piątek, 23 listopada 2012

O koniach w galopie i kawałku bielizny, a także słów kilka na temat sytuacji na polskim rynku pracy

Ponieważ ostatnimi czasy humor mam nienajlepszy (paskudne przeziębienie, brak ubezpieczenia zdrowotnego i dobijające bezrobocie*), postanowiłam zrobić post z poprawiającymi humor zakupami (to tak a propo tego bezrobocia - wydaję pieniądze, których nie mam, na rzeczy, których nie potrzebuję :P). Zatem przejdźmy do rzeczy - niedawno byłam sobie w Porcie Łódź na rozmowie kwalifikacyjnej w Parfois - rozmowa jak rozmowa, nie wyszła. Pewnie zatrudnili jakąś zaoczną studentkę z dziesięcioletnim doświadczeniem w handlu i pięcioma językami. Ale przy okazji rozmowy postanowiłam zobaczyć, co to właściwie jest ten Port. Przez cztery lata mieszkania w Łodzi byłam tam raz, zaraz po tym, jak otwarli Ikeę. Głównie dlatego, że mieści się ten przybytek jakieś dwie przecznice za totalnym końcem świata. Poszłam sobie na hot-doga do wspomnianej Ikei, kupiłam piernikowy domek dla Mamusi (całe dzieciństwo marzyłam o piernikowym domku!) i, na swoją zgubę, weszłam do Etam, gdzie z miejsca rzuciła się na mnie pani ekspedientka. Na moje uprzejme: "Ja się rozejrzę, a jak coś mnie zainteresuje, to się zgłoszę" pani wysypała na mnie kontener bielizny, dorzuciła koszulkę nocną i wepchnęła mnie razem z tym dobrobytem do przymierzalni, nie reagując na komentarze w stylu "Ale przecież nie macie rozmiarówki!" (tak, jestem świadomą konsumentką jeśli chodzi o staniki :P). Miałam nic nie kupować, ale ostatecznie wyszłam z tym uroczym gadżetem. Podobno nie ma piękniejszego widoku, niż koń w galopie (ewentualnie parkująca kobieta). Muszę się z tym zgodzić.

Wspominałam już, że robienie zdjęć moim telefonem to obraza boska i ludzka?

Co prawda rozmiar tego cuda do 70D, ale postanowiłam przymknąć na to oko, ewentualnie bardzo szybko przytyć w obwodzie. Może mój biust jakoś mi to wybaczy. Szczęśliwie załapałam się na tydzień 50% obniżek, w związku z czym za tego cudaka zapłaciłam jakieś 60 złotych (mniej więcej tyle wydaję tygodniowo na jedzenie...), przy okazji asertywnie nie kupiłam pasujących majtków ("Pani, jak ja to kupię, to będę musiała wyżerać fugę spomiędzy płytek, miejże litość!"). W każdym razie podziwiam skille sprzedażowe pani ekspedientki, sprzedałaby beduinowi piasek na pustyni. Dodam jeszcze tylko, że stanik jest bardzo wygodny i starannie wykonany, a ilością photoshopa na zdjęciu można by obdzielić ze trzy Cosmopolitany.

Sweet focia ze strony producenta (http://en.etam.com).

Pracy, oczywiście, nie dostałam, a sprawdzając moje umiejętności kelnerskie w klubie muzycznym nabawiłam się wspomnianego paskudnego przeziębienia. Ale przy okazji odkryłam, że nie mogę szukać pracy w miejscu, do którego nie weszłabym nawet wtedy, gdyby ktoś przyłożył mi obrzyna do kręgosłupa (lubię muzykę i lubię się napić. Nie lubię basów i innych ludzi. Ceny alkoholu, wybór ścieżki dźwiękowej i dobór menażerii w większości popularnych klubów skutecznie mnie odstraszają - ale za to dostałam propozycję matrymonialną od pewnego posługującego się łamaną polszczyzną afropolanina :P).



*Pracując na umowę-zlecenie mogę tylko położyć się i umrzeć. A właściwie nawet nie muszę się kłaść.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz