poniedziałek, 3 grudnia 2012

Szopka po krakowsku i romans z Cetaphilem

Wiecie co? Nienawidzę zimy. Serio. Uważam, że nie bez przyczyny jej portugalska nazwa brzmi inverno, które, jak mniemam, wywodzi się z łacińskiego  inferno, czyli piekło. Marzną mi paluszki, uszy i czubek nosa, a na wyjście z domu muszę poświęcić dodatkowe 10 minut. W dodatku wszędzie ten KOSZMARNY ŚNIEG. Okres przedświąteczny jest miły, bo lubię, jak jest kolorowo i się świeci (a w dodatku w Galerii Krakowskiej jest wystawa szopek, uwielbiam krakowskie szopki! <<bo są kolorowe i się świecą :P>>). Ale to nie zmienia faktu, że święta najchętniej spędziłabym odziana w bikini na Copacabanie w towarzystwie drinka z palemką/flaszki rumu saute. A moim innym małym zimowym marzeniem jest zatańczenie samby na sambodromie w stroju sambistki. <3 Znam bardzo fajną dziewczynę z Krakowa, która tańczy w formacji Sambaxe i no, no po prostu łał. :) A oprócz tego jest świetną capoeiristką. Przede mną, niestety, długa droga, bo zaczęłam w wieku, w którym normalni ludzie rezygnują z pasji, zakładają rodziny i robią się nudni, ale oj tam, czas i tak upłynie, a ja już robię odmyk z mostka, którego nie byłam w stanie nauczyć się w liceum (a tak w ogóle to lubię stroje do samby, bo są kolorowe. I się świecą, o!).

www.etnomuzeum.pl


Przejdę jednak do rzeczy, czyli recenzji. Przedmiotem owej będzie krem osławionej marki Cetaphil, o którym wspominałam jakiś czas temu przy okazji atrakcji październikowych. Krem ucieszył mnie o tyle, że, jak już pisałam w tamtej notce, otrzymałam go za moją ulubioną cenę, czyli za darmo, dzięki jakiejś akcji na wizaz.pl (ewentualnie kosztem moich danych osobowych, ale i tak obstawiam, że Zuckerberg już dawno je przehandlował). 

Wcześniej miałam do czynienia z popularną emulsją tej marki, ale były to romanse z doskoku i nieregularne, bo korzystałam z niej dzięki uprzejmości mojej minionej sublokatorki. Emulsja działała nieźle, ale doraźność jej użycia była, no, doraźna. :P Obecnie posiadam Cetaphil DA Ultra - i jestem SKRAJNIE ZACHWYCONA. Trochę bałam się silikonów w składzie, bo moja skóra jakoś raz je lubi, a raz nie, ale odkąd używam upośledzonego OCM (kiedyś opiszę to upośledzone OCM) oraz micela z Biodermy to mi one mniej straszne. 
Od kremu oczekiwałam właściwie dwóch rzeczy -  żeby nawilżał i nie zapychał. I zgadnijcie co? Nawilża, a w dodatku nie zapycha! Do tego ma bardzo miłą konsystencję, która mi osobiście, nie wiem czemu, wydaje się być puchata. Praktycznie nie posiada zapachu, szybko się wchłania i bardzo dobrze koi. Nie oczekiwałam tego, ale różne ranki i wypryski na mojej buzi (mam tendencję do robienia sobie harakiri na twarzy) goją się zdecydowanie szybciej. 
Opakowanie to funkcjonalna tubka w kolorystyce typowej dla Cetaphilu. Design jak design, ani mnie ziębi, ani grzeje, ale opakowanie jest solidne i wrzucone luzem do walizki nie ma tendencji do otwierania się.
Oprócz silikonów lotnych kremik ma w składzie olejek jojoba, który, z tego co pamiętam, działa kojąco, oraz masło shea - naturalny filtr (chyba :P). Oba składniki moja skóra najwidoczniej ubóstwia, a szczególnie tą zimową porą, krem bardzo dobrze chroni przed paskudną aurą.
Nie jestem tylko pewna, jak jest u niego z wydajnością, bo wcześniej używałam go raz dziennie, a rano nakładałam matujący z Sorayi (skiepścił się, ale o tym innym razem), plus weekendy na ogół spędzałam u Kota, u którego posiadam kremik z Suhady. W każdym razie po dwóch miesiącach wciąż 2/3 tubki, więc chyba nie ma na co narzekać. :)

A tutaj bardzo proszę, link do recenzji na wizażu ze składem i w ogóle. :P

Tak z innej beczki, to biorę udział w świątecznym rozdaniu Niecierpka, o czym donoszę z przyjemnością, bo rozdanie bardzo zacne i jest się czym chwalić. :)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz