poniedziałek, 12 listopada 2012

Ok, ojej, ale Sajgon

Tekst ten miał się ukazać jakieś trzy tygodnie temu, ale z racji tego, że chciałam ambitnie zrobić samodzielne zdjęcia, to leżał i czekał, aż całkowicie straci na aktualności. Jak widać - ostatecznie się poddałam (robienie zdjęć telefonem z 3 mpx przy panującej aurze to jakaś kpina).

Mój Boże, myślałam, że nie dożyję. Zaraz po obronie poszłam grzeczniutko spać o 23 po to, by następnego dnia wstać o 6:00 (no dobra, miała wstać o 6:00, wstałam o 6:30 :P) i doterkotać się TLKą do takiego mało znanego miasta, które nazywa się Warszawa. Po co właściwie mnie poniosło do Warszawy? Przede wszystkim pragnęłam pooddychać świeżym, wiejskim powietrzem... A do tego miałam za darmo przejazd i wyśmienitą kawę! :D

Agencja reklamowa, z którą współpracuję - niestety, to tylko tak dobrze brzmi - przygotowuje kampanię dla pewnej znanej podmarki znanej marki ekspresów do kawy. Dzięki temu szkoleniu do mojego krwiobiegu trafiło kilka hektolitrów wyśmienitego espresso, oraz dowiedziałam się paru ciekawych rzeczy na temat pielęgnacji samych urządzeń itp. Szkolenie było tym fajniejsze, że dodatkowo nas nakarmili. A ja bardzo cenię sobie ludzi, którzy mnie karmią i dają kawę.
                                                                                                                       
Po szkoleniu udałam się z kolegą na "takie dziwne, libańskie piwo", a potem spotkałam się z przyjaciółką, która postanowiła mnie nagrodzić za to, że jestem taka mądra i wykształcona, i kupić mi coś ładnego.


www.thebodyshop.co.uk
jak obok
Oszczędziłybyśmy bardzo dużo czasu, gdybym od razu zdecydowała się na pójście do Body Shopu, serio. Ja wiem, że te kosmetyki wcale nie powalają na kolana, jeśli chodzi o składy, ale sam ich design jest tak dobry, że ile razy tam wchodzę, tyle razy tracę przytomność, a kiedy ją odzyskuję, mam w dłoniach mniejsze lub większe opakowanie bodyshopowych cudowności. Tym razem sponsorem mojego zaćmienia była Meg, od której dostałam różaną mgiełkę do ciała oraz taki sam krem do rąk (:*). Mgiełką psikałam się rano, przed wyjściem do pracy i jeszcze dziewięć godzin później pachniało nią zagłębienie łokcia. Zapach jest genialny, bo mój lokator, spytany o opinię, zareagował: "Hej, już masz coś, co tak pachnie!". Owszem, mam. Tą rzeczą jest bułgarski  olejek różany. :P

Drugim zakupem był duraline z Inglota, a dzień po powrocie odebrałam z poczty małe zakupy z zsk, poczynione w celu ratowania mojej biednej twarzy. :P

Znalazły się w nich; ekstrakt z truskawki (pachnie jak truskawki) oraz hydrolat z czarnej porzeczki (pachnie trochę jak kilkudniowy, porzeczkowy moszcz). 

Więcej grzechów nie pamiętam, a poprawy w kwestii systematyczności nie obiecuję, bo mój brak samoorganizacji już dawno zyskał własną osobowość (w dodatku wyjątkowo perfidną).

Jeśli ktoś przypadkiem dobrnie do końca i będzie chciał o którymś z zakupów w przyszłości przeczytać, to proszę dać znać. :)

2 komentarze:

  1. Odpowiedzi
    1. Ja w Łodzi niby mam, w dodatku blisko, ale dla swojego własnego dobra tam nie wchodzę. ;P

      Usuń