, prawdopodobnie ze względu na olejek miętowy, producent zaleca trzymać ją od 10-15 minut. Można zatem bez problemu nałożyć cudo na twarz, transportować się pod prysznic, a na zakończenie codziennych ablucji cudo zmyć. 
Zapach... Co do zapachu - producent zapewnia, że kosmetyk pachnie miętą. Dla mnie pachnie głównie błotem, chociaż jakieś świeże coś (bardziej ogólny zapach zielska, niż mięta) jest tam wyczuwalne. Aromat jednak zupełnie mi nie przeszkadza.

Działanie - zasługuje ono na odę. Mam cerę mieszaną w kierunku tłustej, podatną na działanie składników komedogennych. Co zatem idzie - skłonną do wyprysków, zapchanych i rozszerzonych porów i takich tam. Maska fantastycznie radzi sobie z pryszczami, ładnie oczyszcza i ściąga pory. Przy stosowaniu raz - dwa razy w tygodniu nie wysusza, a podejrzewam, że i trzy razy w tygodniu nie zrobiłyby krzywdy (oczywiście mi! Nie chcę być odpowiedzialna za cudze podrażnienia!). Jest przy tym wydajna (po prawie dwóch miesiącach w miarę regularnego stosowania wciąż mam ponad 2/3 opakowania) i do tego tania (11 zł. za tak dobry kosmetyk to żadne pieniądze). Jest niemal tak dobra, jak "męska" glinka z Dermaglinu, ale, jak wspomniałam, nie zasycha i cenowo wypada zdecydowanie korzystniej. Jedynym jej minusem jest słaba dostępność. Poza Jasminem nigdzie jej nie widziałam, podobno widywano ją w supermarkecie Auchan, poza tym można ją dostać na stronie producenta. Osobiście - polecam!

Jak się zrobi zeza, to nawet można odczytać. :D



*Nigdy nie bierzcie chłopaka na zakupy, nawet, jeśli sam chce iść.

czwartek, 21 lutego 2013

Trochę kosmetycznych nowości i szalenie kobiece buty

To fascynujące, że kosmetyki kończą się wszystkie naraz. Z tego też powodu wybrałam się wczoraj na kosmetyczne zakupy. W moim posiadaniu znalazły się praktycznie same nowości.


Od lewej:
1) Olejek antycellulitowy z Green Pharmacy - to akurat nie jest nowość. Bardzo się z tym produktem lubimy, ma cudowny, cytrusowo-ziołowy zapach, ładnie nawilża, faktycznie robi COŚ z cellulitem (ale ciężko mi powiedzieć, jak sprawdziłby się w przypadku kogoś innego, bo szczęśliwie cellulit nie jest moim największym problemem na świecie), no i kosztuje niecałe 10 złotych (i ponieważ bardzo go kocham, to dzisiaj prawie 2/3 butelki wylało mi się w kanał. Życie). Z pewnością jak tylko skończę tę butelkę (czyli niebawem), to pokicam po kolejną.

2) Osławiony balsam do mycia BDFM. Postanowiłam kupić sobie coś, co  mnie nie będzie wysuszać. W domu remont, ciągle jestem utytłana farbą i wapnem, to i skóra się buntuje. Po pierwszym użyciu muszę stwierdzić, że nasza współpraca zapowiada się obiecująco. :)

3) Krem od babuszki Agafii do 35 lat na noc (żeby nie było, poszłam po serum :P). Kremik bardzo miły, w slepiku stacjonarnym kosztował 27,90 zł. (NIE WIEM jak ta dziewczyna na tym zarabia o.O), na razie użyłam go raz. Rano cera była, no, śliczna. Ma w składzie oliwe z oliwek, który to dodatek w kremach z Alterry robił mi straszną rzeź na twarzy, no ale zobaczymy. Na razie jestem zadowolona.

4) Mydełko błotno-solne. Totalna nowość na mojej półce. Do tej pory korzystałam z płynu Facelle i Białego Jelenia (warianty owsiany i z czarnego bzu), ale jakiś czas temu nabyłam maskę z bingo spa, która składa się właśnie z błota i soli, i ta maska robi mi, najoględniej rzecz ujmując, dobrze (a także posiada już własną recenzję, która nabiera mocy urzędowej gdzieś w czeluściach bloggera). Po pierwszym użyciu jestem zadowolona, zobaczymy co dalej. :)

I na końcu zakup roku. Korzystając z uroczych zimowych przecen nabyłam sobie buty godne aury za oknem. Moje śliczne kamaszki, chociaż wciąż są śliczne, to jednak zaczęły przemakać, dlatego uznałam, że, skoro i tak ostatnie dwa miesiące przechodziłam w górskich trekach, to warto zakupić coś podobnego (tylko w moim rozmiarze i ocieplane >treki należą do taty i są w rozmiarze 41, podczas gdy ja mam rozmiar 38, takie tam, problemy pierwszego świata<). I oto one! :)


Butki są marki Łukbut, w większości składają się ze zwierzątka. Jak widać posiadają arcykobiecy fason. Ale, no cóż. Ja dużo chodzę, często jestem spóźniona, irytuje mnie czekanie na autobusy. Po prostu kozaczki na szpilce są dla mnie pierwszą pozycją na mojej nie-chciej liście. A te butki są cudownie leciutkie, cieplutkie i w ogóle śliczne, dziś przejdą chrzest bojowy, kiedy pokonam w nich całe miasto podczas wyprawy na siłownię. :) Kosztowały coś w stylu 200 zł., co wydało mi się kwotą więcej niż rozsądną za tego typu obuw. Mam maleńką nadzieję, że wytrzymają przynajmniej trzy sezony.

No i to by było na tyle. W niedługim czasie zamierzam nawiedzić po raz kolejny rosyjski sklepik z nadzieją, że będą mieli "moje" serum. :P

piątek, 25 stycznia 2013

Kosmetyki ze wschodu na polskim biegunie ciepła

Z radością donoszę, że w moim rodzinnym mieście (Tarnów, jakieś 120 tys. mieszkańców) znalazłam sklep, w którym można dostać rosyjskie kosmetyki (Baikal Herbs, Babuszka Agafia, Sylveco <chociaż to nie wiem, jakie jest> i inne cuda opisane głównie cyrylicą), a także oleje Amla i jakieś inne cuda. Oprócz gotowych produktów, sklep oferuje również półprodukty: glinki, oleje, kwas hialuronowy itp. Ceny są w porządku, po krótkiej kalkulacji wyszło mi na to, że cenowo wychodzi porównywalnie ze sprowadzaniem produktów ze sklepów internetowych. Przykładowo za 200 ml hydrolatu różanego zapłaciłam 18,90 zł - w ZSK kosztuje 11,90 (i to raczej 75 ml), a w Fitomedzie - 15,00 zł. Moje zakupy jak na razie były skromne (kupiłam tylko wspominany hydrolat), bo... WSZYSTKO MAM. ;_; Ale jak tylko wykończę mój kwas hialuronowy i uporam się z kapsułkami z Alterry, z pewnością przez śnieg i zamieć polecę po więcej. <3

Zdjęcie robione moim nowym telefonem to wciąż
obraza boska i ludzka, ale dzięki lampie błyskowej,
jest to obraza odrobinę mniejsza,
niż w przypadku szmelcunga. :P
Sklep mieści się na ulicy Krakowskiej, obok salonu fryzjerskiego, tuż przed skrętem do kina "Marzenie". Jeśli zaplącze się tu jakaś Tarnowianka, to przez ramię zwrot i do sklepu marsz. :)