wtorek, 23 października 2012

Zostałam Megazordem!

Albo raczej magistrem (jak z apteki). Na tym kończę mój flirt z edukacją, przyjemnie było, ale co za dużo, to niezdrowo. Z nerwów zapomniałam, jak się nazywał Gombrowicz, oraz jaki właściwie tytuł miało Ferdydurke. Nie mogłam sobie również przypomnieć autora Ballad i romansów. Dlatego też fakt, że zdałam, zakrawa na cud.
A poniżej kreacja, którą z okazji obrony uszyła mi moja Mama.

ma kieszenie!

Jednak hitem dnia był fakt, że pani w Carrefourze usilnie wmawiała mojemu chłopakowi, iż ten 18 lat kończy w lutym, więc nie może sprzedać mu wina (no a mój Kot to rocznik tak jakby '85...). Obśmiałam się, przyznaję, Kot za to trzymał pokerface'a dopóki pani nie zorientowała się, że ta dziewiątka to jednak ósemka.

sobota, 13 października 2012

Atrakcje październikowe - czyli dlaczego największym przekleństwem jest "Obyś żył w ciekawych czasach"

Miał być miły weekend w domu, a i tak katastrofa goni katastrofę. Od rozlanego zmywacza do paznokci począwszy, na dziwnym, niewytłumaczalnym ujemnym bilansie konta skończywszy. Gdzieś w tle jest jeszcze cudowna praca, na myśl o której mam atak paniki, i brak czasu, żeby pójść na taką ilość treningów, na jaką mam ochotę. :(

Z dobrych wieści to otrzymałam do testów nowy produkt marki Cetaphil (była jakaś ankieta na wizażu, więc stwierdziłam, że czemu nie), zaginiony w akcji wysuszacz Sally Hansen (zamówiłam go na adres chłopaka, a dowcipniś-dystrybutor wysłał mi go do rodzinnego miasta) oraz odnalazłam bazę pod cienie z Heana, która zaginęła mi jeszcze we wrześniu i na której już położyłam trzy krzyżyki i kreskę.

Do tego za dwa tygodnie - NIECAŁE! - czeka mnie obrona. Uprzedzę pytania, tak, indeks oddany, praca napisana, a jej trzy egzemplarze leżą sobie na półeczce mojej promotorki w sekretariacie. A nowa, czarna, jedwabna, obronna sukienka jest prawie skończona, i wisi w kuchni mojego domu, czekając na ostatnie poprawki. Za to nowe, czarne obronne szpilki stoją sobie spokojnie w szafie mojego chłopaka. :) Według afro-brazylijskich wierzeń czystego jedwabiu nie można przeciąć ani nożem, ani brzytwą, jak zatem widać, na obronę jak znalazł. 

Ale ogólnie czuję się tak. 

poniedziałek, 1 października 2012

Kryzys płci

Tym przewrotnym tytułem pragnę zwrócić uwagę świata na taki mały cud, który nabyłam kilka dni temu  w Naturze. :) Swego czasu podczas wizyty tam wpadły mi w oko maseczki Dermaglinu (brawo dziewczyno, cóż za refleks!), popatrzyłam na skład, podrapałam się po miejscu na mózg i już prawie leciałam do kasy, ale przypomniałam sobie, że w domu mam jeszcze co zużywać. Ostatnio jednak moja cera, o czym już wspominałam, nie miewa się najlepiej. Dodatkowo uczulił mnie krem Polleny Evy z melisą (tam mniejsza, że uczulił, on mi serce złamał!),  w związku z czym wyglądam niewyjściowo, eufemistycznie rzecz ujmując. Dlatego też przypomniałam sobie o rzeczonych maseczkach.

Stoją przed półeczką przeżywałam prawdziwe katusze, bo Dermaglin w swojej ofercie maseczek ma milion, a ze sześć na pewno. W związku z czym co zrobiłam? Kupiłam maseczkę oczyszczającą DLA PANÓW.

Zdjęcie z http://www.sklepy24.pl, oczywiście
wywaliłam opakowanie.


Skład: 100% glinka kambryjska, kwas hialuronowy, kolagen, oczar, mięta - nic co mogłoby wskazywać na to, że produkt jest przeznaczony jedynie dla płci męskiej.

Działanie: wbrew pewnym obawom broda mi nie wyrosła, za to glinka po prostu wyciągnęła z moich porów wszystko do piątego wcielenia wstecz. No dobra, może trochę koloryzuję, ale z produktów, z którymi do tej pory miałam do czynienia (a mam tu na myśli również glinkę zieloną saute zmiksowaną własnoręcznie z kwasem hialuronowym i imbirem) ten okazał się najskuteczniejszy - złagodził zmiany na skórze, a czarne kropki na nosie i brodzie były praktycznie niewidoczne. Gdyby nie uczulenie byłabym zupełnie śliczna.

Podsumowując - polecam. Zaznaczam jednak przy tym, że maseczki używałam po wcześniejszym OCM, które robię metodą parówkową, i zmyciu oleju żelem Babydream, do tego trzymałam ją jakieś pół godziny i w trakcie zwilżałam Septosanem*. Maseczkę przełożyłam do pustego, szklanego słoiczka. Spokojnie starczy jej jeszcze na dwie aplikacje. Tak że płci nie zmieniłam, ale w papierku z tym panem zakochałam się bez reszty.


Oprócz tego kupiłam dzisiaj siemię lniane i olejek pichtowy (nasionka lnu kosztują 3 złote, a zmielone siemię z jakimiś tutti-frutti militare - 6, przeżyłam szok, na olejek wydałam bandycką kwotę 17 złotych, ale uznałam, że jak już jest to się szarpnę. Łódzkie apteki jakoś bojkotują ten produkt).




*Mieszanka ziołowa do płukania jamy ustnej (szałwia, mięta i jakieś inne cuda), w 24 jesieni mojego życia zaczęłam ząbkować. I już wiem, czemu dzieci przez to płaczą. :(